„Dostarczę twój przeklęty list. Co za bezczelność z jej strony, posądzić mnie, że nie dotrzymam tego, co obiecałem. Dostarczę ten przeklęty list, nawet jeśli miałbym przy tym zginąć”.
Zmierzch powoli pokrywał Tar Valon, ale światła było wciąż dostatecznie dużo, by odsłonić wspaniałość fantastycznych budowli oraz dziwne kształty wież połączonych wysokimi mostami zawieszonymi w powietrzu sto kroków ponad ziemią. Ludzie wciąż tłoczyli się na ulicach, tak rozmaicie poubierani, że pomyślał, iż wszystkie ludy muszą mieć tutaj chyba swych przedstawicieli. Wzdłuż głównych ulic latarnicy wspinali się na drabiny, by zapalić lampy umieszczone na wysokich słupach. Ale w tej części Tar Valon, do której zmierzał, jedyne oświetlenie stanowiły potoki światła wylewające się przez okna.
Wielkie budynki i wieże Tar Valon wybudowali Ogirowie, nowsze partie miasta wyszły jednak spod ręki ludzi. „Nowsze” znaczyło w niektórych przypadkach tyle, że zostały zbudowane dwa tysiące lat temu. Dzieła rąk ludzkich, które dostrzegł, idąc w kierunku Południowej Przystani, starały się stosować, o ile nie wręcz naśladować, wspaniałą pracę Ogirów. Gospody, w których hulały załogi statków zawierały w sobie wystarczającą ilość kamieniarskiej pracy dla postawienia pałacu. Posągi w niszach i kopuły na dachach, zdobnie odrobione gzymsy i ażurowo rzeźbione fryzy, stanowiły dekoracje sklepów i domów kupieckich. Nad ulicami również wznosiły się łuki mostów, ale tutaj ulice wykładane były brukowymi kamieniami, nie zaś płytami, wiele mostów zrobiono z drewna, miast z kamienia, czasami wysokością nie przekraczały drugiego piętra budynków, które łączyły, nigdy zaś nie znajdowały się wyżej niż piętro czwarte.
Ciemne ulice tętniły identycznym życiem jak reszta Tar Valon. Kupcy ze statków i kupujący ich towar, ludzie, którzy podróżowali po Erinin i ci, którzy pracowali na niej, wszyscy tłoczyli się w tawernach oraz wspólnych salach gospód, w towarzystwie spryciarzy poszukujących sposobu zdobycia ich pieniędzy, mniej lub bardziej uczciwym sposobem. Ochrypła muzyka wypełniała ulice dźwiękami bitterny, fletu, harfy i cymbałów. W pierwszej gospodzie, do której wszedł Mat toczyły się akurat trzy rozgrywki w kości, mężczyźni przykucnęli w kółkach przy ścianach wspólnej sali i wykrzykiwali głośno na znak zwycięstwa oraz porażki.
Miał zamiar grać tylko godzinę, lub coś koło tego, zanim znajdzie statek, po prostu wystarczająco długo, aby uzupełnić swą sakiewkę o kilka monet, ale zaczął wygrywać. Jak daleko sięgał pamięcią, zazwyczaj wygrywał więcej, niż przegrywał, a czasami, kiedy grał z Hurinem, oraz w Shienarze, zdarzało mu się wygrać po kolei sześć czy osiem partii. Dzisiejszego wieczoru jednak, wygrywał każdy rzut. Każdy jeden.
Czując na sobie spojrzenia, jakie rzucali na niego pozostali gracze, zadowolony był, że własne kości pozostawił w sakwie. Te spojrzenia zdecydowały o postanowieniu zmiany miejsca. Ze zdumieniem stwierdził, iż w sakiewce ma w tej chwili około trzydziestu srebrnych marek, ale ponieważ nie od każdego wygrał tyle samo, dlatego też niektórzy nie byli zadowoleni z jego rezygnacji.
Tylko jeden żeglarz, ze związanymi w węzeł czarnymi, kręconymi włosami — z Ludu Morza, jak ktoś powiedział, chociaż Mata zdziwiło, cóż jeden z Atha’an Miere robił tak daleko od morza — szedł za nim po ciemniejących ulicach, domagając się szansy na odegranie tego, co stracił. Ale Mat chciał już dostać się do doków — trzydzieści srebrnych marek to było więcej niż dosyć — niemniej żeglarz upierał się, on zaś z przewidzianego czasu wykorzystał tylko pół godziny, toteż na koniec poddał się i razem weszli do tawerny, obok której akurat przechodzili.
