Nienawidził Illian.
— Pewnego dnia złupimy ich do gołej skóry, zrównamy z ziemią wszystkie miasta i wioski, a na ugorze zasiejemy sól. — Broda Mallii niemalże zjeżyła się z gniewu i obrzydzenia na myśl o paskudnej ziemi illiańskiej. — Nawet ich oliwki są zgniłe! Pewnego dnia poprowadzimy wszystkie illiańskie kanalie w łańcuchach! Tak powiada Wielki Lord Samon!
Mat zastanawiał się, jaki użytek Łza zrobiłaby z tych wszystkich ludzi, gdyby rzeczywiście zrealizowano taki plan. Illian trzeba by było karmić, a będąc niewolnikami, z pewnością nie chcieliby pracować. Wszystko to było pozbawione dlań najmniejszego sensu, jednak oczy Mallii lśniły, gdy o tym mówił.
Tylko głupcy zgadzają się na władzę pojedynczego człowieka, pozwalając by rządzili nimi król lub królowa.
— Oczywiście z wyjątkiem królowej Morgase — dodał pośpiesznie. — Słyszałem, że to bardzo porządna kobieta. Piękna, jak mi powiedziano.
I wszyscy ci głupcy zginają karki przed jednym głupcem. Wielcy Lordowie rządzą Łzą wspólnie, wydając decyzje będące rezultatem współpracy, i tak właśnie powinno być wszędzie. Wielcy Lordowie wiedzą co jest słuszne, dobre i prawdziwe. A tym bardziej Wielki Lord Samon. Człowiek nigdy nie zboczy z właściwej drogi, jeśli będzie posłuszny Wielkim Lordom. A zwłaszcza Wielkiemu Lordowi Samonowi.
Mallia starał się za wszelką cenę nie ujawniać czegoś, co stanowiło przedmiot jego największej nienawiści, większej nawet niż królowie i królowe, większej niż Illianie. Mówił jednak tak dużo, usiłując odkryć cel ich misji, i tak bardzo stracił panowanie nad własnym głosem, że zdradzał więcej, niż zamierzał.
Zapewne musieli dużo podróżować w służbie tak wielkiej królowej jak Morgase. Niewątpliwie zwiedzili mnóstwo krain. Marzył o żegludze po morzu, gdyż wtedy mógłby zobaczyć kraje, o których dotąd jedynie słyszał, ponieważ wówczas mógłby odnaleźć ławice olejowych ryb Mayenian, a wtedy odsunąłby od handlu Lud Morza i wstrętnych Illian. No i morze leży przecież daleko od Tar Valon. Muszą przecież to rozumieć, gdyż z pewnością zmuszeni bywają do odwiedzania dziwnych miejsc i ludzi, których nie mieliby ochoty widzieć, co trudno byłoby im znieść, gdyby nie służyli królowej Morgase.
— Nigdy nie lubiłem dobijać do tego brzegu, nigdy bowiem nie wiadomo, kto tutaj może władać Jedyną Mocą. — Niemalże wypluł dwa ostatnie słowa. Przecież od kiedy Wielki Lord Samon powiedział. . . — Niech sczeźnie ma dusza, to miejsce powoduje, że czuję się, jakby obłe robaki wgryzały mi się w brzuch, kiedy tylko spojrzę na ich Białą Wieżę, wiedząc, co planują.
Wielki Lord Samon powiedział, że Aes Sedai dążą do władzy nad światem. Powiedział, że chcą zmiażdżyć wszystkie ludy, położyć swój but na gardle każdego człowieka. Powiedział, że Łza nie może już dłużej poprzestać na zakazie używania Mocy na własnym terytorium, w nadziei, że to wystarczy. Powiedział, że dla Łzy nadchodzi dzień zasłużonej chwały, ale na przeszkodzie stoi Tar Valon.
— Nie mają szans, by tego uniknąć. Wcześniej czy później zostaną wytropione i zabite, wszystkie Aes Sedai, do ostatka. Wielki Lord Samon mówi, że pozostałe można będzie oszczędzić, młódki, nowicjuszki, Przyjęte — jeśli oprzytomnieją i nawrócą się na Kamień, ale cała reszta musi zostać wytępiona. Tak właśnie twierdzi Wielki Lord Samon. Biała Wieża musi zostać zniszczona.
Przez dłuższą chwilę Mallia stał pośrodku kajuty, z naręczem ubiorów, książkami oraz rulonami map, włosami niemalże omiatając belki pokładu nad głową, i patrzył w pustkę, w której Biała Wieża obracała się w ruinę. Potem wzdrygnął się, gdy zdał sobie sprawę, co właściwie przed momentem powiedział. Wystrzyżona w szpic broda zadrgała niepewnie.
