Tylko trzy transportowce zostały w ogóle zaatakowane: brytyjskie smoki ostro ścierały się z francuskimi obrońcami. Lily latała niemal sama, towarzyszył jej tylko Nitidus, a w zasięgu wzroku nie było nikogo z ich jednostki. Laurence poszukał wzrokiem Maksimusa i zobaczył, że ten toczy pojedynek z dawnym przeciwnikiem, Grand Chevalierem; przez ostatnie dwa miesiące Maksimus zbliżył się rozmiarami do francuskiego smoka, tak więc teraz oba rzuciły się na siebie z przerażającą zażartością.
Z tej odległości odgłosy były stłumione, za to Laurence usłyszał inny, bardziej niepokojący dźwięk: huk fal rozbijających się u stóp białych klifów. Dotarli aż do wybrzeża i widział czerwono-białe mundury żołnierzy zajmujących pozycje na dole. Nie było jeszcze południa.
Nagle sześć ciężkich smoków wyskoczyło ławą z francuskiego szeregu i zanurkowało ku ziemi, rycząc przeraźliwie, kiedy ich załogi zaczęły zrzucać bomby. Rzadkie szeregi żołnierzy angielskich zafalowały jak uderzone podmuchem wiatru, a siły milicji zgromadzone na środku niemal się załamały; ludzie padali na kolana, zakrywając uszy dłońmi, chociaż atak nie wyrządził żadnych konkretnych zniszczeń. Kilkanaście karabinów wypaliło chaotycznie: zupełnie niepotrzebnie, pomyślał z rozpaczą Laurence. Prowadzący transportowiec mógł się opuścić niemal bez przeszkód.
Czwórka niosących go smoków zacieśniła szyk, lecąc bezpośrednio nad transportowcem, i pozwoliła jego kilowi wbić się w ziemię siłą bezwładu. Angielscy żołnierze z pierwszych szeregów wyrzucili ręce w górę, gdy opadł na nich ogromny tuman ziemi, za chwilę niemal połowa z nich padła trupem: z przodu transportowca opadła klapa i z jego wnętrza wystrzeliła karabinowa salwa.
Rozległ się okrzyk Vive l’Empereur! i z dymu wyłonili się francuscy żołnierze: ponad tysiąc ludzi, którzy ciągnęli za sobą dwa osiemnastofuntowe działa; od razu uformowali szereg, by osłonić artylerzystów i pozwolić im przygotować broń. Angielscy żołnierze odpowiedzieli ogniem, a później siły milicji także zdobyły się na nierówną salwę, lecz po stronie francuskiej walczyli zahartowani weterani; gdy ich towarzysze padali dziesiątkami, natychmiast szlusowali, utrzymując zwarty szyk.
Cztery smoki, które przyniosły transportowiec, pozbyły się łańcuchów. Uwolnione od ciężaru, wzbiły się w powietrze i przyłączyły do walki, co powiększyło jeszcze przewagę liczebną Francuzów. Lada moment można się było spodziewać lądowania kolejnego transportowca, a jego smoki mogły bardziej przechylić szalę na niekorzyść Anglików.
Maksimus ryknął z wściekłością, oderwał się od Grand Chevaliera i zdesperowany pomknął w dół ku następnemu transportowcowi, który już się obniżał; nie próbował żadnych sztuczek ani manewrów, po prostu runął w dół. Dwa mniejsze smoki próbowały zagrodzić mu drogę, lecz do nurkowania wykorzystywał całą swoją wagę, więc choć drapnęły go zębami i pazurami, odrzucił je samą siłą rozpędu. Jeden z napastników został tylko odepchnięty w bok, lecz drugi, Honneur-d’Or w czerwono-błękitne pasy, wpadł na klif, nieporadnie machając wywichniętym skrzydłem. Orał pazurami urwistą ścianę, szukając oparcia, by wdrapać się na górę.
Lekka fregata o płytkim zanurzeniu, uzbrojona w jakieś dwadzieścia cztery działa, czekała odważnie blisko wybrzeża i teraz wykorzystała okazję: zanim smok zdołał wspiąć się na klifowy grzbiet, pełna salwa zadudniła jak grzmot pioruna. Francuski smok wydał przeraźliwy ryk i spadł; bezlitosne fale cisnęły o skały jego zwłoki i szczątki załogi.
