Выбрать главу

— Nie rozumiem, dlaczego nie potrafisz zasnąć — powiedział mu Loial. — Kiedy pozwala nam zatrzymać się na noc, jestem tak zmęczony, że zasypiam, zanim zdążę się położyć.

Perrin tylko potrząsnął głową. Nie wiedział, jak wytłumaczyć Loialowi, iż nie ośmiela się spać głęboko, bowiem nawet najpłytsze jego sny pełne są dręczących koszmarów. Jak ten o Nynaeve i Skoczku.

„Cóż, nic dziwnego, że śnię o niej. Światłości, chciałbym wiedzieć, jak się miewa. Bezpieczna w Białej Wieży, uczy się, jak być Aes Sedai. Verin zadba o nią, i o Mata również.”

Nie sądził, by ktokolwiek musiał się troszczyć o Nynaeve, przebywający w jej otoczeniu ludzie musieli się raczej troszczyć o samych siebie.

Nie chciał myśleć o Skoczku. Potrafił trzymać myśli żywych wilków z dala od swej głowy, aczkolwiek czuł wtedy, jakby jego skroń tłukła młotem i szarpała szczypcami jakaś porywcza dłoń. Nie chciał myśleć o tym, że, być może, do jego myśli usiłuje zakraść się martwy wilk. Zadrżał i otworzył szeroko oczy. Nawet jeśli miał to być Skoczek.

Poza koszmarami miał jeszcze inne powody kłopotów ze snem. Odkryli kolejne znaki pochodu Randa. Pomiędzy Jarrą a rzeką Eldar Perrin nie dostrzegł żadnych, ale kiedy pokonali Eldar po kamiennym moście, łączącym dwa pięćdziesięciostopowe urwiska, przekonali się, że miasto o nazwie Sidon w całości spłonęło. Wszystkie budynki zostały zmienione w kupki popiołu. Wśród ruin stało tylko parę kamiennych ścian i kominów.

Przemoczeni mieszkańcy powiadali, że zaczęło się wszystko od lampy upuszczonej w stodole, a potem pożar jakby oszalał i wszystko potoczyło się wedle scenariusza najgorszego z możliwych. Połowa wiader, które można było znaleźć, była dziurawa. Każda płonąca ściana przewracała się na zewnątrz, a nie do środka, podpalając domy po obu stronach. Płonące belki gospody jakimś sposobem potoczyły się aż do głównej studni na placu, tak więc nikt nie mógł zaczerpnąć z niej wody do gaszenia, a na trzy inne studnie zawaliły się płonące domy. Nawet wiatr zdawał się specjalnie roznosić i rozdmuchiwać ogień we wszystkich kierunkach naraz.

Nie trzeba było pytać Moiraine, czy to obecność Randa była przyczyną tych wydarzeń. Jej twarz, oczy zimne jak stal, stanowiły wystarczającą odpowiedź. Wzór kształtował się wokół Randa i wtedy los płatał figle.

Po Sidon minęli cztery małe miasteczka. Teraz tylko umiejętności tropicielskie Lana upewniały ich, że Rand jest wciąż przed nimi. Od pewnego czasu Rand szedł pieszo. Jego konia odnaleźli za Jarrą, martwego, wyglądał jakby rozszarpały go wilki lub wściekłe psy. Perrin zrezygnował z sięgania myślą poza swój umysł, zwłaszcza kiedy Moiraine podniosła spojrzenie znad trupa zwierzęcia i marszcząc brwi, wpatrzyła się w niego. Na szczęście Lan odnalazł ślad butów Randa, odchodzący od miejsca, gdzie leżało truchło padłego konia. Jeden z obcasów miał trójkątne wyżłobienie, wydarte przez ostrą skałę, dzięki temu czytanie jego śladów było proste. Ale pieszo czy konno, wciąż utrzymywał się daleko od nich.

W tych czterech wioskach, przez które przejeżdżali, gdy minęli Sidon, największą sensację, jaką pamiętali najstarsi mieszkańcy, stanowił przejazd Loiala i odkrycie, że jest on Ogirem, prawdziwym i najzupełniej realnym. Ten widok tak zaprzątał ich uwagę, że niemalże nie byli w stanie zainteresować się oczami Perrina, a kiedy już tak się stało. . . Cóż, jeżeli Ogirowie są realni, wówczas równie dobrze ludzie mogą mieć dowolny kolor oczu.

