Выбрать главу

— Tak, możesz odejść — odparł beznamiętnie Laurence i starł chusteczką krew z dłoni, kiedy strażnik zamknął drzwi. Normalnie wstydziłby się tego, że uderzył więźnia, lecz w tej chwili nie miał żadnych skrupułów, a jego serce wciąż szybko waliło.

Choiseul postawił powoli krzesło i usiadł.

— Przepraszam — powiedział cicho. — W końcu nie mogłem się na to zdobyć i pomyślałem, że zamiast tego… — Zamilkł, widząc, że twarz Laurence’a znowu czerwienieje.

Laurence pomyślał z przerażeniem, że przez wszystkie te miesiące ktoś tak podstępny czaił się tak blisko Temeraire’a i nie wypełnił swojej misji tylko dlatego, że ukłuło go sumienie.

— I zamiast tego spróbowałeś uwieść i porwać młodziutką dziewczynę — rzucił ze wstrętem.

Choiseul nic nie powiedział. Tak naprawdę Laurence nawet nie wyobrażał sobie, jak tamten mógłby się bronić, więc po chwili ciszy dodał:

— Nie możesz mieć już żadnych aspiracji do honoru: powiedz mi, co planuje Bonaparte, a może Lenton odeśle Praecursorisa do hodowli w Nowej Fundlandii, jeśli rzeczywiście chcesz ratować jego życie, a nie własną nędzną skórę.

Choiseul pobladł, lecz powiedział:

— Niewiele wiem, ale powiem ci wszystko, jeśli Lenton da słowo, że tak zrobi.

— Nie — odparł Laurence. — Powiesz i będziesz liczył na łaskę, na którą nie zasługujesz. Nie będę się z tobą targował.

Załamany Choiseul skłonił głowę i zaczął mówić tak cicho, że Laurence z trudem go słyszał.

— Nie wiem, co dokładnie planuje, ale zależało mu na tym, abym doprowadził do osłabienia tej właśnie kryjówki i do ode słania jak największych sił na Morze Śródziemne.

Laurence’a ogarnęło przerażenie; przynajmniej ten cel został w pełni zrealizowany.

— Czy jego flota może jakoś wydostać się z Kadyksu? — zapytał. — Czy uważa, że zdołają tu sprowadzić bez starcia z Nelsonem?

— Wyobrażasz sobie, że Bonaparte mi się zwierzał? — powiedział Choiseul, nie podnosząc głowy. — Dla niego także byłem zdrajcą. Otrzymałem zadanie do wykonania i tyle.

Po kilku następnych pytaniach Laurence upewnił się, że Choiseul naprawdę nie wie nic więcej. Zniesmaczony i zatrwożony opuścił celę i udał się prosto do Lentona.

Wieści zepsuły nastrój w kryjówce. Kapitanowie nie podali do wiadomości szczegółów, ale każdy kadet i członek załogi wiedział, że sytuacja jest poważna. Choiseul wybrał idealny czas na zamach: kuriera mogli się spodziewać dopiero za sześć dni, a co najmniej dwóch tygodni potrzeba było na wycofanie części sił z rejonu Morza Śródziemnego poza kanał. Siły milicji i oddziały armii miały przybyć za kilka dni, by zacząć szykować dodatkowe stanowiska artyleryjskie wzdłuż wybrzeża.

Laurence, niespokojny o losy Temeraire’a po ostatnich odkryciach, odbył rozmowę z Granbym i Hollinem. Skoro Bonaparte był tak zazdrosny o prezent, mógł wysłać innego agenta, gotowego zabić smoka, którego nie można już odzyskać.

— Musisz mi obiecać, że zachowasz ostrożność — powiedział też do Temeraire’a. — Jedz tylko w naszej obecności i za naszą zgodą. Gdyby próbował się zbliżyć do ciebie ktoś, kogo ci nie przedstawiłem, nie pozwól na to, nawet gdybyś miał polecieć na inną polanę.

— Będę ostrożny, Laurence, obiecuję — odparł Temeraire. — Choć nie rozumiem, dlaczego cesarz Francji chciałby mnie zabić.

W jaki sposób miałoby to polepszyć jego sytuację? Powinien raczej poprosić o kolejne jajo.

— Mój drogi, wątpię, by Chińczycy zechcieli podarować mu drugie, skoro nie potrafił upilnować pierwszego — powiedział Laurence. — Zastanawiam się, dlaczego podarowali mu to jajo. Musi mieć na ich dworze niezwykle utalentowanego dyplomatę. Sądzę też, że może cierpieć jego duma, kiedy myśli, że jakiś nędzny brytyjski kapitan zajmuje miejsce, które mu się należało.

