Выбрать главу

„Teraz nie mogę mu pomóc. Mam własne obowiązki. Nie wiem nawet gdzie on jest, pominąwszy fakt, że zapewne znajduje się pięćset lig stąd.”

Śniła o Perrinie, w jej śnie występował w towarzystwie wilka, sokoła i jastrzębia — a sokół i jastrząb walczyły ze sobą — czasami uciekał desperacko przed kimś, albo spacerował przez nikogo nie przymuszany po skraju niebotycznego urwiska i mówił: „To musi być zrobione. Muszę nauczyć się fruwać, zanim dosięgnę dna.” Śniła też raz o Aielu i osądziła, że ten sen musiał mieć coś wspólnego z Perrinem, ale nie była pewna. I raz o Min, zastawiającej pułapkę a następnie przechodzącej przez nią, nawet nie zauważywszy co się stało. Były również sny o Macie. Z kośćmi do gry, wirującymi wokół niego — sądziła, że wie, skąd wziął się ten sen; o Macie ściganym przez człowieka, którego nie było — tego wciąż nie potrafiła zrozumieć widziała człowieka, który ścigał Mata, czy też kilku ludzi, ale w pewien sposób tamci nie istnieli; o Macie jadącym w kierunku czegoś niewidzialnego w oddali, do czego jednak musiał się dostać; o Macie w towarzystwie kobiety, która zdawała się rozrzucać fajerwerki, założyła więc, że tamta jest Iluminatorem, ale miało to tyle samo sensu, co pozostałe wizje.

Śniła tak wiele snów, że powoli zaczynała wątpić we wszystkie. Być może miało to coś wspólnego ze zbyt częstym używaniem ter’angreala, a może po prostu stało się tak dlatego, że nosiła go przy sobie. Może też wreszcie zaczynała rozumieć, co robią Śniący. Szalone sny, heretyckie sny. Mężczyźni i kobiety, którzy wydostają się z klatki, a potem układają korony na stos. Kobieta bawiąca się kukiełkami, i następny sen, w którym sznurki kukiełek przyczepione były do rąk większych kukiełek, ich sznurki z kolei prowadziły do rąk jeszcze większych, i tak dalej, aż wreszcie sznurki znikały na jakiejś niewyobrażalnej wysokości. Umierający królowie, płaczące królowe, rozszalałe bitwy. Białe Płaszcze najeżdżające Dwie Rzeki. Śniła nawet znowu o Seanchanach. Więcej niż raz. Te sny zamykała w ciemnym kącie pamięci, nie pozwalała sobie o nich myśleć. Co noc w snach pojawiali się matka i ojciec.

Wreszcie nie miała wątpliwości, co to może oznaczać, albo przynajmniej tak jej się wydawało.

„To znaczy, że wyruszyłam ścigać Czarne Ajah i nie wiem co znaczą moje sny, ani jak zmusić ten głupi ter’angreal, żeby robił co powinien, że jestem przerażona, i że. . . tęsknię za domem.”

Przez krótką chwilę myślała jak to dobrze byłoby, gdyby matka wysłała ją do łóżka, z zapewnieniem, że rano wszystko będzie lepiej.

„Tylko że matka nie byłaby już w stanie rozwiązać mych problemów, a ojciec nie mógłby obiecać, że przegna potwory, w taki sposób abym mu uwierzyła. Teraz muszę wszystko zrobić sama.”

Jak odległe się to wszystko dzisiaj wydawało. Nie chciała, by te chwile wróciły, tak naprawdę to wcale tego nie pragnęła, ale dobrze było powspominać dawne czasy i poczuć choć przez chwilę ciepło, jakie w sobie miały. Cudownie byłoby móc po prostu ich zobaczyć, usłyszeć ich głosy.

„Nosząc ten pierścień na palcu, wybieram to, co słuszne.”

Na koniec pozwoliła Nynaeve i Elayne przespać po jednej nocy z kamiennym pierścieniem — zaskoczyło ją, jak niechętnie się z nim rozstawała — i obie obudziły się ze wspomnieniami czegoś, co z pewnością było Tel’aran’rhiod, ale żadna nie widziała więcej niż tylko mgnienie Serca Kamienia, w każdym razie nic, co mogłoby się przydać.

Gruby słup dymu wznosił się teraz dokładnie na wysokości „Błękitnego Żurawia”. Jakieś pięć lub sześć mil od rzeki, osądziła. Drugi stanowił jedynie smugę na horyzoncie. Równie dobrze mogłaby to być chmura, ale Egwene opanowało smutne przeświadczenie, że tak z pewnością nie jest. Niskie zarośla w niektórych miejscach zwartym gąszczem porastały brzeg rzeki, pomiędzy nimi trawa rosła aż do samej wody, z wyjątkiem miejsc, gdzie podmyte brzegi osunęły się, odsłaniając piasek.

