„Gdybym zatrzymał go nazbyt długo, w jaki sposób miał bym nie dopuścić do siebie szaleństwa? — zaśmiał się gorzko. — A może jest już na to za późno?”
Marszcząc brwi, wpatrywał się w rząd ciał. Pewien był, że przedtem było tylko dziesięciu ludzi, ale w rzędzie klęczało jedenaście trupów. Jedenasty bez jakiejkolwiek zbroi, jedynie ze sztyletem zaciśniętym w garści.
— Wybrałeś złe towarzystwo — powiedział do niego Rand.
Zawrócił wałacha, wbił mu obcasy w żebra i pognał ostrym galopem w noc. Do Łzy było daleko, postanowił jednak jechać tam najprostszą drogą, choćby nawet miał zajeżdżać konie albo je kraść.
„Wreszcie z tym skończę. Z szyderstwami. Z udręką. Skończę z tym! Callandor.”
Callandor wzywał go.
37
Łuny w Cairhien
Egwene łaskawym skinieniem głowy odpowiedziała na pełen szacunku ukłon bosego członka załogi statku. Przeszedł właśnie obok niej, aby naciągnąć linę, która i bez tego wydawała się dostatecznie napięta, być może chciał poprawić odrobinę ustawienie wielkich, kwadratowych żagli względem wiatru. Kiedy truchtem wracał na miejsce, gdzie kapitan o okrągłej twarzy stał przy rumplu, ukłonił się ponownie, a ona znowu odpowiedziała skinieniem, zanim przeniosła spojrzenie na zalesiony brzeg Cairhien, oddzielony od „Błękitnego Żurawia” niecałymi dwudziestoma piędziami wody.
Wioska przesuwała się do tyłu, a przynajmniej to, co kiedyś było wioską. Połowa domów zmieniła się w dymiące kopce gruzu z kominami sterczącymi jak sztywne pale pośród ruin. W innych domostwach drzwi poruszały się swobodnie, kołysane podmuchami wiatru, a meble, strzępy odzieży i sprzęty domowe poniewierały się na gliniastej ulicy, rozrzucone w taki sposób, jakby ktoś pozostawił je w biegu. W wiosce nie było widać żywej duszy, z wyjątkiem na poły zagłodzonego psa, który, nie zwracając najmniejszej uwagi na przepływający obok statek, przetruchtał i zniknął z pola widzenia za zwalonymi ścianami czegoś, co kiedyś zapewne było gospodą. Nie potraciła oglądać takich obrazów bez uczucia mdlącego osadu na żołądku, ale usiłowała zachować niewzruszony spokój, przystający, jej zdaniem, Aes Sedai. Efekt tych wysiłków był doprawdy mizerny. Za wioską wznosił się w niebo gruby pióropusz dymu. Jak oceniła, jakieś trzy lub cztery mile od miejsca, w którym się znajdowali.
Nie był to pierwszy taki widok, od kiedy Erinin zaczęła płynąć wzdłuż granicy Cairhien, ani pierwsza taka wioska. Przynajmniej tym razem nie dostrzegła żadnych ciał. Z powodu mielizn kapitan Ellisor często żeglował blisko cairhieńskiego brzegu — tak przynajmniej powiedział, kiedy pokonali tę część rzeki — lecz niezależnie od tego, jak blisko podpływali, na lądzie nie widziała nigdy ani jednej żywej duszy.
Wioska i pióropusz dymu zniknęły za rufą statku, ale z przodu pojawił się następny słup dymu, bardziej jeszcze odległy od rzeki. Las przerzedzał się, jesion, skórzane drzewo i czarny bez powoli ustępowały miejsca wierzbom, tulipanowcom i wodnym dębom oraz innym jeszcze roślinom, których nie rozpoznała.
Wiatr szarpnął połami jej płaszcza, pozwoliła powiewać im z tyłu, czując chłodną świeżość powietrza, radując się swobodą noszenia odcieni brązów zamiast niezmiennej bieli, chociaż nie taki był jej pierwotny wybór. Jednak suknia i płaszcz wykonane były z przedniej wełny, znakomicie skrojone i uszyte.
Kolejny żeglarz przebiegł obok, kłaniając się w biegu. Postanowiła pojąć sens przynajmniej części wykonywanych przez nich czynności, nie lubiła czuć się jak ignorantka. Wielki Wąż na prawej dłoni był przyczyną ukłonów, jakimi obdarzał ją kapitan i załoga, którzy w większości pochodzili z Tar Valon.
