Выбрать главу

W ciszy, która zapadła, gwałtowny oddech Harcourt zabrzmiał niemal jak szloch, lecz dziewczyna nie zaprotestowała, jedynie zapytała nad podziw opanowanym głosem:

— Czy już postanowiono, co się stanie z Praecursorisem?

— Wyślemy go do Nowej Fundlandii, jeśli się zgodzi. Potrzebują tam jeszcze jednego rozpłodnika, żeby uzupełnić hodowlę, a on nie wydaje się zbytnio narowisty — powiedział Lenton. — Problemem jest Choiseul, a nie on. — Pokręcił głową. — Cholerna szkoda, oczywiście. Wszystkie nasze smoki będą przygnębione przez jakiś czas, ale nic innego nie możemy zrobić. I najlepiej niech to się stanie szybko: jutro rano.

Choiseulowi pozwolono na krótką rozmowę z Praecursorisem Ogromnego smoka, niemal owiniętego łańcuchami, pilnowali Maksimus i Temeraire. Laurence czuł, jak Temeraire drży zmuszony do wypełnienia niemiłego obowiązku, ponieważ musiał patrzeć, jak Praecursoris potrząsa gwałtownie głową, kiedy Choiseul desperacko próbował go namówić do przyjęcia rozwiązania, jakie mu zaproponował Lenton. W końcu ogromny smok opuścił głowę na znak niechętnej zgody, a Choiseul zbliżył się do niego i przytulił policzek do jego gładkiego nosa.

Podeszli strażnicy. Praecursoris spróbował ich uderzyć, lecz powstrzymały go łańcuchy, więc tylko zaryczał przeraźliwie, kiedy odprowadzili Choiseula. Temeraire skulił się i odwrócił, rozkładając skrzydła, a potem jęknął cicho. Laurence przylgnął do jego karku i zaczął go głaskać.

— Nie patrz, mój drogi — powiedział przez ściśnięte gardło. — To nie potrwa długo.

Praecursoris ryknął jeszcze raz, już na sam koniec, a potem opadł ciężko na ziemię, jakby uszły z niego wszystkie siły witalne. Kiedy Lenton dał znak, że mogą odejść, Laurence dotknął boku Temeraire’a.

— Leć, leć — powiedział, a Temeraire natychmiast wzbił się w powietrze i oddalił od szubienicy, szybując nad czystym, przepastnym morzem.

— Laurence, czy mogę przyprowadzić tu Maksimusa i Lily? — zapytał Berkley, jak zawsze obcesowo, kiedy znienacka pojawił się przy nim. — Twoja polana jest wystarczająco duża.

Laurence podniósł głowę i spojrzał na niego trochę nieprzytomnie. Temeraire, wciąż pogrążony w żalu, kulił się z głową schowaną pod skrzydłami. Latali wiele godzin, tylko oni i ocean w dole, aż Laurence zaczął go błagać, żeby zawrócili na ląd, bo bał się, że smok będzie wyczerpany. Sam był obolały i miał mdłości, jakby dręczyła go gorączka. Już wcześniej brał udział w egzekucjach, składających się na ponurą rzeczywistość życia w marynarce, a Choiseul o wiele bardziej zasługiwał na swój los niż niejeden z wisielców, których widział Laurence; nie miał pojęcia, dlaczego tym razem cierpi takie katusze.

— Jeśli chcesz — odpowiedział bez entuzjazmu i znowu opuścił głowę.

Nie zareagował na szum skrzydeł i cienie, kiedy nadleciał Maksimus, zasłaniając na chwilę słońce swoim ogromnym ciałem, i wylądował obok Temeraire’a, a zaraz za nim Lily. Smoki od razu przytuliły się do siebie; po jakimś czasie Temeraire zmienił pozycję, by lepiej objąć swoich towarzyszy, a Lily rozłożyła nad wszystkimi skrzydła.

Berkley podprowadził Harcourt do Laurence’a, który siedział oparty o bok Temeraire’a, i popchnął ją, a ona bezwolnie usiadła; opuścił niezgrabnie swój ciężki tułów naprzeciw nich i wyciągnął przed siebie ciemną butelkę. Laurence wziął ją od niego i napił się obojętnie: nie jadł przez cały dzień, więc mocny, nie rozcieńczony rum szybko uderzył mu do głowy, a on z wdzięcznością poddał się otępieniu.

Po pewnym czasie Harcourt zaczęła cicho płakać, a Laurence ją objął i stwierdził przerażony, że i jego twarz jest mokra.