Ale potem przyjechali do niewielkiej osady, nazywanej Willar, i tam trafili na Święto. Źródło wspólnoty znów dawało wodę, po roku, w czasie którego tłoczono ją do koryta, odległego o milę od głównego strumienia. Wszystkie wysiłki by wykopać studnie zawiodły, a połowa ludzi odeszła. Pomimo to Willar nie wymarło. Potem szybko, w ciągu jednego dnia; przejechali przez trzy nietknięte wioski, aż dotarli do Samaha, gdzie poprzedniej nocy wyschły wszystkie studnie, a ludzie mruczeli coś o Czarnym; następne było Tallan. Tam wszelkie zadawnione spory, jakie wrzały, ukryte pod powierzchnią życia wioski, wylały się pewnego ranka niczym przepełnione szambo. Doszło do trzech morderstw, zanim ludzie wreszcie oprzytomnieli; na koniec wreszcie Fyall, w którym wiosenne plony okazały się gorsze, niźli ktokolwiek pamiętał, ale burmistrz, kopiąc nową wygódkę za swym domem, odnalazł torby z przegniłej skóry, pełne złota, tak że nikomu nie zagrażał głód. Nikt we Fyall nie rozpoznał grubych monet, z twarzą kobiety po jednej stronie i orłem po drugiej, lecz Moiraine powiedziała, że wybito je w Manetheren.

Pewnej nocy, kiedy siedzieli wokół ogniska, Perrin wreszcie zapytał ją o to.

— Po Jarrze sądziłem. . . Byli tak szczęśliwi z tymi ślubami. Nawet Białe Płaszcze wyglądały po prostu jak głupcy. We Fyall też było dobrze, Rand nie mógł mieć nic wspólnego z ich plonami, które zwiędły, zanim wyruszył, a to złoto rzeczywiście im się przydało, ale cała reszta. . . Płonące miasto, wysychające studnie i. . . To jest zło, Moiraine. Nie mogę uwierzyć, że Rand jest zły. Wzór może się kształtować wokół niego, ale w jaki sposób Wzór miałby być tak zły? To nie ma najmniejszego sensu, a rzeczy muszą mieć sens. Jeśli tworzysz narzędzie, nie określiwszy wprzódy jego sensu i przeznaczenia, marnujesz tylko metal. Wzór nie może niczego marnować.

Lan rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i zniknął w ciemnościach, aby dokonać obchodu obozowiska. Loial, już owinięty kocem, wyprostował się, podniósł głowę, by lepiej słyszeć, zastrzygł uszami.

Moiraine przez chwilę milczała, grzejąc ręce przy ognisku. Na koniec przemówiła, wzrok jednak wciąż miała wbity w płomienie.

— Perrin, Stwórca jest dobry. Ojciec Kłamstw jest złem. Wzór Wieku, sama Osnowa Wieku, nie jest ani taka, ani taka. Wzór jest tym, czym jest. Koło Czasu wplata wszystkie żywoty, wszystkie działania we Wzór. Wzór, który byłby jednobarwny, nie byłby żadnym Wzorem. Dla Wzoru Wieku dobro i zło są niczym wątek i osnowa.

Nawet trzy dni później, mimo iż właśnie jechali pod ciepłym słońcem późnego popołudnia, Perrin wciąż czuł zimny dreszcz, jaki przeszył go, kiedy pierwszy raz usłyszał te słowa. Chciał wierzyć, że Wzór jest dobry. Chciał wierzyć, że kiedy ludzie robią złe rzeczy, wówczas występują przeciwko Wzorowi, wypaczają go. Dla niego Wzór stanowił piękny i zawiły twór kowalskiego mistrza. Beztroskie mieszanie żeliwa i nędzniejszych jeszcze rzeczy z dobrą stalą przenikało odrazą jego myśli.

— Ja jednak nie jestem beztroski — wymruczał cicho do siebie. — Światłości, nigdy taki nie będę.

Moiraine spojrzała na niego przez ramię i wtedy zamilkł. Nie miał pewności, o co właściwie troszczyła się Aes Sedai, z wyjątkiem oczywiście Randa.

Kilka chwil później na przedzie pojawił się Lan, podjechał bliżej i spiął swego rumaka u boku klaczy Moiraine.

— Remen leży tuż za następnym wzgórzem — powiedział. — Wygląda na to, że przeżyli jeden lub dwa dni pełne wrażeń.

Loial nerwowo zastrzygł uszami. Tylko raz.

— Rand?

Strażnik potrząsnął głową.

— Nie wiem. Być może Moiraine będzie mogła to osądzić, kiedy sama zobaczy.

Aes Sedai rzuciła mu badawcze spojrzenie, potem pognała klacz szybszym krokiem.

Pokonali zbocze wzgórza i przed nimi rozpostarło się wciśnięte w rzekę Remen. Manetherendrelle płynęła tutaj szerokim na ponad półmili rozlewiskiem i nie było mostu, tylko dwa zatłoczone promy, wielkie jak barki, pełzły przez rzekę, napędzane długimi wiosłami, a jeden, niemalże pusty, właśnie wracał z drugiego brzegu. Kolejne trzy stały w długich kamiennych dokach, w towarzystwie tuzina jedno- lub dwumasztowych łodzi należących do rzecznych handlarzy. Kilka przysadzistych magazynów z szarego kamienia oddzielało doki od miasta, w którym budynki, również postawione z kamienia, miały jednak dachy kryte dachówką we wszelkich możliwych kolorach, od żółci do czerwieni i fioletu, a ulice odchodziły we wszystkich kierunkach od centralnego placu.