Wygrała tę sprzeczkę z Nynaeve, chociaż tamta była pewna, że tylko ona z całej trójki jest wystarczająco dojrzała, aby ludzie uwierzyli, że jest Aes Sedai. Ale myliła się. Egwene gotowa była się zgodzić, że faktycznie zarówno ją, jak i Elayne przywitały zaskoczone spojrzenia załogi, gdy tamtego popołudnia, w Południowej Przystani wsiadały na pokład „Błękitnego Żurawia”, brwi kapitana Ellisora zaś uniosły się niemalże do tego miejsca, w którym zaczynałyby się jego włosy, gdyby jakiekolwiek posiadał, jednak w niczym przecież nie naruszył wymogów etykiety, kłaniając się i uśmiechając nieustannie.
— To zaszczyt, Aes Sedai. Trzy Aes Sedai będą podróżować na pokładzie mojego statku? Doprawdy zaszczyt dla mnie. Obiecuję szybką podróż do dowolnego miejsca, jakie sobie tylko zażyczycie. I żadnych kłopotów z rozbójnikami w Cairhien. Nie pływam już tamtą stroną rzeki. Oczywiście, chyba, żebyście sobie tego zażyczyły, Aes Sedai. Żołnierze andorańscy utrzymują kilka miast na cairhieńskim brzegu. Zaszczyt, Aes Sedai.
Jego brwi uniosły się jeszcze wyżej, kiedy zażądały tylko jednej kabiny dla wszystkich — nawet Nynaeve nie chciała zostawać sama w nocy, jeśli nie musiała. Zapewnił je, że może każdej zapewnić własną kabinę i to bez dodatkowej opłaty, nie miał innych pasażerów, a ładunek przewoził na pokładzie, a jeśli Aes Sedai mają jakieś naglące sprawy do załatwienia w dole rzeki, on nie będzie czekał nawet godziny na kogoś, kto ewentualnie chciałby również popłynąć. Ponownie zapewniły go, że jedna kabina wystarczy.
Był zaskoczony, z uczuć wyraźnie malujących się na twarzy wynikało, że niczego nie rozumie, ale Chin Ellisor, urodzony i wychowany w Tar Valon, nie był człowiekiem, który zadawałby Aes Sedai dodatkowe pytania, kiedy już jasno sformułowały swe zamiary i żądania. Jeśli dwie z nich wydawały się nadzwyczaj młode, cóż, widocznie niektóre Aes Sedai po prostu były młode.
Opustoszałe ruiny zniknęły za plecami Egwene. Słup dymu przybliżył się i na horyzoncie pojawiły się ledwie widoczne oznaki następnego, jeszcze bardziej odległego brzegu rzeki. Las ustąpił miejsca niskim, trawiastym wzgórzom, upstrzonym zagajnikami. Drzewa, które kwitły na wiosnę, wciąż były ukwiecone — drobne białe kwiecie śnieguliczki i jaskrawe, czerwone kwiaty cukrowej jagody. Drzewo, którego nazwy nie znała, pokrywały okrągłe, białe kwiaty, większe od dwu jej dłoni złożonych razem. Gdzieniegdzie pnąca dzika róża kładła się pasmem bieli lub żółci na gałęziach aż ciężkich od zielonych liści i czerwieni świeżych, tegorocznych pędów. Ten obraz zbyt mocno kontrastował ze zgliszczami i ruinami, by mógł sprawiać prawdziwą przyjemność.
Egwene żałowała, że nie ma przy jej boku Aes Sedai, wówczas mogłaby natychmiast ją zapytać o wszystkie nazwy. Jednemu tylko mogła ufać. Muskając swą sakiewkę palcami, czuła wewnątrz niewyraźny kształt ter’angreala.
Próbowała używać go każdej nocy — oprócz chyba dwóch — od czasu wyjazdu z Tar Valon, ale nigdy nie zachowywał się w ten sam sposób. Och, za każdym razem docierała do Tel’aran’rhiod, ale jedyną rzeczą, która mogła mieć jakieś znaczenie, było znowu Serce Kamienia, nie było jednak przy niej Silvie, którą mogłaby wypytać dokładniej. Z pewnością zaś nie było w snach nic na temat Czarnych Ajach.
Jej własne sny, te, podczas których nie używała ter’angreala wypełnione były obrazami, przypominającymi niemalże migawki z Niewidzialnego Świata. Rand trzymający miecz, który błyszczał jak słońce, chociaż z trudem dostrzegała, że to w ogóle był miecz, z trudem rozpoznawała nawet Randa. Rand otoczony zewsząd przez niebezpieczeństwa, z których żadne nie wydawało się rzeczywiste. W pewnym śnie widziała go na wielkiej planszy do gry w kamienie, ogromne niczym głazy, jak wymykał się gigantycznym dłoniom, które poruszały monstrualnymi bierkami, zmierzając do tego, by go nimi przygnieść. To mogło coś znaczyć. Najprawdopodobniej znaczyło, ale poza stwierdzeniem, że Randowi grozi z czyjejś strony niebezpieczeństwo, być może ze strony dwóch osób — uznała, że to przynajmniej nie ulega wątpliwości — niewiele więcej potrafiła na podstawie tak fragmentarycznych danych wywnioskować.