Выбрать главу

Nastąpiła krótka szamotanina, a potem wszyscy troje runęli na ziemię; Harcourt znalazła się między nimi, szpada zaś odleciała na bok. Upadli ciężko, lecz Choiseul znalazł się na spodzie, co dało chwilową przewagę Laurence’owi; musiał ją jednak poświęcić, by odsunąć Harcourt i uwolnić ją od niebezpieczeństwa, a wtedy Choiseul uderzył go w twarz i zrzucił z siebie.

Turlali się po ziemi, okładając na oślep i jednocześnie próbując dosięgnąć szpady. Choiseul był potężnie zbudowany i wyższy i choć Laurence miał o wiele większe doświadczenie w walce wręcz, to Francuz dobrze wykorzystywał swoją wagę. Lily ryczała teraz głośno, a w oddali słychać było głosy. Coraz bardziej zdesperowany Choiseul nabrał nowych sił: uderzył go pięścią w żołądek i rzucił się po szpadę, podczas gdy Laurence leżał skulony, usiłując złapać oddech.

Nagle z góry dobiegł przeraźliwy ryk. Zadrżała ziemia i z gałęzi posypał się deszcz suchych liści i igieł, a ogromne stare drzewo tuż obok nich zostało wyrwane z korzeniami: Temeraire unosił się nad nimi, rwąc łapami wszystko, co zasłaniało mu widok. Rozległ się kolejny ryk, tym razem Praecursorisa: marmurkowe skrzydła francuskiego smoka wychynęły z ciemności, więc Temeraire obrócił się w jego kierunku, wystawiając szpony. Laurence dźwignął się na nogi, skoczył na Choiseula i powalił go na ziemię. Wciąż zbierało mu się na wymioty, lecz troska o Temeraire’a dodała mu sił.

Choiseul zdołał przewrócić się na Laurence’a i mocno przydusił ramieniem jego gardło. Krztusząc się, Laurence dostrzegł kątem oka jakiś ruch i zaraz potem Choiseul zwiotczał: Harcourt uderzyła go w tył głowy żelaznym łomem zabranym z uprzęży Lily.

Ledwo stała na nogach, a Lily próbowała przecisnąć się między drzewami, żeby do niej dotrzeć. Ludzie z załogi dotarli wreszcie na polankę i liczne pomocne dłonie pomogły Laurence’owi wstać.

— Otoczcie tego człowieka i przynieście pochodnie — rzucił Laurence, dysząc ciężko. — Sprowadźcie też kogoś o donośnym głosie, z tubą. Do diabła, ruszajcie się.

Tymczasem u góry Temeraire i Praecursoris wciąż krążyły wokół siebie, wymachując łapami.

Pierwszy porucznik Harcourt był mężczyzną o wydatnej piersi i głosie, który nie potrzebował tuby: gdy tylko zorientował się w sytuacji, złożył dłonie wokół ust i wrzasnął do Praecursorisa. Ogromny francuski smok wzniósł się wyżej i z niepokojem zatoczył kilka kół, a potem spojrzał na miejsce, gdzie otoczono Choiseula, i opadł na ziemię z opuszczoną głową. Temeraire obserwował go uważnie, zanim sam wylądował.

Maksimus mieszkał nieopodal, a Berkley przybył na polanę, usłyszawszy hałasy. Przejął dowództwo i nakazał ludziom spętać łańcuchami Praecursorisa, zanieść Harcourt i Choiseula do lekarza i zabrać ciało nieszczęsnego Wilpoysa.

— Dziękuję, dam sobie radę — oznajmił Laurence, odtrącając dłonie towarzyszy gotowych także i jego ponieść. Odzyskawszy oddech, poszedł wolno na polanę, na której Temeraire wylądował obok Lily, by pocieszyć oba smoki i spróbować je uspokoić.

Choiseul był nieprzytomny przez wiele godzin, a gdy wreszcie się ocknął, bełkotał tylko coś niezrozumiale. Lecz już następnego ranka doszedł do siebie, choć początkowo odmawiał odpowiedzi na wszelkie pytania.

Wszystkie smoki otoczyły Praecursorisa, któremu nakazano pozostać na ziemi pod groźbą śmierci Choiseula: tylko zagrożenie opiekunowi mogło powstrzymać niechętnego smoka, więc użyto wobec Choiseula środka, za pomocą którego on sam zamierzał zmusić Lily do odlotu do Francji. Praecursoris nie próbował się buntować, siedział skulony i spętany łańcuchami nic nie jadł i tylko od czasu do czasu cicho zawodził.

