Выбрать главу

Pierwsze promienie słońca zajrzały do pokoju, co oznaczało, że nadeszła pora startu.

— No, Laurence, nie bądź taki ponury. Już kilkanaście razy latałam na Gibraltar — powiedziała, po czym podeszła do niego i pocałowała go mocno. — Obawiam się, że tu będziecie mieli więcej roboty. Z pewnością czegoś spróbują, gdy tylko się dowiedzą, że wylecieliśmy.

— Wierzę w ciebie — powiedział Laurence i zadzwonił po służbę. — Mam tylko nadzieję, że nie ocenialiśmy źle sytuacji.

Nie stać go było na więcej słów krytyki wobec Lentona, szczególnie gdy dotyczyło to tematu, co do którego mógł być stronniczy. Mimo to miał wrażenie, że nawet gdyby nie żywił osobistych obiekcji wobec planu, który narażał na niebezpieczeństwo Ekscidiuma i jego dywizjon, to i tak by się niepokoił brakiem nowych wiadomości.

Volly przyleciał przed trzema dniami i przyniósł same złe wieści. Do Kadyksu przybyła grupa francuskich smoków, na tyle liczna, by uniemożliwić Mortiferusowi wykurzenie floty z portu, lecz stanowiąca nawet nie dziesiątą część smoków stacjonujących wzdłuż Renu. Co gorsza, mimo iż przeznaczono na patrole zwiadowcze i szpiegowskie wszystkie szybkie i lekkie smoki, które nie pełniły służby kurierskiej, nie dowiedziano się niczego więcej o działaniach Bonapartego po drugiej stronie kanału.

Odprowadził ją na polanę Ekscidiuma i patrzył, jak zajmuje miejsce na grzbiecie; to było dziwne, bo wydawało mu się, że powinien czuć coś więcej. Prędzej strzeliłby sobie w łeb, niż pozwolił, żeby Edith narażała się na niebezpieczeństwo, podczas gdy on zostawałby na miejscu, tymczasem z Roland pożegnał się tak, jak się żegna wyruszającego w podróż kamrata. Posłała mu przyjacielski pocałunek z grzbietu Ekscidiuma, kiedy cała załoga zajęła stanowiska.

— Jestem pewna, że zobaczymy się za kilka miesięcy, albo nawet wcześniej, jeśli uda nam się wykurzyć żabojadów z portu — zawołała. — Pomyślnych wiatrów i nie pozwól Emily szaleć.

Uniósł dłoń.

— Szczęśliwej drogi — zawołał i patrzył, jak Ekscidium rozkłada ogromne skrzydła i podrywa się z ziemi, a zaraz za nim wznoszą się pozostałe smoki; niebawem wszystkie zniknęły na południowym horyzoncie.

Pilnie obserwowali niebo nad kanałem, lecz pierwsze tygodnie po odlocie Ekscidiuma upłynęły spokojnie. Nie doszło do żadnych nalotów, przez co Lenton skłaniał się ku opinii, że Francuzi wierzą, iż Ekscidium jest na miejscu, więc powstrzymują się przed podjęciem jakichkolwiek akcji.

— Im dłużej utrzymamy ich w tym przekonaniu, tym lepiej powiedział do kapitanów po kolejnym spokojnym patrolu. — Dzięki temu nie mamy kłopotów, oni zaś nie zdają sobie sprawy, że kolejna formacja zbliża się do ich cennej floty w Kadyksie.

Odetchnęli z ulgą, gdy Volly przyniósł wieści, że dywizjon Ekscidiuma dotarł bezpiecznie do celu niecałe dwa tygodnie po odlocie.

— Kiedy wyruszałem, już zaczęli — opowiadał kapitan James pozostałym kapitanom następnego dnia, jedząc pospiesznie śniadanie przed podróżą powrotną. — Wycie Hiszpanów słychać było na całe mile, a ich statki handlowe rozpadały się, spryskane smoczym jadem, równie szybko jak okręty liniowe, a także sklepy i domy. Podejrzewam, że jeśli Villeneuve nie pojawi się niebawem, to sami zaczną strzelać do Francuzów, nie zważając na przymierze.

Te pokrzepiające nowiny poprawiły atmosferę, a Lenton ograniczył patrole, pozwalając im świętować i odpocząć po morderczej pracy. Ci, którzy zachowali najwięcej energii, udali się do miasta, lecz większość nadrabiała zaległości w spaniu, podobnie jak zmęczone smoki.

Laurence wykorzystał okazję i spędził wieczór na lekturze z Temeraire’em; siedzieli do późna, czytając przy świetle latarni. Laurence przebudził się z drzemki jakiś czas po wschodzie księżyca: Temeraire, którego czarny łeb majaczył na tle rozjaśnionego nieba, spoglądał badawczo ku północnemu krańcowi ich polanki.

