Najmniejszej zmarszczki na kocach zwiniętych w nogach łóżka, nawet drobiny wody rozpryskanej w poszczerbionej miednicy. Zdał sobie sprawę, że również łojowa świeczka wciąż zachowała świeży knot.
„Musiałem wiedzieć, że nie zostanę tu długo. Od początku nie chciałem zostawić za sobą żadnych śladów.”
Tak jak przypuszczał, wąskie schody na tyle domostwa prowadziły do korytarza, który biegł w stronę kuchni. Ostrożnie zajrzał do jej wnętrza. Pies dreptał w swym wielkim wiklinowym bębnie, obracając długi rożen, na który nabito udziec jagnięcy, duży kawał wołowiny, pięć kurczaków i gęś. Aromatyczna woń unosiła się znad kotła z zupą, zawieszonego na mocnym pałąku nad drugim paleniskiem. Nigdzie jednak nie było widać kucharza, ani w ogóle żywej duszy, oczywiście oprócz psa. Wdzięczny Orbanowi za jego kłamstwa, pośpiesznie wyszedł w noc.
Wielką budowlę stajni wykonano z tego samego kamienia co gospodę, choć wypolerowane były jedynie powierzchnie głazów otaczających wielkie wrota. Pojedyncza latarnia, zwisająca z haka, wbitego w przegrodę boksu, rozsiewała wokół mętne światło. Stepper i pozostałe konie stały w boksach w pobliżu drzwi, ogromny wierzchowiec Ogira niemalże całkowicie wypełniał swój. Zapach siana i koni był swojski, uspokajający. Jak się okazało, Perrin przyszedł pierwszy.
Na służbie był tylko jeden stajenny, mężczyzna o wąskiej twarzy, przerzedzonych siwych włosach i w brudnej koszuli. Koniecznie chciał się dowiedzieć, kim właściwie jest Perrin, jakim prawem domaga się osiodłania czterech koni, kim jest jego pan oraz co właściwie robi pośrodku nocy, spakowany do podróży, a także czy pan Furlan wie, że wyślizguje się w ten sposób, wreszcie cóż takiego właściwie chowa w tych sakwach, i co się stało z jego oczyma, czy nie jest przypadkiem chory?
Moneta rzucona gdzieś spoza pleców Perrina błysnęła złotem w świetle latarni. Stajenny pochwycił ją jedną ręką i spróbował zębami.
— Osiodłaj je — rozkazał Lan. Jego głos był miękki, jak miękkie jest zimne żelazo, a stajenny skłonił się i pobiegł przygotować konie.
Moiraine z Loialem weszli do stajni dokładnie w chwili, w której mogli już wziąć wodze w dłonie, a potem w ślad za Lanem poprowadzili swe konie w dół, ulicą, która biegła za stajnią w kierunku rzeki. Cichy stukot końskich podków na kamieniach bruku przyciągnął uwagę wychudzonego psa, który szczeknął raz i uciekł, kiedy podeszli bliżej.
— W taką noc wracają wspomnienia, nieprawdaż, Perrin? — odezwał się cicho Loial.
— Spróbuj mówić jeszcze ciszej — odszeptał Perrin. — Jakie wspomnienia?
— Cóż, jest tak, jak w dawnych czasach. — Ogirowi udało się ściszyć głos, brzmiał jak brzęczenie trzmiela, który teraz mógłby mieć wielkość psa, nie zaś jak poprzednio, konia. — Potajemny wyjazd pośród nocy, wrogowie za nami i być może również z przodu, atmosfera zagrożenia w powietrzu oraz chłodny posmak przygody.
Perrin zmarszczył brwi i ponad karkiem Steppera spojrzał na Ogira. Było to dość proste, oczyma wyłowił kark swego konia, ponad nim wznosiła się głowa, ramiona i pierś Loiala. — O czym ty mówisz? Wygląda, jakbyś polubił niebezpieczeństwo. Loial, musisz być szalony!
— Utrwalam jedynie w pamięci nastrój chwili — odrzekł Loial dosyć sztywno, choć mógł to również być ton niepewności. — Do mojej książki. Chciałbym wszystko w niej zawrzeć. Sądzę, że faktycznie je lubię. Przygody. Oczywiście, że tak jest. — Dwa razy gwałtownie zastrzygł uszami. — Muszę je lubić, jeśli chcę o nich pisać.
Perrin potrząsnął głową.
Przy kamiennym nabrzeżu stały, przycumowane bezpiecznie na noc, podobne do barek promy, ciche i ciemne, jak większość pozostałych statków. Jednak wokół doku, w którym stała dwumasztowa łódź, poruszały się światła latarń i ludzkie sylwetki; na jej pokładzie również można było dostrzec przesuwające się cienie. Na statku dominował zapach smoły i konopnych lin, przemieszany z ostrą wonią ryb, które Perrin bez trudu rejestrował, mimo że z pobliskiego magazynu, który znajdował się za nimi, dobiegały inne, silniejsze, korzenne aromaty, tłumiące tamte.
