Выбрать главу

— Laurence, Laurence.

Poruszył się i zamrugał gwałtownie. Temeraire trącał go natarczywie nosem, choć wciąż było ciemno. Na wpół przytomny Laurence usłyszał niewyraźny ryk i liczne głosy, a potem huk wystrzału. Usiadł natychmiast. Nie dostrzegł na polanie członków swojej załogi ani oficerów.

— Co się dzieje? — zapytał Temeraire. Podniósł się i rozłożył skrzydła, kiedy Laurence zszedł na ziemię. — Zostaliśmy zaatakowani? Nie widzę w górze żadnych smoków.

— Sir, sir! — Na polankę wbiegł Morgan, zdyszany i tak podekscytowany, że omal się nie przewrócił. — Volly przyleciał, sir. Była wielka bitwa i Napoleon został zabity!

— Och, czy to znaczy, że wojna już się skończyła? — zapytał rozczarowany Temeraire. — Nie zdążyłem nawet wziąć udziału w prawdziwej bitwie.

— Sądzę, że wieści trochę się rozrosły po drodze. Będę zdziwiony, jeśli się dowiem, że Bonaparte naprawdę nie żyje — powiedział Laurence, lecz rzeczywiście słyszał wiwaty, co oznaczało, że otrzymali jakieś dobre nowiny, nawet jeśli nie aż tak absurdalne. — Morgan, obudź Hollina i załogę naziemną. Przeproś ich za tak wczesną porę i każ przynieść Temeraire’owi śniadanie. Mój drogi — zwrócił się do smoka — spróbuję się czegoś dowiedzieć i wrócę jak najszybciej.

— Tak, proszę, tylko się pospiesz — powiedział z przejęciem Temeraire i wspiął się na tylne łapy, usiłując zobaczyć coś ponad drzewami.

We wszystkich oknach paliły się światła. Volly siedział na placu paradnym przed budynkiem i pożerał łapczywie owcę, a grupka członków załogi naziemnej ze służby kurierskiej próbowała powstrzymać tłum ludzi wysypujących się z koszar. Kilku podnieconych żołnierzy i oficerów milicji strzelało w górę, tak że Laurence musiał się niemal przepychać, żeby dotrzeć do wejścia.

Drzwi do biura Lentona były zamknięte, lecz kapitan James siedział w klubie oficerskim, spożywając posiłek niemal równie łapczywie jak jego smok, a wokół niego zebrali się wszyscy kapitanowie.

— Nelson kazał mi zaczekać. Powiedział, że Francuzi wyjdą z portu, zanim zdążę odbyć kolejną trasę — opowiadał James z ustami wypchanymi grzanką, podczas gdy Sutton próbował nakreślić całą scenę na kawałku papieru. — Nie chciało mi się wierzyć, ale rzeczywiście wyszli w niedzielę rano i spotkaliśmy się z nimi w okolicach przylądka Trafalgar w poniedziałek.

Napił się kawy z filiżanki, podczas gdy pozostali czekali niecierpliwie, a potem odsunął talerz i wziął od Suttona papier.

— Daj, sam to zrobię — powiedział i nakreślił małe kółka, by zaznaczyć pozycje okrętów. — Dwadzieścia siedem i dwanaście naszych smoków przeciwko ich trzydziestu trzem i dziesięciu smokom.

— Dwie kolumny, które przecięły ich linię w dwóch miejscach? — zapytał Laurence, spoglądając na schemat z zadowoleniem: wiedział, że to idealna strategia, żeby wywołać wśród francuzów zamieszanie, po którym ich źle wyszkolone załogi już nie zdołałyby powrócić do pierwotnego stanu.

— Co? Ach, okręty, tak. Ekscidium i Laetificat osłaniały kolumnę odwietrzną, Mortiferus zaś zawietrzną — odpowiedział James. — Mówię wam, było gorąco na czele, tak że z góry widziałem przez dym tylko maszty. W pewnym momencie myślałem, że Victory wyleciał w powietrze. Hiszpanie mieli tam jednego z tych swoich przeklętych Flecha-del-Fuegos, który śmigał tak szybko, że nasze działa nie mogły za nim nadążyć. Podpalił na Victory wszystkie żagle, zanim przegoniła go Laetificat.

— Jakie straty ponieśliśmy? — zapytał Warren, a jego cichy głos ostudził podniecenie pozostałych.

James pokręcił głową.

— To była rzeź, co do tego nie ma wątpliwości — odparł z powagą. — Myślę, że straciliśmy jakiś tysiąc ludzi. Sam Nelson ledwo uszedł z życiem: jeden z płonących żagli Victory spadł na niego, gdy stał na pokładzie rufowym. Na szczęście kilku przytomnych ludzi oblało go wodą z beczki, ale mówią, że medale wtopiły mu się w skórę i teraz będzie je nosił przez cały czas.