Elayne wyszła na pokład i dołączyła do niej, stając przy nadburciu, wiatr szarpał połami jej ciemnego płaszcza. Ubrana była podobnie, w mocną wełnę. Było to rezultatem kolejnej sprzeczki, wygranej przez Nynaeve. Ich ubrania. Egwene upierała się, że Aes Sedai zawsze noszą swe najlepsze rzeczy, nawet w podróży — myślała o jedwabiach, jakie przywdziewała w Tel’aran’rhiod — ale Nynaeve tłumaczyła, że mimo to, iż Amyrlin pozostawiła w szafie tak dużo złota (a była to naprawdę gruba sakiewka), to w jej głębi i tak są jeszcze ubrania. Przecież nie mają pojęcia, ile będą kosztować rzeczy w dole rzeki. Służący potwierdzili to, co Mat mówił o wojnie domowej w Cairhien i o tym, jak wpłynęła na ceny. Ku zaskoczeniu Egwene, Elayne poparła ją, dodając, że Brązowe siostry częściej noszą wełnę niż jedwab. Egwene wiedziała, że Elayne tak bardzo chciała wreszcie wydostać się z kuchni, że założyłaby nawet łachmany.

„Zastanawiam się, jak się powodzi Matowi? Bez wątpienia próbuje grać w kości z kapitanem statku, na którym podróżuje.”

— Straszne — wymruczała Elayne. — To takie straszne.

— Co jest straszne? — zapytała Egwene nieobecnym głosem.

„Mam nadzieję, że zbyt swobodnie nie chwali się wszędzie dokumentem, który mu dałyśmy.”

Elayne rzuciła jej zaskoczone spojrzenie, potem zmarszczyła brwi.

— Popatrz! — gestem wskazała w kierunku odległego dymu. — Jak możesz nie zwracać na to uwagi?

— Nie zwracam uwagi, ponieważ nie chcę myśleć o tym, co przechodzą ci ludzie, ponieważ nie mogę pomóc i dlatego, że musimy dostać się do Łzy. To, co Ścigamy znajduje się właśnie tam.

Sama zdziwiła się własną gwałtownością.

„Nic nie mogę na to poradzić. A Czarne Ajah czekają w Łzie.”

Im więcej o tym myślała, tym bardziej była pewna, że muszą dostać się do wnętrza Serca Kamienia. Najprawdopodobniej nie wpuszczano tam nikogo prócz Wysokich Lordów Łzy, powoli jednak nabierała przekonania, iż klucz do pułapki zastawionej przez Czarne Ajah i jednocześnie możliwość pokrzyżowania ich planów, spoczywa w Sercu Kamienia.

— Wiem o tym wszystkim, Egwene, jednak nie tłumi to mojego żalu nad Cairhienami.

— Słuchałam wykładów na temat wojen jakie Andor prowadził z Cairhien — odparła sucho Egwene. — Bennae Sedai powiedziała, że walczyliście z Cairhienami częściej niż jakiekolwiek inne ludy, wyjąwszy Łzę i Illian.

Towarzyszka spojrzała na nią z ukosa. Elayne nie przywykła do tego, że Egwene odmawia uznania, iż jest Andoranką. Przecież granice na mapach jednoznacznie stwierdzały, że Dwie Rzeki stanowią część Andoru, a Elayne wierzyła mapom.

— Prowadziliśmy z nimi wojny, Egwene, ale od czasu zniszczeń, jakich doznał ich kraj podczas Wojen z Aielami, Andor sprzedawał im niemalże tyle samo zboża co Łza. Teraz, rzecz jasna, handel ustał. Kiedy każdy Dom Cairhien zwalcza wszystkie pozostałe, stawką bowiem jest Tron Słońca, kto będzie kupował zboże albo doglądał jego rozdziału między lud? Jeśli walki są tak okrutne, jak to można osądzić z ruin, które widziałyśmy na brzegu rzeki. . . Cóż. Nie można karmić ludzi przez dwadzieścia lat, a potem nie czuć nic, kiedy muszą cierpieć głód.

— Szary Człowiek — powiedziała Egwene, a Elayne aż podskoczyła, starając się patrzeć we wszystkich kierunkach naraz. Otoczyła ją poświata saidara.

— Gdzie?

Egwene powoli rozejrzała się po pokładzie, aby się upewnić, iż nikt nie stoi w pobliżu, by coś podsłuchać. Kapitan Ellisor znajdował się na rufie obok marynarza trzymającego długi rumpel. Jeden z żeglarzy zajął pozycję na samym dziobie, bacznie obserwując powierzchnię rzeki w poszukiwaniu podwodnych mielizn. Dwaj inni chodzili po pokładzie, nieustannie regulując linami ustawienie żagli. Reszta załogi znajdowała się pod pokładem. Jeden z pracującej dwójki przystanął, by sprawdzić mocowania szalupy, przywiązanej dnem do góry na pokładzie. Poczekała aż skończył, potem wreszcie się odezwała: