Na krótką tylko chwilę stanęli zaskoczeni, ale chwila to było wszystko, czego Aiel potrzebował. Kopniakiem wybił miecz z garści pierwszego, który mu się nawinął, potem jego usztywniona ręka uderzyła niczym sztylet w gardło Białego Płaszcza, a kiedy żołnierz padał, prześlizgnął się obok niego jak wąż. Ramię następnego pękło z głośnym trzaskiem, gdy założył na nie dźwignię. Rzucił jego bezwładne ciało pod nogi trzeciego napastnika, czwartego zaś kopnął w twarz. To było rzeczywiście jak taniec, od jednego przeciwnika do drugiego, bez wytchnienia, nie zwalniał nawet na moment, mimo że powalony mężczyzna chwytał go za pięty, mimo że ten ze złamanym ramieniem podniósł swój miecz. Gaul tańczył pośród nich.
Perrin mógł tylko przez chwilę obserwować to zdumiewające widowisko, nie wszyscy bowiem Synowie skupili się na Aielu. W ostatnim momencie chwycił oburącz stylisko topora, by zablokować cios miecza, ciął. . . i chciał aż zakrzyknąć, gdy ostrze w kształcie półksiężyca otworzyło gardło. Ale nie miał czasu na krzyki, ani na żal, za pierwszym podążyły następne Białe Płaszcze. Nienawidził ziejących ran, jakie wycinał jego topór, nienawidził sposobu, w jaki rozrywał kolczugę, by dobrać się do skóry pod nią, jak rozłupywał hełmy i głowy z taką samą niemalże łatwością. Nienawidził tego wszystkiego. Ale nie chciał umrzeć.
Czas zdawał się kurczyć i rozciągać, jedno i drugie naraz. Ciało bolało go, jakby walczył od wielu godzin, w gardle chrypiał rwany oddech. Ludzie poruszali się niczym zanurzeni w gęstej galarecie. W mgnieniu oka przenosili się niejako z miejsca na miejsce, najpierw widoczni w tym, w którym zaczynali ruch, potem od razu tam, gdzie padali. Pot spływał mu po twarzy, jednak czuł się tak zimny jak woda w studni. Walczył o życie i nie umiał powiedzieć, czy trwało to sekundy, czy całą noc.
Kiedy wreszcie zatrzymał się, bez tchu, kompletnie oszołomiony i spostrzegł dwanaście białych płaszczy leżących na kamieniach bruku, zdawało mu się, że księżyc nie przesunął się nawet odrobinę. Niektórzy z mężczyzn jęczeli, inni leżeli cisi i nieruchomi. Pomiędzy nimi stał Gaul, wciąż zamaskowany, wciąż z pustymi rękoma. Większość ciał to było jego dzieło. Perrin pożałował, że nie wszyscy, i poczuł wstyd. Odór krwi i śmierci był gorzki, ostry.
— Nie najgorzej tańczysz, Perrinie Aybara.
Wciąż odczuwając zawroty głowy, Perrin wymamrotał:
— Nie rozumiem, w jaki sposób dwunastu mężczyzn mogło walczyć z dwudziestoma waszymi i zwyciężyć, nawet jeśli dwaj z nich to Myśliwi.
— Tak powiedzieli? — Gaul zaśmiał się cicho. — Sarien i ja byliśmy nieostrożni, zbyt długo przebywaliśmy w tych delikatnych krainach, a nadto wiatr wiał ze złej strony, tak że nie wyczuliśmy nic. Zanim zdążyliśmy się zorientować, już wpadliśmy na nich. Cóż, Sarien nie żyje, a ja zostałem zamknięty w klatce jak głupiec, tak więc, być może, spłaciliśmy nasz dług. Teraz jest czas na to, by uciekać, człowieku z mokradeł. Łza, będę pamiętał.
Na koniec wreszcie opuścił czarną zasłonę.
— Obyś zawsze znalazł wodę i cień, Perrinie Aybara.
Odwrócił się i pobiegł w noc.
Perrin również chciał biec, ale zorientował się, że w dłoniach wciąż trzyma zakrwawiony topór. Pośpiesznie wytarł wygięte ostrze w płaszcz martwego żołnierza.
„On nie żyje, niech sczeznę, i tak pokryty był już krwią.”
Zmusił się by wsunąć stylisko w pętlę przy pasie i dopiero potem ruszył truchtem.
Dostrzegł ją, nim przebiegł dwa kroki, szczupłą postać na skraju placu, w ciemnych, wąskich spódnicach. Zerwała się do ucieczki, teraz widział wyraźnie, iż spódnice rozcięto dla ułatwienia jazdy konnej. Skręciła w najbliższą uliczkę i zniknęła.