— Tysiąc ludzi, niech Bóg ma w opiece ich dusze — powiedział Warren; zapadła chwila ciszy, a kiedy znowu wybuchła dyskusja, nie była już tak ożywiona.

Lecz z czasem radość i podniecenie wzięły górę nad powagą, która być może była bardziej stosowna do chwili.

— Mam nadzieję, że mi wybaczycie, panowie — odezwał się Laurence; musiał niemal krzyczeć, bo zgiełk sięgał zenitu i na razie wykluczał szansę zdobycia kolejnych informacji. — Obiecałem Temeraire’owi, że wrócę jak najszybciej. James, podejrzewam, że wiadomość o śmierci Bonapartego nie jest prawdziwa?

— Nie jest, a szkoda. Chyba że trafi go szlag, gdy usłyszy nowiny — zawołał James, wywołując salwę śmiechu, który tak ożywił atmosferę, że odśpiewano Hearts of Oak. Pieśń towarzyszyła Laurence’owi, kiedy opuszczał klub, a nawet później na terenie kryjówki, jako że podjęli ją też ludzie zebrani na zewnątrz.

Do wschodu słońca kryjówka na wpół opustoszała. Mało kto spał tej nocy, a radość bliska była niemal histerii, gdyż napięte do granic możliwości nerwy wreszcie się rozluźniły. Lenton nawet nie próbował przywoływać ludzi do porządku i udawał, że nic nie widzi, kiedy weszli tłumnie do miasta, by przekazać wieści tym, którzy ich jeszcze nie słyszeli, i wtopić się w rozentuzjazmowany tłum.

— Niezależnie od tego, jaki plan inwazji opracował Bonaparte, to zwycięstwo na pewno położyło mu kres — powiedział Chenery w radosnym uniesieniu, kiedy stali na balkonie, obserwując powracających, którzy maszerowali teraz wolniej przez plac paradny, pijani, lecz zbyt weseli, żeby się kłócić, i od czasu do czasu wyrzucali z siebie strzępy piosenek. — Chciałbym zobaczyć jego minę.

— Chyba go przeceniliśmy — powiedział Lenton; twarz miał zaczerwienioną od porto i zadowolenia, całkiem stosownego, bo przecież jego decyzja o wysłaniu Ekscidiuma okazała się trafna i przyczyniła się znacznie do zwycięstwa. — Teraz widzę, że on nie zna się tak dobrze na marynarce jak na siłach lądowych i powietrznych. Laik mógłby przypuszczać, że trzydzieści trzy okręty liniowe nie powinny przegrać tak zdecydowanie z dwudziestoma siedmioma.

— Ale dlaczego zdążyły do nich dołączyć siły powietrzne? — zapytała Harcourt. — Tylko dziesięć smoków i, jak mówił James, ponad połowa była hiszpańska — to nawet nie jedna dziesiąta sił, które miał w Austrii. Może w ogóle ich nie ruszał znad Renu?

— Słyszałem, że przełęcze w Pirenejach są cholernie trudne do przebycia, choć sam nigdy nie próbowałem — rzekł Chenery. — Śmiem twierdzić, że ich wcale nie wysłał, bo uważał, że Villeneuve ma wystarczające siły i wszystkie byczą się w kryjówce i obrastają w tłuszcz. Bez wątpienia przez cały ten czas myślał, że Villeneuve przebije się przez flotę Nelsona, tracąc może okręt albo dwa, i wyczekiwał go, zastanawiając się, gdzie się podziewa, a my zamartwialiśmy się bez powodu.

— A teraz jego armia nie może się przeprawić — rzuciła Harcourt.

— Zacytuję lorda St. Vincenta: „Nie twierdzę, że nie mogą przybyć, twierdzę tylko, że nie mogą przybyć morzem” — powiedział Chenery, szczerząc zęby. — A jeśli Bonaparte sądzi, że podbije Brytanię przy pomocy czterdziestu smoków z załogami, to proszę bardzo, niech spróbuje, a posmakuje prochu z tych dział, które milicja tak pracowicie okopała. Szkoda by było zmarnować ich pracę.

— Wyznam, że nie miałbym nic przeciwko temu, żeby zaaplikować temu łotrowi kolejną dawkę leków — powiedział Lenton. — Ale on nie będzie taki głupi, tak więc musimy się zadowolić spełnionym obowiązkiem i pozwolić Austriakom napawać się załatwieniem Bonapartego. Jego nadzieje na inwazję zostały pogrzebane. — Dopił porto i powiedział nieoczekiwanie: — Niestety, nie można dłużej tego odkładać, Choiseul nie jest już nam potrzebny.