— Był zdrajcą, po prostu kłamliwym zdrajcą — powiedziała Harcourt, ocierając łzy wierzchem dłoni. — Ani trochę mi go nie szkoda, ani trochę. — Mówiła z trudem, jakby chciała przekonać samą siebie.

Berkley podał jej znowu butelkę.

— Nie o niego chodzi. Przeklęta kanalia zasłużyła na to — powiedział. — Żal ci smoka, tak jak i im. Wiesz, one nie myślą wiele o królu i ojczyźnie. Praecursoris za cholerę nie dbał o te rzeczy, leciał zawsze tam, dokąd kazał mu lecieć Choiseul.

— Powiedz mi — odezwał się nieoczekiwanie Laurence — czy Bonaparte naprawdę skazałby smoka na śmierć za zdradę?

— Bardzo prawdopodobne. Na kontynencie czasem tak robią. Bardziej żeby przestrzec przed zdradą opiekunów, niż żeby ukarać zwierzęta — powiedział Berkley.

Laurence żałował, że o to zapytał, żałował, że Choiseul mówił prawdę przynajmniej w tym względzie.

— Korpus na pewno udzieliłby mu schronienia w koloniach, gdyby poprosił — rzucił ze złością. — Wciąż nie ma dla niego usprawiedliwienia. Pragnął odzyskać pozycję we Francji; gotów był zaryzykować w tym celu życie Praecursorisa, bo przecież równie dobrze my mogliśmy skazać na śmierć jego smoka.

Berkley potrząsnął głową.

— Wiedział, że tego nie zrobimy, bo nie mamy zbyt dużo rozpłodników — powiedział. — Nie żebym szukał dla niego usprawiedliwienia. Masz rację. Myślał, że Bonaparte nas pokona, i nie chciał spędzić reszty życia w koloniach. — Berkley wzruszył ramionami. — Mimo wszystko paskudnie postąpił ze smokiem, bo ten nie zrobił nic złego.

— Nieprawda, zrobił — wtrącił nieoczekiwanie Temeraire, a Maksimus i Lily uniosły głowy, aby go wysłuchać. — Choiseul nie mógł go zmusić do tego, żeby odleciał z Francji ani żeby tu przyleciał i nas skrzywdził. Według mnie on jest tak samo winny.

— Możliwe, że nie rozumiał, co mu kazano robić — odezwała się nieśmiało Harcourt.

— W takim razie powinien był odmawiać, dopóki by nie zrozumiał — odparł Temeraire. — On nie jest taki ograniczony jak Volly. Mógł uratować życie opiekunowi, a także swój honor.

Wstydziłbym się, gdybym pozwolił na to, żeby powiesili mojego opiekuna, a mnie pozostawili przy życiu, kiedy działalibyśmy wspólnie — dodał zjadliwie, tnąc ogonem powietrze. — A przede wszystkim to nigdy bym nie pozwolił, żeby powiesili Laurence’a, niechby tylko spróbowali.

— Ja bym chyba po prostu zabrała Catherine i odleciała — po wiedziała Lily. — Może Praecursoris też chciał tak zrobić. Chyba nie mógł zerwać łańcuchów, bo jest mniejszy od was, no i nie potrafi pluć trucizną. Poza tym był sam, pilnie strzeżony. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie mogła uciec.

Ostatnie słowa powiedziała bardzo cicho, a potem smoki zaczęły opadać na ziemię, przytłoczone nową falą smutku, i znowu tulić się do siebie, aż Temeraire nagle drgnął i oznajmił stanowczo:

— Powiem wam, co zrobimy: jeśli kiedykolwiek musiałabyś ratować Catherine albo ty, Maksimusie, Berkleya, to wam pomogę, a wy zrobicie to samo dla mnie. Tak więc nie musimy się martwić. Nie sądzę, żeby komukolwiek udało się powstrzymać nas wszystkich, a przynajmniej zanim uciekniemy.

Ten wspaniały plan znacznie poprawił humory całej trójce, Laurence zaś zaczął żałować, że wypił tyle rumu, ponieważ nie byt w stanie właściwie sformułować protestu, co powinien był zrobić, i to natychmiast.

— Dość już, wy cholerni konspiratorzy. Zaprowadzicie nas na stryczek szybciej, niżbyśmy sami to zrobili — zaprotestował na szczęście Berkley w jego imieniu. — Zjecie coś teraz? Nie będziemy jeść, dopóki sami się nie posilicie, a skoro jesteście tak bardzo zajęci bronieniem nas, to może byście najpierw nie pozwolili nam umrzeć z głodu.