Wrzucił kości z powrotem do kubka i zamknął wieczko.
— Przypuszczam więc — powiedział Thom, wspinając się na koję — że nie zamierzasz powiedzieć mi, skąd pochodzi całe to złoto.
— Wygrałem je. Dzisiejszego wieczoru. Ich kośćmi.
— Aha. Przypuszczam, że również nie wyjaśnisz mi niczego w sprawie tego dokumentu, którym wymachujesz wokoło. . . chłopcze, widziałem pieczęć!. . . ani całego tego gadania o sprawach Białej Wieży, czy też dlaczego dokmistrz otrzymał twój opis od Aes Sedai?
— Wiozę list od Elayne do Morgase, Thom — powiedział Mat, starając się zachować cierpliwość, choć wcale nie miał na to ochoty. — Dokument dała mi Nynaeve. Nie mam pojęcia, skąd go wzięła.
— Cóż, jeśli nie chcesz mi powiedzieć, to chyba się prześpię. Zgaś lampy, dobrze?
Thom przewrócił się na bok i przykrył głowę poduszką.
Jednak kiedy rozebrał się już, zostając w samej bieliźnie, i wczołgał pod koc, zgasiwszy oczywiście wcześniej lampy, nie mógł zasnąć, i to nawet pomimo miękkiego, puchowego materaca, który zdradzał, w jaki sposób Mallia troszczy się o swoje wygody. Miał, rzecz jasna, całkowitą rację obawiając się chrapania Thoma, a poduszka właściwie nie tłumiła żadnych dźwięków. Brzmiało to tak, jakby Thom zardzewiałą piłą ciął drewno w poprzek sęków. Na dodatek, nie mógł przestać myśleć. W jaki sposób Nynaeve, Egwene i Elayne uzyskały ten dokument od Amyrlin? Musiały być zaangażowane w jakiejś sprawie interesującej samą Zasiadającą na Tronie Amyrlin, w jakimś spisku, jednej z tych machinacji Białej Wieży, jednak teraz, kiedy wszystko sobie przemyślał, doszedł do wniosku, iż one również coś zataiły przed nią.
— „Proszę, zawieź list do mojej matki, Mat” — zacytował miękkim, wysoko tonowanym, prześmiewczym głosem. — Głupiec! Z każdym listem od Córki-Następczyni do królowej, Amyrlin wysłałaby Strażnika. Ślepy głupiec, który tak bardzo chciał się wydostać z Białej Wieży, że niczego wokół siebie nie dostrzegał.
Chrapanie Thoma zawtórowało tej ostatniej myśli niczym hejnał trębacza.
Przede wszystkim jednak, myślał o szczęściu i rabusiach. Pierwsze uderzenie o dziób nie zdołało wytrącić go z zamyślenia, prawie nie zwrócił na nie uwagi. Nie przejął się także szuraniem i stukami o pokład, delikatnymi uderzeniami podeszew butów. Łódź czyniła zbyt wiele hałasów, ponadto, ktoś musiał znajdować się na pokładzie, by kierować statek bezpiecznie w dół rzeki. Jednakże skradające się kroki w przejściu, wiodącym do jego drzwi, nałożyły się nagle na wspomnienia napadu i spowodowały, iż niemalże zastrzygł uszami.
Łokciem trącił Thoma w żebra.
— Obudź się — powiedział cicho. — Ktoś jest w korytarzu.
Sam tymczasem odrzucił koce, zeskoczył lekko na podłogę kabiny — „Pokład, podłoga, jakkolwiek się, przeklęta, nazywa!” — stopy bezszelestnie opadły na deski. Thom westchnął, mlasnął i zaczął na powrót chrapać.
Nie było czasu, by się o niego martwić. Odgłos kroków rozbrzmiewał tuż za drzwiami. Mat chwycił pałkę, zajął pozycję na wprost wejścia i czekał.
Drzwi powoli uchyliły się i mętne światło księżyca, wpadające przez właz u szczytu drabiny, po której kolejno zeszli zamachowcy, wycięło w mroku dwie, owinięte w płaszcze, sylwetki. Było dość jasno, by rozbłysły obnażone ostrza noży. Mężczyznom aż zaparło dech, najwyraźniej nie spodziewali się, że ktoś będzie na nich czekał.
Mat wykonał pchnięcie pałką, trafiając pierwszego w spojenie żeber. Kiedy koniec pałki uderzał, usłyszał jakby głos swego ojca:„To jest cios śmiertelny, Mat. Nie używaj go pod żadnym pozorem, chyba że chodzi o twoje życie.” Ale te noże oznaczały właśnie walkę o życie, a w kabinie nie było miejsca, by zamachnąć się porządnie.