— Harcourt — odezwał się Lenton, kiedy wszedł do jadalni, gdzie zebrali się wszyscy. — Piekielnie mi przykro, ale muszę cię prosić, żebyś spróbowała. Z nikim innym nie chciał rozmawiać, lecz jeśli zachował choćby resztki honoru, to jest ci winien wyjaśnienie. Porozmawiasz z nim?

Skinęła głową i opróżniła kieliszek, lecz jej twarz wciąż pozostała tak blada, że Laurence zapytał ją cicho:

— Chcesz, żebym poszedł z tobą?

— Gdybyś był tak miły — odpowiedziała z wdzięcznością. Poszedł więc za nią do małej, ciemnej celi, w której uwięziono Choiseula.

Choiseul nie spojrzał jej w oczy i nie odezwał się słowem; potrząsnął głową, zadygotał i nawet załkał, kiedy ona drżącym głosem zadawała mu kolejne pytania.

— A niech cię szlag — zawołała wreszcie w gniewie. — Jak mogłeś… jak mogłeś to zrobić? Wszystko, co mi powiedziałeś, było kłamstwem. Powiedz, czy tamta pierwsza zasadzka to także twoja sprawa? Powiedz mi!

Jej głos się załamywał, on zaś ukrył twarz w dłoniach. W końcu podniósł głowę i powiedział do Laurence’a:

— Na miłość boską, każ jej odejść. Powiem ci wszystko, co chcesz, tylko ją stąd zabierz. — I znowu opuścił głowę.

Laurence nie miał ochoty go przesłuchiwać, lecz nie mógł niepotrzebnie przedłużać cierpień Harcourt. Dotknął jej ramienia, a ona natychmiast wyszła pospiesznie. Czuł się podle, kiedy musiał zadawać pytania Choiseulowi, a poczuł się jeszcze gorzej, kiedy usłyszał, że tamten był zdrajcą od czasu przylotu z Austrii.

— Wiem, co sobie o mnie myślisz — dodał Choiseul, dostrzegłszy wyraz obrzydzenia na twarzy Laurence’a. — I masz rację, ale nie miałem wyjścia.

Laurence ograniczał się do swoich pytań, lecz ta nieporadna próba usprawiedliwienia rozsierdziła go tak, że nie potrafił się już dłużej opanować. Powiedział z pogardą:

— Mogłeś wybrać uczciwość i wypełnić swój obowiązek w miejscu, które od nas wybłagałeś.

Choiseul roześmiał się, lecz nie był to wesoły śmiech.

— Pewnie. A co będzie potem, kiedy Bonaparte stanie w Londynie na Boże Narodzenie? Możesz mnie osądzać, jeśli chcesz Nie mam co do tego wątpliwości i zapewniam cię, że gdybym uważał, że mogę zmienić cokolwiek, to bym to zrobił.

— Lecz zamiast tego zdradziłeś dwukrotnie i pomogłeś mu choć twoją pierwszą zdradę mogło usprawiedliwić tylko szczere trzymanie się zasad — powiedział Laurence; był zaniepokojony tym, że Choiseul jest taki pewny zwycięstwa Bonapartego, choć nigdy by nie dał tego po sobie poznać.

— Ach, zasady — rzucił Choiseul; dał sobie spokój z nonszalancją i teraz już wydawał się tylko zmęczony i zrezygnowany. — Francja nie jest taką lichotą jak wy, a Bonaparte już wcześniej skazywał smoki na śmierć za zdradę. Co mi z zasad, kiedy widzę cień wiszącej nad głową Praecursorisa gilotyny? Dokąd mam go zabrać? Do Rosji? Przeżyje mnie o dwa wieki, a ty powinieneś wiedzieć, jak tam traktują smoki. Bez transportowca nie zdołałbym dotrzeć z nim do Ameryki. Moją jedyną nadzieją było ułaskawienie, a Bonaparte wyznaczył cenę.

— To znaczy Lily — dodał zimno Laurence. Ku jego zdziwieniu Choiseul potrząsnął głową.

— Nie, ceną nie był smok Catherine, lecz twój. — Widząc zdumienie na twarzy Laurence’a, dodał: — Jajo wysłał mu w darze cesarz Chin, miałem je odzyskać. Nie wiedział, że Temeraire już się wykluł. — Choiseul wzruszył ramionami i rozłożył ręce. — Po myślałem, że może gdybym go zabił…

Laurence uderzył go w twarz z taką silą, że Choiseul padł na kamienną podłogę celi, a jego krzesło przewróciło się z hukiem. Choiseul zakasłał i otarł krew z wargi. Strażnik otworzył drzwi i zajrzał do celi.

— Wszystko w porządku, sir? — zapytał. Patrzył na Laurence’a, nie zwracając najmniejszej uwagi na skaleczenia Choiseula.