Zanim dobiegł do miejsca, w którym przed chwilą stała, wpadł na Lana. Strażnik jednym spojrzeniem objął pustą klatkę, leżącą u stóp szubienicy, ocienione białe kopczyki, które słabo odbijały księżycową poświatę i podrzucił wysoko głowę, jakby miał zaraz wybuchnąć. Głosem tak napiętym i twardym jak świeżo wykuta obręcz na koło, zapytał:
— To twoje dzieło, kowalu? Niech mnie Światłość spali! Czy ktoś cię widział?
— Dziewczyna — odrzekł Perrin. — Sądzę, że widziała. Nie chcę, żebyś ją skrzywdził, Lan! Wielu innych również mogło widzieć. Dookoła mnóstwo oświetlonych okien.
Strażnik chwycił Perrina za rękaw płaszcza i popchnął w kierunku gospody.
— Widziałem, jak dziewczyna biegła, ale sądziłem. . . Nieważne. Znajdź Ogira i sprowadź do stajni. Po tym wszystkim, musimy jak najszybciej zaprowadzić konie do doków. Światłość jedna wie, czy jakiś statek odpływa dzisiejszej nocy, albo ile będę musiał zapłacić, aby tak się stało. Tylko bez pytań, kowalu! Rób, co mówię! Biegiem!
35
Sokół
Dzięki dłuższym nogom Strażnik wyprzedził Perrina, toteż kiedy wreszcie udało mu się przedrzeć przez ciżbę i wejść do gospody, tamten już kroczył po schodach, wolno, jakby się wcale nie spieszył. Perrin również zwolnił kroku. Zza drzwi, przez które przed momentem przeszedł, dobiegły utyskiwania na ludzi wpychających się przed innych.
— Jeszcze raz? — zapytał Orban, podnosząc do napełnienia srebrny puchar. — Tak, świetnie. Czekali w zasadzce, blisko drogi, po której jechaliśmy, a wszak nie spodziewałem się zasadzki tak blisko Remenu. Wrzeszcząc spadli na nas z gęstwiny zarośli. W mgnieniu oka już byli między nami, dźgając włóczniami, z miejsca padło dwóch moich najlepszych ludzi i jeden człowiek Ganna. Tak, kiedy ich zobaczyłem, poznałem Aielów i. . .
Perrin pośpieszył w kierunku schodów.
„Cóż, następnym razem Orban na pewno ich pozna.”
Zza drzwi pokoju Moiraine dochodziły jakieś głosy. Nie chciał nawet słyszeć, co ona o tym wszystkim sądzi. Przebiegł obok i po chwili już wsunął głowę w drzwi wiodące do pokoju Loiala.
Łóżko Ogira było niskim, masywnym meblem, dwukrotnie dłuższym i o połowę szerszym niż największe ludzkie posłanie, jakie Perrin w życiu widział. Zajmowało większą część pokoju, równie wielkiego i wygodnego jak pokój Moiraine. Perrin niejasno przypominał sobie, że Loial powiedział coś o śpiewającym drzewie, z którego miało być wykonane, i zapewne w innych okolicznościach zatrzymałby się, aby podziwiać płynne krzywizny, które sprawiały wrażenie jakby łóżko zwyczajnie wyrosło z podłogi właśnie w tym miejscu. Ogirowie musieli kiedyś naprawdę gościć w Remen, gospodarz bowiem znalazł także drewniany fotel odpowiedni do rozmiarów Loiala i wyłożył go poduszkami. Ogir siedział na nim wygodnie, odziany w koszulę i swoje bryczesy, leniwie drapiąc się w obnażoną kostkę palcem drugiej nogi i pisząc coś w wielkiej, oprawionej w płótno księdze, wspartej o poręcz fotela.
— Wyjeżdżamy! — powiedział Perrin.
Loial poderwał się na równe nogi, niemalże przewracając butelkę z atramentem i strącając księgę na podłogę.
— Wyjeżdżamy? Przecież dopiero przyjechaliśmy — zahuczał.
— Tak, wyjeżdżamy. Spotykamy się w stajni, pośpiesz się. I nie pozwól, aby cię ktoś zobaczył. Sądzę, że są tutaj tylne schody, wiodące przez kuchnię.
Zapach jedzenia, który czuł w swoim końcu korytarza, był zbyt silny, aby nie domyśleć się, o co chodzi.
Ogir obdarzył łóżko pełnym żalu spojrzeniem, po czym zaczął wciągać swe wysokie buty.
— Ale dlaczego?
— Białe Płaszcze — rzucił Perrin. — Resztę opowiem ci później.
Wycofał się, zanim Loial zdążył o coś jeszcze zapytać.
Dotąd nie miał czasu rozpakować swych rzeczy. Kiedy przypasał kołczan, owinął się płaszczem, zawiesił zwój koca oraz torby na ramieniu i podniósł łuk, pokój nie zdradzał najmniejszych śladów, że przed chwilą ktoś w nim mieszkał.