Lan odnalazł kapitana, drobnego mężczyznę, który w dziwaczny sposób przechylał na bok głowę, kiedy słuchał wypowiadanych do siebie słów. Targi szybko dobiegły końca, z pokładu wysunięto reje z obejmami, aby przetransportować konie na pokład. Perrin doglądał zwierząt, mówił do nich, gdyż zwierzęta z trudem znosiły takie niezwykłe przygody, jak na przykład unoszenie w powietrze, ale nawet ogier Strażnika zdawał się uspokajać, słysząc jego mruczenie.
Lan ofiarował kapitanowi złoto, srebro zaś dwu żeglarzom, którzy pobiegli boso do magazynu po worki z owsem. Kolejnych kilku marynarzy spętało konie, w przestrzeni pomiędzy masztami tworząc coś w rodzaju małej zagrody, otoczonej linami, przez cały czas mruczeli niechętnie na temat brudu, który będą musieli sprzątać. Perrin nie sądził, by te słowa były przeznaczone dla czyichkolwiek uszu, jednak jego wyostrzony słuch chwytał je z łatwością. Ci ludzie nie byli po prostu przyzwyczajeni do koni.
Wkrótce „Śnieżna Gęś” była gotowa do drogi, odrobinę tylko później niźli Jaim Adarra — tak bowiem nazywał się kapitan statku — pierwotnie sobie zamierzył. Kiedy odczepiono cumy, Lan pomógł Moiraine zejść pod pokład. Loial, ziewając, podążył za nimi. Perrin jednak stanął przy relingu w pobliżu dziobu, chociaż na każde ziewnięcie Ogira odpowiadał własnym. Wątpił, czy „Śnieżna Gęś” potrafi prześcignąć wilki i wyprzedzić sny. Ludzie na pokładzie wzięli się do wioseł sterowych, by odsunąć łódź od nabrzeża.
W chwili gdy ostatnia lina została rzucona na brzeg i zwinięta przez dokera, z cieni pomiędzy dwoma magazynami wypadła dziewczyna w wąskiej, rozciętej sukni, w dłoniach trzymała tobołek a ciemny płaszcz powiewał za jej plecami. Wskoczyła na pokład dosłownie w tym samym momencie, kiedy mężczyźni naparli już na wiosła sterowe.
Adarra pośpiesznie opuścił pozycję przy rumplu, ale ona spokojnie położyła tobołek na pokładzie i dziarsko rzekła:
— Zapłacę za przejazd rzeką do. . . och. . . powiedzmy tak daleko jak ten statek płynie. — Skinęła głową w kierunku Perrina. — Nie mam nic przeciwko spaniu na pokładzie. Nie przerażają mnie zimno i wilgoć.
Kilka minut trwały targi. W końcu zapłaciła trzy srebrne marki, zmarszczyła brwi spoglądając na miedziaki, które otrzymała w formie reszty, potem wsypała je do sakiewki i przeszła do przodu, stając za Perrinem.
Unosił się wokół niej ziołowy zapach — lekki, świeży i czysty. Ciemne, odrobinę skośne oczy przyglądały mu się przez chwilę znad wystających kości policzkowych, po czym odwróciły się ku niknącemu brzegowi. Doszedł do wniosku, że jest mniej więcej w jego wieku, ale nie umiał stwierdzić, czy jej nos pasuje do twarzy, czy też dominuje w niej nieco zbyt mocno.
„Jesteś głupcem, Perrinie Aybara. Co cię obchodzi, jak ona wygląda?”
Szczelina pomiędzy burtą a nabrzeżem miała już szerokość jakichś dwudziestu kroków, pióra wioseł raz za razem rzeźbiły głębokie, białe zmarszczki w czarnej wodzie. Przez chwilę rozważał możliwość wyrzucenia jej za burtę.
— Cóż — odezwała się po chwili. — Nawet przez moment nie myślałam, że trasa mojej podróży tak szybko zawiedzie mnie z powrotem do Illian.
Jej głos był wysoki, ton miał raczej bezbarwny, ale nie było to nieprzyjemne.
— Ty jedziesz do Illian, czyż nie?
Zacisnął usta.
— Nie dąsaj się — kontynuowała niezrażona. — Zostawiliście za sobą niezły bałagan, do spółki z tym Aielem. Kiedy opuszczałam miasto, właśnie zaczynało w nim wrzeć.
— Nie powiedziałaś im? — zapytał zaskoczony.
— Miejscowi sądzą, że Aiel przegryzł łańcuchy, albo rozerwał je gołymi rękoma. Nie zdecydowali jeszcze, którą możliwość wybrać, gdy opuszczałam miasto. — Wydobyła z gardła dźwięk bardzo przypominający chichot. — Orban niezwykle głośno wyrażał swoje niezadowolenie, że otrzymane rany nie pozwalają mu na osobiste wzięcie udziału w pościgu.