Wygrał znowu i wtedy jakby ogarnęła go gorączka. Wygrywał każdy rzut. Wędrował od tawerny do gospody i z powrotem do kolejnej tawerny, nigdzie nie zostając dość długo, by kogokolwiek rozeźlić wysokością swych wygranych. I wciąż wygrywał każdy kolejny rzut. Wymienił w kantorze srebro na złoto. Grał na korony i piątki, dwudziestki. Grał pięcioma kośćmi, czterema, trzema, a nawet dwoma. Grał w gry, których wcześniej nie znał, kucał w kółku i zasiadał przy stole. I wygrywał. W którejś chwili ciemny żeglarz powiedział, że ma na imię Raab — opuścił go, odchodząc chwiejnym krokiem, wyczerpany, ale z pełną sakiewką; zamiast grać postanowił obstawiać zwycięstwa Mata. Mat odwiedził kolejny kantor, być może nawet dwa, gorączka zdawała się zaćmiewać mu umysł, równie przemożne jak niejasne były jego wspomnienia dotyczące przeszłości i poszedł poszukać następnego miejsca, w którym grano. Wygrał.
Na koniec znalazł się, nie wiedział dokładnie, ile minęło godzin, w tawernie wypełnionej tytoniowym dymem niejasno przypomniał sobie nazwę, „Splot Tremalking” wpatrując się w pięć kości, z których każda ukazywała bok z głęboko wyciętą koroną. Większość bywalców wydawała się tutaj zainteresowana tylko piciem, w takich ilościach, jakie tylko mieściły ich gardła, jednak okrzyki graczy i grzechot kości, dobiegające z przeciwległego kąta sali, tłumił niemal całkowicie kobiecy głos śpiewający do akompaniamentu cymbałów skoczną piosenkę.
Śpiewaczka oznajmiła, że piosenka ma tytuł Co on powiedział do mnie, Mat jednak znał ją pod tytułem Czy ze mną zatańczysz i z innymi słowami, w tej chwili jednak wszystkim, o czym mógł myśleć, były te kości.
— Znowu król — wymamrotał jeden z mężczyzn siedzących w kucki obok Mata. Po raz piąty z rzędu Mat wyrzucił króla.
Przed chwilą wygrał złotą markę, tym razem nie dbając nawet, że jego Andorańska marka przewyższa wartością monetę illiańską, postawioną przez tamtego, zebrał tylko kości do kubka, zagrzechotał nimi ostro i wyrzucił na podłogę. Pięć koron.
„Światłości, nie może tak być. Nikt nigdy nie wyrzucił pod rząd sześciu króli. Nikt”.
— Jakby mu sam Czarny sprzyjał — warknął kolejny mężczyzna.
Potężny człowiek o ciemnych włosach związanych na karku czarną wstążką, poznaczonej bliznami twarzy i nosie noszącym ślad niejednokrotnego złamania.
Mat ledwie sobie zdawał sprawę, co robi, a już trzymał tamtego za kołnierz, potem podniósł go i rzucił nim o ścianę.
— Nigdy tego nie mów! — warknął. — Nawet nie waż się w ten sposób mówić!
Mężczyzna spojrzał na niego z góry, całkowicie zadziwiony, był o głowę wyższy niż Mat.
— To tylko takie powiedzenie — wymruczał ktoś za jego plecami. — Światłości, tylko powiedzenie.
Mat zwolnił swój uchwyt na kaftanie tamtego i cofnął się.
— Ja... ja... nie lubię jak ktoś mówi o mnie takie rzeczy. Nie jestem Sprzymierzeńcem Ciemności!
„Niech sczeznę, tylko żeby nie sprzyjał mi Czarny. Tylko nie to! Och, Światłości, czy ten przeklęty sztylet rzeczywiście coś mi zrobił?”
— Nikt nie mówi, że jesteś — wymamrotał mężczyzna ze złamanym nosem.
Zdawał się otrząsać powoli z zaskoczenia i zastanawiać, czy warto się rozzłościć.