Most wydawał się okropnie wąski, przemierzał ciemność, w którą nie sięgały światła tawern, łukiem wygiętym nad przepaścią, skąd czekałby go daleki lot do twardego bruku, ale zrzucił na dół pałkę i ruszył za nią, zanim zdążył się dobrze zastanowić, co robi. Jego buty łupnęły o powierzchnię mostu, on zaś przetoczył się w taki sposób, w jaki robił to jako chłopiec, spadając z drzewa. Zatrzymał się na wysokiej do pasa balustradzie.
— Mając złe obyczaje, trzeba się potem dużo nabiegać uciekając — skonstatował na swój użytek, potem podniósł się i wziął pałkę.
Okno po przeciwnej stronie mostu było zamknięte na głucho i nie oświetlone. Nie sądził, że mieszkający za nim człowiek ucieszy się z odwiedzin obcego pośrodku nocy. Dookoła widział mnóstwo kamiennych ozdób, ale nawet jeśli było tego wystarczająco dużo, by znaleźć uchwyt dla palców, noc skrywała to przed jego oczyma.
„Cóż, obcy czy nie obcy, wchodzę do środka”.
Odwrócił się od balustrady i w tym momencie spostrzegł, że nie jest na moście sam. Oprócz niego stał tam człowiek ze sztyletem w dłoni.
Mat pochwycił uzbrojoną dłoń w chwili, gdy nóż zmierzał już w kierunku jego gardła. Ledwie zdołał zawrzeć słaby uchwyt na nadgarstku tamtego, gdy pałka zaplątała mu się między nogami, powodując, że zwisł przez balustradę i pociągnął tamtego na siebie. Balansując na niewielkim oparciu, jakiego poręcz dostarczała jego plecom, przed oczyma mając twarz tamtego z wyszczerzonymi zębami, doskonale zdawał sobie sprawę zarówno z długiego upadku, jaki go czeka, jak i z odbijającego światło księżyca ostrza tuż przy gardle. Uchwyt palców na nadgarstku mężczyzny powoli ześlizgiwał się, drugą rękę, ściskającą pałkę, miał uwięzioną pomiędzy swoim ciałem a korpusem napastnika. Minęły jedynie sekundy od czasu, kiedy zobaczył go po raz pierwszy, a w ciągu następnych kilku sekund miał umrzeć ze sztyletem w gardle.
— Czas rzucić kości — powiedział.
Wydawało mu się, że mężczyzna zmieszał się na moment, a moment to było wszystko, czego potrzebował. Podniósł nogi i pociągnął ich obu w otchłań.
Przez wydłużające się chwile zdawało się, iż nic nie waży. Wiatr świszczał w uszach i rozwiewał włosy. Wydawało mu się, że mężczyzna krzyczy lub próbuje krzyczeć. Wstrząs uderzenia pozbawił go zupełnie tchu, przed zmąconymi oczyma zatańczyły srebrne i czarne iskry.
Kiedy na powrót mógł już oddychać — i widzieć zrozumiał, że leży na ciele mężczyzny, który go zaatakował, ono właśnie złagodziło upadek.
— Szczęście — wyszeptał.
Powoli podniósł się, przeklinając skaleczenie, jakie koniec pałki zostawił mu na żebrach.
Spodziewał się, że tamten nie żyje — niewielu potrafiłoby przeżyć upadek na bruk z wysokości trzydziestu stóp, dodatkowo z ciężarem drugiego człowieka na sobie — ale nie spodziewał się zobaczyć sztyletu, tkwiącego w jego sercu. Człowiek wyglądał tak przeciętnie, że wydawało się niemożliwe, aby chciał go zabić. Mat nie sądził, by był w stanie dostrzec go w zatłoczonym pokoju.
— Miałeś pecha, chłopie — powiedział do trupa, ale głos mu drżał.
Nagle uprzytomnił sobie wszystko, co się dotąd wydarzyło. Rabusie na krętej uliczce. Wspinaczka po dachach. Ten człowiek. Upadek. Wzniósł oczy ku łukowi mostu ponad głową i dopadły go dreszcze.
„Musiałem chyba oszaleć. Mała przygoda to jedna rzecz, ale o coś takiego nie prosiłby nawet Rogosh Orle Oko”.
Zdał sobie sprawę, że stoi nad martwym człowiekiem leżącym ze sztyletem wbitym w pierś, jakby czekając, aż ktoś nadejdzie i krzykiem wezwie gwardzistów z Płomieniem Tar Valon na piersiach. Dokument Amyrlin mógł spowodować, że daliby mu spokój, ale mogło również stać się odwrotnie, jeżeli odkryła już jego ucieczkę. Wciąż mógł skończyć zamknięty w Białej Wieży, bez dokumentu, zapewne nie pozwolono by mu nawet opuszczać w ogóle jej terenów.
Rozumiał, że powinien natychmiast ruszyć w stronę doków i odpłynąć pierwszym statkiem, choćby była to przegniła balia pełna starych ryb, ale nogi mu się tak trzęsły w następstwie minionych wydarzeń, że ledwie mógł chodzić. Pragnął móc usiąść choćby na minutę. Tylko minuta odpoczynku, by kolana przestały drżeć, a potem ruszy w kierunku doków.