Maksimus opadł na drugi transportowiec i szarpał pazurami łańcuchy; jego ciężar przekraczał możliwości smoków transportowych, ale te mężnie stawiały czoło wyzwaniu i z najwyższym trudem wspólnie zdołały przenieść transportowiec nad grzbietem klifu, zanim Maksimus zdążył zerwać łańcuchy. Drewniana skorupa spadła dwadzieścia stóp w dół i pękła jak jajko, rozsypując ludzi i broń, lecz wysokość nie była aż tak duża. Ci, którzy ocaleli, niemal od razu stawali na chwiejnych nogach, bezpieczni za dopiero co uformowaną francuską linią.
Maksimus wylądował ciężko za liniami angielskimi: jego boki parowały w zimnym powietrzu, z licznych ran płynęła krew, a skrzydła opadły na ziemię. Spróbował ponownie wzbić się w powietrze, lecz opadł na tylne łapy, drżąc na całym ciele.
Trzy lub cztery tysiące Francuzów i pięć dział już wylądowało. Anglicy zgromadzili w tym rejonie tylko dwadzieścia tysięcy ludzi, głównie milicji, wyraźnie nie kwapiącej się do ataku ze strachu przed smokami. Wielu już próbowało uciekać. Jeśli francuski dowódca miał choć trochę oleju w głowie, nie będzie czekać z atakiem na kolejne trzy czy cztery transportowce, a gdyby jego ludziom udało się zdobyć stanowiska angielskich dział, mogliby użyć ich przeciwko angielskim smokom i oczyścić pole dla pozostałych transportowców.
— Laurence — odezwał się Temeraire, odwracając głowę — dwa kolejne transportowce przymierzają się do wylądowania.
— Wiem — odparł przybity Laurence. — Musimy spróbować je powstrzymać, bo jeśli zdołają wylądować, to przegramy na lądzie.
Temeraire milczał przez chwilę, choć skręcił nieco, by skierować się przed prowadzący transportowiec. Potem powiedział:
— Laurence, nie uda się nam, prawda?
Słuchali ich obaj wysunięci obserwatorzy, młodzi chorążowie, więc Laurence musiał mówić zarówno do nich, jak i do Temeraire’a.
— Nie do końca, zapewne — odparł. — Ale możemy zdziałać dość, żeby pomóc w obronie Anglii. Jeśli będą zmuszeni lądować osobno albo na gorszych pozycjach, może milicja zdoła powstrzymać ich przez jakiś czas.
Temeraire skinął głową, najwyraźniej zrozumiawszy niewypowiedzianą prawdę: przegrali bitwę i nawet ta akcja była tylko symboliczna.
— Ale i tak trzeba spróbować, bo przecież nie możemy pozwolić na to, żeby nasi przyjaciele walczyli bez nas — powiedział Temeraire. — Myślę, że to miałeś na myśli, kiedy opowiadałeś mi o obowiązku, a przynajmniej ja tyle z tego zrozumiałem.
— Tak — odparł Laurence przez ściśnięte gardło. Wyprzedzili transportowce i lecieli teraz nad ziemią, a milicja zamieniła się w rozmazane morze czerwieni. Temeraire zmienił pozycję, żeby zaatakować od przodu pierwszy z transportowców; Laurence zdołał jedynie położyć dłoń na karku smoka w niemym geście jedności.
Widok lądu dodał sił francuskim smokom: zwiększały tempo. Od przodu transportowiec niosły dwa Pecheury, mniej więcej tej samej wielkości, które nie odniosły jeszcze ran. Laurence pozwolił Temeraire’owi podjąć decyzję, którego zaatakować, i ponownie nabił pistolety.
Temeraire zawisł w powietrzu i rozłożył szeroko skrzydła, jakby chciał zagrodzić drogę nadlatującym smokom; błoniasta, szara skóra jego podniesionej krezy zalśniła w słońcu. Całe jego ciało zadrżało powoli, kiedy wciągnął głęboko powietrze, a boki napęczniały, uwydatniając rzeźbę kości. Laurence z niepokojem zauważył, że skóra smoka jest napięta do granic wytrzymałości, czuł wręcz, jak powietrze się porusza, odbija echem i wibruje w komorach smoczych płuc.
W brzuchu Temeraire’a zdawał się narastać jakiś grzmiący odgłos, przypominający werbel.
— Temeraire — zawołał, czy raczej spróbował zawołać Laurence, bo w ogóle nie usłyszał własnych słów. Czuł jakiś potężny dreszcz przesuwający się po ciele smoka wraz z oddechem: Temeraire rozwarł paszczę i dobiegł z niej ryk, który był bardziej siłą niż dźwiękiem, przeraźliwy i rozległy grzmot, który zdawał się zaćmiewać powietrze.