— To znaczy. . . tak właśnie on mówi. Ja. . . ze swojej strony. . . sądzę, że być może, posuwa się trochę za daleko. Wielki Lord Samon. . . Potrafi tak przemawiać, że człowiek sam już nie wie, w co ma wierzyć. Jeśli Caemlyn może paktować z Wieżą, cóż, dlaczego nie miałaby tego czynić Łza. — Przeszył go dreszcz, ale jakby tego nie zauważył. — Tak właśnie myślę.
— Jak uważasz, kapitanie — odrzekł Mat czując, jak wzbiera w nim ochota na spłatanie komuś figla. — Sądzę, że twoje propozycje są właściwie słuszne. Ale nie należy poprzestać na kilku Przyjętych. Zaproście do siebie tuzin Aes Sedai albo dwa tuziny. Pomyśl, czym stałby się Kamień Łzy z dwudziestką Aes Sedai w środku.
Mallia aż zatrząsł się.
— Przyślę człowieka po szkatułkę z pieniędzmi — powiedział dziwnym głosem i wyślizgnął się na zewnątrz.
Mat zmarszczył brwi, wpatrując się w zamknięte drzwi.
— Sądzę, że nie powinienem tego mówić.
— Nie bardzo rozumiem, jak w ogóle mogłeś coś takiego pomyśleć — powiedział sucho Thom. — Następnym razem zaproponujesz Lordowi Kapitanowi Komandorowi Białych Płaszczy, żeby ożenił się z Zasiadającą Na Tronie Amyrlin. — Brwi wygięły mu się jak białe gąsienice. — Wielki Lord Samon. W życiu nie słyszałem o żadnym Wielkim Lordzie Samonie.
Tym razem Mat odezwał się oschle.
— Cóż, nawet ty nie możesz wiedzieć wszystkiego o królach, królowych i szlachcie zamieszkującej ten świat, Thom. Kilkoro mogło umknąć twej uwagi.
— Znam imiona wszystkich królów i królowych, chłopcze, a także imiona wszystkich Wielkich Lordów Łzy. Zakładam, że mogli ostatnio wynieść któregoś z Lordów Prowincji, ale myślę, że słyszałbym o śmierci jednego ze starych Wielkich Lordów. Gdybyś nalegał jednak na wyrzucenie jakiegoś biednego człowieka z jego kajuty, zamiast domagać się kapitańskiej, teraz każdy z nas miałby własne łóżko, wprawdzie wąskie i twarde, ale zawsze. Niestety, musimy podzielić się koją Mallii. Mam nadzieję, że nie chrapiesz, chłopcze. Nie cierpię chrapania.
Mat zacisnął zęby. Pamiętał, że Thom chrapał przeraźliwie, wydając takie odgłosy, jak tarnik na dębowym sęku. O tym nie był łaskaw wspomnieć.
Jeden z dwu olbrzymów — Sanor albo Vasa, nie przedstawił się — przyszedł po wysadzaną żelazem kasetę z pieniędzmi, którą kapitan trzymał pod łóżkiem. Nie powiedział ani słowa, tylko ukłonił się niedbale, marszcząc brwi, kiedy myślał, że nie patrzą na niego i wyszedł.
Mat zaczynał się zastanawiać, czy towarzyszące mu przez całą noc szczęście przypadkiem go nie opuściło. Musiał jakoś wytrzymać chrapanie Thoma, a prawdę mówiąc, nie był to najlepszy pomysł na świecie, by skakać akurat na ten statek, w dodatku wymachując dokumentem z pieczęcią Płomienia Tar Valon, podpisanym przez Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Powodowany nagłym impulsem, wyciągnął jeden z cylindrycznych, skórzanych kubków do kości, odsunął ściśle przylegające wieko i wysypał kości na stół.
To były kości z kropkami, teraz patrzyło na niego pięć pojedynczych oczek. Oczy Czarnego, jak w niektórych grach nazywano ten rzut. Oznaczał wygraną w jednych, a przegraną w innych.
„Ale w co teraz gram?”
Zebrał kości i rzucił ponownie. Pięć oczek. Kolejny rzut i znowu mrugały doń Oczy Czarnego.
— Jeśli używałeś tych kości, aby wygrać całe to złoto — powiedział Thom cicho — nic dziwnego, że musiałeś odpłynąć pierwszym napotkanym statkiem.
Rozebrał się już prawie całkowicie i stał teraz, trzymając koszulę w połowie przeciągniętą przez głowę. Kolana miał guzowate, na nogach żylaste mięśnie i ścięgna, prawa była odrobinę krótsza.
— Chłopcze, dwunastoletnia dziewczynka wyprułaby ci serce, gdyby wiedziała, że używasz przeciwko niej tych kości.
— Tu nie chodzi o kości — wymamrotał Mat. — To szczęście.
„Szczęście Aes Sedai? Czy szczęście Czarnego?”