To, co powinno być przyjemnością, zamieniło się w udrękę, dlatego bardzo się ucieszył, kiedy zabrano ze stołu porto i zaproszono ich na pokład na kawę i cygaro. Z filiżanką w dłoni stanął przy relingu rufowym bakburty, by mieć lepszy widok na pływającą platformę: Temeraire spał spokojnie w słońcu, z jedną łapą opuszczoną do wody, a Nitidus i Dulcia odpoczywały przy nim.
Bedford stanął obok niego, zachowując, jak mniemał Laurence, kojące i przyjacielskie milczenie. Po chwili jednak powiedział:
— Musi być cennym zwierzęciem i pewnie trzeba się cieszyć, że go mamy, ale to straszne, że zostałeś skazany na takie życie i takie towarzystwo.
Laurence nie od razu zdołał wydobyć z siebie głos, by zareagować na tę uwagę, tak przepełnioną szczerym ubolewaniem — na usta cisnęło mu się wiele odpowiedzi. Wreszcie z trudem odetchnął i wycedził z wściekłością:
— Sir, nie będzie pan mówił do mnie w ten sposób ani o Temerairze, ani o moich kolegach. Dziwię się, że uznał pan w ogóle podobne słowa za dopuszczalne.
Bedford cofnął się, zaskoczony jego wybuchem. Laurence odwrócił się i postawił głośno swoją filiżankę na tacy stewarda.
— Sir, musimy już lecieć — powiedział spokojnie do Gardnera. — To pierwszy lot Temeraire’a na tej trasie, więc powinniśmy wrócić przed zachodem słońca.
— Naturalnie — odparł Gardner i podał mu dłoń. — Dobrej podróży, kapitanie. Mam nadzieję, że spotkamy się niebawem.
Wbrew tej wymówce Laurence dotarł do kryjówki krótko po zapadnięciu nocy. Zobaczywszy, jak Temeraire wyławia z wody kilka dużych tuńczyków, Nitidus i Dulcia wyraziły chęć pójścia w jego ślady, on zaś z wielką ochotą zgodził się być ich nauczycielem. Młodsi członkowie załogi nie byli przygotowani do latania na polującym smoku, lecz po pierwszym nurkowaniu przyzwyczaili się, ich głośne okrzyki umilkły i zaczęli traktować wszystko jak zabawę.
Ich entuzjazm rozwiał ponury nastrój Laurence’a. Chłopcy wiwatowali za każdym razem, kiedy Temeraire wznosił się znad wody z wijącym się w jego łapach kolejnym tuńczykiem, a niektórzy nawet poprosili o pozwolenie zejścia niżej, by dać się ochlapać w chwili chwytania ryby.
Temeraire, objedzony i lecący ku wybrzeżu znacznie wolniej, zamruczał z zadowolenia, spojrzał do tyłu na Laurence’a z wdzięcznością i powiedział.
— Czyż to nie był przyjemny dzień? Dawno już nie mieliśmy tak cudownego lotu.
Laurence poczuł, że pozbył się gniewu, który dotąd ukrywał, i może swobodnie odpowiedzieć.
Kiedy zbliżali się do kryjówki, zapalano właśnie latarnie przypominające wielkie świetliki rozrzucone pośród drzew, między którymi chodzili członkowie załóg naziemnych z pochodniami. Młodsi oficerowie byli wciąż przemoknięci i zaczęli dygotać, kiedy zeszli na ziemię, tak więc Laurence odesłał ich na odpoczynek i pozostali z Temeraire’em, kiedy załoga naziemna kończyła zdejmować uprząż. Hollin spojrzał na niego z pewnym wyrzutem, gdy jego koledzy przynieśli uprząż szyjną i barkową, pokrytą rybimi łuskami, ościami i wnętrznościami, trochę już cuchnącą.
Temeraire był zbyt szczęśliwy i najedzony, żeby Laurence czuł się winny, więc powiedział tylko:
— Obawiam się, że będzie miał pan przez nas dużo roboty, panie Hollin, ale przynajmniej nie trzeba będzie go karmić.
— Tak jest, sir — rzucił Hollin ponuro i wraz ze swoimi ludźmi zabrał się do pracy.
Kiedy Temeraire został umyty — załoga wymyśliła technikę podawania sobie kolejno wiader, tak jak to robią strażacy, zamiast szorować go po posiłkach — ziewnął szeroko, beknął i wyciągnął się na ziemi z miną tak zadowoloną, że Laurence aż się roześmiał.