W tej samej chwili, gdy pierwszy mężczyzna zakaszlał głucho i osunął się na pokład, na próżno walcząc o odzyskanie tchu, Mat zrobił krok naprzód, przeprowadził drugi koniec pałki nad głową i uderzył nim w gardło kolejnego napastnika. Rozległo się głośne chrupnięcie. Tamten upuścił nóż, złapał się za szyję i padł na ciało swego towarzysza. Przez chwilę jeszcze wierzgali nogami, ale śmiertelne rzężenie już dobywało się z ich gardeł.
Mat stał bez ruchu, wpatrując się w leżące ciała.
„Dwóch ludzi. Nie, niech sczeznę, trzech! Zapewne nigdy dotąd nawet nie skaleczyłem poważnie żadnej istoty ludzkiej, a dzisiaj, w ciągu jednej nocy zabiłem trzech ludzi. Światłości!”
W przejściu zapadła głęboka cisza, dzięki temu mógł słyszeć uderzenia butów o pokład ponad głową. A przecież wszyscy członkowie załogi chodzili boso.
Starając się nawet nie myśleć o tym, co zamierza, Mat zdarł płaszcz z zabitego i zarzucił sobie na ramiona, zakrywając białe paski swych spodenek. Boso przeszedł przez korytarz i wspiął się pod drabinie, wysuwając tylko oczy ponad osłonę włazu.
Księżyc oświetlał w mroku napięte żagle, ale noc kryła pokład plątaniną cieni, nie było słychać nic prócz cichego szmeru wody wzdłuż burt statku. Na pokładzie nie dostrzegł nikogo poza mężczyzną z nasuniętym nisko, jakby dla osłony przed chłodem, kapturem płaszcza. Postać przesunęła się i skóra butów zaszurała po deskach pokładu.
Ściskając mocno pałkę i modląc o to, by nie została zauważona, Mat wspiął się na pokład.
— Nie żyje — wymruczał niskim, ochrypłym szeptem.
— Mam nadzieję, że kwiczał, kiedy podrzynałeś mu gardło. — Ten sam głos z mocnym akcentem, głos, którego wołanie słyszał u wejścia do krętej uliczki w Tar Valon. — Ten chłopak przysporzył nam zbyt wiele kłopotów. Czekaj! Kto ty jesteś?
Mat zamachnął się z całej siły pałką. Grube drzewce trafiło mężczyznę w głowę, kaptur płaszcza jedynie częściowo stłumił odgłos uderzenia — jakby wielki melon upadł na podłogę.
Mężczyzna runął na wiosło sterowe, przesuwając jego drążek, łódź przechyliła się, a Mat zachwiał na nogach. Kątem oka dostrzegł jakiś kształt pośród cieni rzucanych przez nadburcie, potem lśnienie ostrza i w ułamku chwili zrozumiał, że nie zdąży odwrócić pałki, zanim nóż dotrze do celu. Wtem błysk przeleciał przez ciemność i wbił się z głuchym odgłosem w mroczniejący kształt. Ruch, który miał być skokiem, zamienił się w skłon i ciało mężczyzny runęło niemalże u stóp Mata.
Pod pokładem rozbrzmiały głosy, kiedy drążek wiosła sterowego przesunął się pod wpływem ciężaru wiszącego na nim ciała, a łódź skręciła ponownie.
Z otworu włazu wyskoczył Thom, ubrany w płaszcz i spodenki, otwierając osłonę sztormowej latarni.
— Masz szczęście, chłopcze. Jeden z tych pod pokładem miał przy sobie latarnię. Gdyby tam została, mogłaby spowodować pożar na statku.
Światło latarni dobyło z mroku rękojeść noża sterczącego z piersi mężczyzny i jego martwe, wytrzeszczone oczy. Mat nigdy przedtem go nie widział, na pewno zapamiętałby kogoś z tak wieloma bliznami na twarzy. Thom kopnięciem wytrącił nóż z wyciągniętej ręki martwego mężczyzny, potem pochylił się, by uwolnić własne ostrze, następnie wytarł je o płaszcz tamtego.
— Masz dużo szczęścia, chłopcze. Doprawdy dużo.
U nadburcia rufy wisiała przymocowana lina. Thom podszedł do niej, wysunął lampę na zewnątrz, Mat po chwili dołączył do niego. Na drugim końcu liny kołysała się jedna z małych łodzi Południowej Przystani, jej kwadratowa latarnia była zgaszona. Jeszcze dwóch ludzi stało między podniesionymi wiosłami.
— Niech mnie Wielki Władca porwie, to on! — wysapał jeden z nich. Drugi rzucił się naprzód i szaleńczymi szarpnięciami próbował odwiązać węzeł mocujący linę.
— Chcesz tych dwu również zabić? — zapytał Thom, jego głos zahuczał, jak wtedy gdy recytował.
— Nie, Thom — odrzekł cicho Mat. — Nie.