— Coś się stało? — zapytał go Laurence. Usiadł i usłyszał cichy, wysoki, dziwny odgłos, który umilkł po chwili.

— Laurence, to chyba Lily — powiedział Temeraire, a jego kreza podniosła się.

Laurence zsunął się z jego łapy.

— Zostań tutaj. Wrócę jak najszybciej — powiedział, a Temeraire skinął głową, nie odwracając wzroku.

Ścieżki były nieoświetlone i opustoszałe. Dywizjon Ekscidiuma odleciał, wszystkie lekkie smoki patrolowały niebo, a nocny chłód wygnał do baraków nawet najbardziej troskliwe załogi. Obcasy Laurence’a dudniły głucho na twardej ziemi, którą mróz ściął już trzy dni temu.

Polana Lily była pusta, a z baraków, których oświetlone okna Laurence widział w oddali między drzewami, dochodziły słabe dźwięki; nie dostrzegł nikogo przed budynkami. Sama Lily skuliła się i grzebała łapą w ziemi; jej żółte, przekrwione oczy były szeroko otwarte. Ciche głosy i płacz; przez chwilę Laurence zastanawiał się, czy może przychodzi nie w porę, lecz wyraźny niepokój Lily pchnął go do czynu. Wszedł na polanę i zawołał głośno:

— Harcourt? Jesteś tu?

— Nie podchodź bliżej — dobiegł go głos Choiseula, niski i ostry.

Laurence obszedł Lily i zamarł zaskoczony: Choiseul ze zdesperowaną miną trzymał Harcourt za ramię.

— Bądź cicho, Laurence — powiedział. Trzymał w ręku szpadę, a za nim na ziemi leżał rozciągnięty młody skrzydłowy, na którego plecach widniały ciemne plamy krwi. — Bądź cicho.

— Na miłość boską, co ty wyprawiasz? — zapytał Laurence. — Harcourt, jesteś cała?

— Zabił Wilpoysa — rzuciła przez ściśnięte gardło; zataczała się, a na jej czole, widocznym w blasku pochodni, wykwitał duży siniec. — Laurence, mniejsza o mnie. Musisz sprowadzić pomoc, bo on ma złe zamiary wobec Lily.

— Nie, wcale nie — rzekł Choiseul. — Nie zamierzam wyrządzić krzywdy ani jej, ani tobie, Catherine, przysięgam. Ale nie odpowiadam za siebie, jeśli się wtrącisz, Laurence. Nic nie rób.

Kiedy uniósł szpadę, na jej klindze, tuż przy szyi Harcourt, zalśniła krew; Lily znowu wydała dziwny odgłos, niemiły dla ucha wysoki jęk. Choiseul, którego blada twarz miała w świetle księżyca zielonkawy odcień, wyglądał na gotowego na wszystko, tak więc Laurence pozostał na miejscu, licząc na lepszy moment.

Choiseul wpatrywał się w niego czujnie przez pewien czas i dopiero gdy się przekonał, że Laurence nie zamierza nic zrobić powiedział:

— Przejdziemy wszyscy do Praecursorisa. Lily, ty zostaniesz tutaj i ruszysz za nami, kiedy będziemy już w powietrzu. Obiecuję, że nie skrzywdzę Catherine, jeśli będziesz posłuszna.

— Ty podły, tchórzliwy, zdradziecki psie — warknęła Harcourt. — Myślisz, że polecę z tobą do Francji i będę lizać buty Bonapartemu? Od jak dawna to planowałeś? — Spróbowała wyrwać się z jego uścisku, choć wciąż się zataczała, lecz Choiseul pociągnął ją gwałtownie, tak że niemal się przewróciła.

Lily zawarczała, unosząc się nieco i rozkładając skrzydła. Laurence dostrzegł czarny jad połyskujący na krawędziach jej kostnych wypustek.

— Catherine! — syknęła przez zaciśnięte zęby.

— Cisza — rzucił Choiseul i przyciągnął Harcourt do siebie, blokując jej ramiona. Laurence, czekając na dogodną okazję, nie spuszczał wzroku ze szpady, którą Francuz trzymał pewnie w dłoni. — Polecisz za nami, Lily. Zrobisz tak, jak powiedziałem. A teraz ruszamy, monsieur, no już. — Dał znak szpadą.

Laurence nie odwrócił się, lecz cofnął, a gdy znalazł się w cieniu drzewa, zaczął iść jeszcze wolniej, przez co Choiseul nieświadomie zbliżył się do niego bardziej, niżby tego pragnął.