— Muszę dostarczyć meldunki — powiedział. — Położysz się spać czy jeszcze poczytamy?
— Wybacz, Laurence, ale chyba jestem zbyt senny — odparł Temeraire i znowu ziewnął. — Za Laplace’em trudno jest nadążać, nawet kiedy mam sprawny umysł, a nie chcę ryzykować, że czegoś nie zrozumiem.
Laurence podzielał jego zdanie, bo dość kłopotów sprawiało mu samo poprawne czytanie napisanej po francusku rozprawy Laplace’a o mechanice ciał niebieskich i nawet nie próbował pojąć zawartych w niej zasad.
— Dobrze, mój drogi. W takim razie do zobaczenia rano — po wiedział; jeszcze przez jakiś czas gładził nos Temeraire’a, aż jego oczy się zamknęły, a oddech wyrównał.
Admirał Lenton odebrał komunikaty i słowny meldunek z zatroskaną miną.
— Ani trochę mi się to nie podoba, ani trochę — powiedział. — Aktywność na lądzie, tak? Laurence, czy to możliwe, że Bonaparte buduje nowe okręty, aby powiększyć flotę, a my nic o tym nie wiemy?
— Myślę, sir, że jakieś prowizoryczne transportowce może zbudować, ale nie okręty liniowe — odparł natychmiast Laurence z pewnością znawcy przedmiotu. — Ale zgromadził już dużą liczbę transportowców we wszystkich portach wzdłuż wybrzeża, więc wydaje się mało prawdopodobne, żeby potrzebował ich więcej.
— Działa w okolicach Cherbourga, a nie Calais, chociaż odległość jest większa i jest bliżej naszej floty. Trudno mi powiedzieć, ale Gardner ma chyba rację. Jestem pewien, że on coś knuje, ale rozpocznie prawdziwy atak, kiedy sprowadzi tu swoją flotę.
Wstał nieoczekiwanie i wyszedł z biura, Laurence zaś, niepewny, czy już może odejść, podążył za nim na korytarz, a potem na dwór, na polanę, gdzie Lily odbywała rekonwalescencję.
Siedziała przy niej kapitan Harcourt, głaszcząc jej przednią łapę; Choiseul był przy nich i czytał im na głos. W oczach Lily wciąż widać było cierpienie, lecz już nie tak przejmujące; najwyraźniej zjadła wreszcie obfity posiłek, o czym świadczył pokaźny stos kości uprzątanych właśnie przez załogę naziemną.
Choiseul odłożył książkę, powiedział coś cicho do Harcourt i podszedł do mężczyzn.
— Przysypia, więc proszę jej nie przeszkadzać — rzekł cicho. Lenton skinął głową i dał im obu znak, aby odeszli z nim na bok.
— Wraca do zdrowia? — zapytał.
— Jak najbardziej. Lekarze twierdzą, że rany goją się szybko, tak jak można się było spodziewać — odpowiedział Choiseul. — Catherine jest z nią przez cały czas.
— Dobrze — rzekł Lenton. — A zatem mamy trzy tygodnie, jeśli ich przypuszczenia są trafne. No cóż, panowie, zmieniłem zdanie. Podczas jej rekonwalescencji Temeraire będzie wylatywał na patrole codziennie, zamiast zmieniać się z Praecursorisem. Ty, Choiseul, masz już wystarczające doświadczenie, a Temeraire musi się jeszcze uczyć, tak więc będziesz musiał ćwiczyć z Praecursorisem na własną rękę.
Choiseul skłonił się, nie okazując niezadowolenia, nawet jeśli był rozczarowany.
— Chętnie służę pomocą i czekam tylko na instrukcje. Lenton kiwnął głową.
— Póki co dotrzymuj Harcourt towarzystwa. Z pewnością wiesz, co to znaczy mieć rannego smoka — powiedział.
Choiseul wrócił do Harcourt i śpiącej już Lily, a Lenton i Laurence odeszli, pogrążeni w myślach.
— Laurence — odezwał się Lenton — chcę, żebyś podczas patroli spróbował manewrów grupowych z Nitidusem i Dulcią. Wiem, że nie trenowałeś z małą grupą, ale Warren i Chenery ci pomogą. W razie potrzeby Temeraire poprowadzi do walki parę lekkich smoków.
— Tak jest, sir — odparł Laurence nieco zaskoczony. Miał wielką ochotę zapytać o przyczyny takiej decyzji i z trudnością poskromił swoją ciekawość.