Tawerny były bliżej, skierował jednak swe kroki do gospody. Wspólna sala gospody stanowiła zawsze przyjazne miejsce, gdzie człowiek mógł odpocząć przez chwilę i nie j przejmować się, że ktoś go ściga. Przez okna padała wystarczająca ilość światła, by bez trudu dostrzec godło. Kobieta z włosami zaplecionymi w warkocze, trzymająca w ręku coś, co wyglądało mu na oliwną gałązkę oraz słowa: „Kobieta z Tanchico”.
31
Kobieta z Tanchico
W oświetlonej rzęsiście wspólnej sali gospody z powodu późnej pory zajęta była najwyżej jedna czwarta stołów. Kilka służących w białych fartuchach uwijało się pomiędzy mężczyznami, roznosząc kufle z piwem i winem. Na tle ożywionych rozmów rozbrzmiewały dźwięki trącanych strun harfy. Goście siedzieli przy stołach, niektórzy z fajkami w zębach, dwóch pochylało się nad planszą do gry w kamienie. W dobrze skrojonych płaszczach ze znakomitej wełny, pozbawionych jednak złota, srebra lub innych zdobień, charakterystycznych dla strojów prawdziwych bogaczy, wyglądali jak oficerowie ze statków albo pomniejsi kupcy z mniej znacznych domów. Po raz pierwszy tego wieczoru Mat nie usłyszał znajomego stukotu i grzechotania kości. Ogień płonął na długich rusztach w przeciwległym końcu sali, jednakże nawet bez ogrzewania wnętrze zapewne tchnęłoby przytulnością.
Harfiarz stał na blacie stołu i akompaniując sobie, recytował Marę i trzech głupich królów. Jego instrument, cały wykonany ze złota i srebra, stosowny był raczej do pałacowych komnat. Mat znał tego barda. Kiedyś uratował mu życie.
Harfiarz był szczupłym mężczyzną, można by go nawet nazwać wysokim, gdyby się nie garbił, nadto lekko powłóczył nogą, co od razu zwracało uwagę, kiedy przesuwał stopy po blacie stołu. Mimo iż znajdował się pod dachem, miał na sobie płaszcz, cały naszywany furkoczącymi łatami, które mieniły się setką kolorów. Zawsze chciał, aby od razu rozpoznawano w nim barda. Długie wąsy i krzaczaste brwi były białe, podobnie jak gęste włosy na głowie. W jego niebieskich oczach błyszczał smutek, nawet wtedy gdy recytował. To spojrzenie było równie zaskakujące jak widok samej postaci. Mat nigdy nie podejrzewał Thoma Merrilina o to, że jest człowiekiem przepełnionym smutkiem.
Zajął miejsce przy stole, ułożył swe rzeczy na podłodze za stołkiem i zamówił dwa kufle wina. Ładna młoda służąca aż zamrugała wielkimi brązowymi oczyma.
— Dwa, młody panie? Doprawdy nie wyglądasz na tak tęgiego pijaka. — W jej głosie lekko drżały psotne tony śmiechu.
Poszperał chwilę po kieszeniach i wyciągnął dwa srebrne grosze. Wino kosztowało o połowę mniej, druga moneta miała być wyrazem uznania dla urody jej oczu.
— Mój przyjaciel wkrótce dołączy do mnie.
Wiedział, że Thom go dostrzegł. Staremu bardowi głos niemalże zamarł na ustach, kiedy Mat wszedł do środka. To również stanowiło swego rodzaju nowość. Niewiele rzeczy potrafiło Thoma zaskoczyć do tego stopnia, by cokolwiek po sobie pokazał. Mat znał pieśniarza na tyle dobrze, by wiedzieć, że jedynie coś tak groźnego jak trolloki może przerwać w połowie jego opowieści. Kiedy dziewczyna przyniosła wino i resztę w miedziakach, postawił przed sobą cynowe kufle i wsłuchał się w zakończenie historii.
— „I było tak, jak powiedzieliśmy, że być powinno”, rzekł król Madel, starając się wyplątać rybę ze swej długiej brody — głos Thoma zdawał się rozbrzmiewać echem, jakby niósł się po wielkiej sali, nie zaś zwyczajnej izbie w gospodzie. Szarpnięciami strun podkreślał ostateczną głupotę trzech królów. — „I było tak, jak powiedzieliśmy, że będzie”, powiedział Orander, i poślizgnąwszy się w glinie, usiadł z głośnym plaśnięciem. „I było tak, jak powiedzieliśmy, że musi być”, oznajmił Kadar, po pas zanurzony w rzece, szukając swej korony. „Ta kobieta nie ma pojęcia, o czym mówi. Jest głupia!” Madel i Orander głośno wyrazili swój aplauz. A tego było już Marze za wiele. „Dałam im tyle szans, na ile zasłużyli, a nawet więcej”, wyszeptała do siebie. Wsunęła koronę Kadara do torby, gdzie już znajdowały się pozostałe dwie, wsiadła na powrót do swego powozu, cmoknęła na klacz i pojechała prosto do rodzinnej wioski. A kiedy przybyła, opowiedziała jej mieszkańcom o wszystkim, co się zdarzyło. Odtąd ludzie z Heape nie mieli już żadnego króla. — Dźwiękami instrumentu bard podkreślił raz jeszcze temat głupoty królów, tym razem wznosząc się aż do crescendo, które zabrzmiało zupełnie jak śmiech, po czym ukłonił się zamaszyście, prawie spadając przy tym ze stołu.