Temeraire prychnął z pogardą.

— Jestem pewny, że nigdy bym go nie polubił, nawet gdybym się wykluł we Francji — powiedział. — Sprawia wrażenie bardzo nieprzyjemnego człowieka.

— Och, sam nie wiem. Dużo się mówi o tym, że jest dumny, ale nie da się zaprzeczyć, że to wielki człowiek, nawet jeśli jest tyranem — przyznał niechętnie Laurence. Byłby o wiele szczęśliwszy, gdyby mógł powiedzieć uczciwie, że Bonaparte jest głupcem.

Odtąd, zgodnie z rozkazem Lentona, na patrole wyruszała tylko połowa formacji, pozostali zaś odbywali intensywne ćwiczenia grupowe. Pod osłoną nocy sprowadzono potajemnie kilka smoków z kryjówki w Edynburgu i Inverness, między innymi Victoriatusa, Parnassiana, którego niegdyś uratowali. Jego kapitan, Richard Clark, złożył wizytę Laurence’owi i Temeraire’owi.

— Wybaczycie mi, że nie przyszedłem wcześniej się przywitać i podziękować — powiedział. — Przyznam, że w Laggan myślałem głównie o jego rekonwalescencji, a potem zostaliśmy niespodziewanie odkomenderowani, chyba podobnie jak wy.

Laurence serdecznie uścisnął jego dłoń.

— Nie ma o czym mówić — odparł. — Mam nadzieję, że już w pełni wrócił do sił?

— Całkowicie, dzięki Bogu, i w samą porę — powiedział ponuro Clark. — Rozumiem, że inwazji możemy się spodziewać w każdej chwili.

A jednak mijały kolejne dni, wypełnione oczekiwaniem a atak nie następował. Sprowadzono jeszcze trzy Winchestery by wzmocnić siły zwiadowcze, lecz wszyscy powracali z tym samym meldunkiem: wybrzeża wroga pilnowały liczne patrole tak więc nie można było przedostać się w głąb lądu i uzyskać więcej informacji.

Wśród zwiadowców był też Levitas, lecz grupa była na tyle duża, że Laurence nie musiał zbyt często widywać Rankina, za co był wdzięczny. Starał się nie zauważać oznak niedbalstwa, któremu już nie mógł zaradzić; czuł, że jego wizyta u małego smoka mogłaby sprowokować kłótnię, która z pewnością nie poprawiłaby atmosfery w kryjówce. Mimo wszystko uspokoił nieco sumienie w ten sposób, że zachował milczenie, kiedy zobaczył, jak Hollin wchodzi na polanę Temeraire’a wczesnym rankiem z kubłem pełnym brudnych szmat i ze skruszoną miną.

W sobotni wieczór, po tygodniu oczekiwania, obóz zamarł: oczekiwany Volatilus nie przybył. Warunki pogodowe były dobre, więc nie mogły być przyczyną zwłoki; minęły kolejne dwa dni, a potem trzeci, a smoka wciąż nie było. Laurence starał się nie spoglądać w niebo i nie zwracać uwagi na swoich ludzi, którzy zachowywali się podobnie. Wieczorem natknął się na Emily, która popłakiwała w samotności z daleka od koszar, ukryta za granicą polany.

Bardzo się zawstydziła i udawała, że tylko wpadło jej coś do oka. Laurence zaprowadził ją do pokoju i kazał przynieść kakao.

— Byłem starszy od ciebie o dwa lata — powiedział do niej — kiedy po raz pierwszy wypłynąłem na morze i przez tydzień beczałem w nocy. — Roześmiał się, gdy zobaczył, z jakim niedowierzaniem na niego spojrzała. — Wierz mi, nie wymyśliłem tego, żeby cię pocieszyć — zapewnił ją. — Kiedy już sama będziesz kapitanem i zastaniesz któregoś ze swoich kadetów w podobnej sytuacji, też pewnie powiesz mu to samo.

— Tak naprawdę się nie boję — oświadczyła. Kakao i znużenie zupełnie ją rozbroiły i przepełniły sennością. — Wiem, że Ekscidium nie pozwoli, żeby mamie stało się coś złego. Przecież jest najlepszym smokiem w całej Europie. — Otworzyła szeroko oczy, uznawszy, że popełniła gafę, i dodała z niepokojem: — Oczywiście Temeraire jest prawie tak samo dobry.

Laurence ponuro skinął głową.

— Temeraire jest o wiele młodszy. Może dorówna Ekscidiumowi, kiedy nabierze doświadczenia.

— No właśnie — powiedziała z ulgą, a on ukrył uśmiech. Pięć minut później już spała. Położył ją na łóżku i poszedł do Temeraire’a.