Выбрать главу

Ten skłonił się i popędził przed siebie, zanim jeszcze zdążyła odwrócić się w stronę włazu, a nim znalazła się na dole, już krzyczał na ludzi, by spuszczali szalupę.

— Gdy jedna z was mówi „górą” — wymruczała Elayne — druga powie „dołem”. Jeśli nie przestaniecie, nigdy nie dotrzemy do Łzy.

— Dotrzemy do Łzy — twardo rzekła Egwene. — I to tym szybciej, im wcześniej Nynaeve zrozumie, że nie jest już żadną Wiedzącą. Wszystkie jesteśmy. . . — nie powiedziała Przyjętymi, zbyt wielu ludzi bowiem kręciło się w pośpiechu dookoła — . . . na tym samym poziomie.

Elayne westchnęła.

Wkrótce łódka przewiozła je na ląd i teraz stały na brzegu z laskami podróżnymi w dłoniach, obwieszone swym dobytkiem spakowanym w tobołki, torby oraz zawiniątka. Otaczał je pofałdowany trawiasty teren, upstrzony rozproszonymi zagajnikami, chociaż już w odległości kilku mil od rzeki widać było wzgórza porośnięte lasem. Wiosła sterowe „Błękitnego Żurawia” wzbijały dzikie pióropusze piany, ale łódź nawet nie drgnęła. Egwene odwróciła się i bez jednego słowa ruszyła na południe, zanim Nynaeve zdążyła zająć miejsce na czele.

Kiedy pozostałe zrównały się z nią, Elayne rzuciła jej spojrzenie pełne dezaprobaty. Nynaeve maszerowała, wpatrując się w dal. Elayne zdążyła powiedzieć jej, co Egwene wymyśliła na temat Mata i Szarego Człowieka, ale starsza przyjaciółka wysłuchała jej w milczeniu i zdobyła się tylko na krótką uwagę: „Będzie musiał zadbać sam o siebie”, nie przerywając nawet marszu. Po pewnym czasie Córka-Dziedziczka zrezygnowała z prób skłonienia ich do rozmowy, więc dalej szły w milczeniu.

Kępy drzew rosnące wzdłuż brzegu rzeki, szybko skryły „Błękitnego Żurawia” za grubą zasłoną liści wodnego dębu i wierzby. Omijały zagajniki, mimo iż były stosunkowo niewielkie, bowiem nie potrafiły pozbyć się wrażenia, że coś może czaić się w cieniu gałęzi. Między kępami drzew w pobliżu rzeki rosły nieliczne zarośla, tak rzadkie, że nie mogłoby się wśród nich ukryć nawet dziecko, a co dopiero rozbójnik, ponadto były wystarczająco rozproszone, by zostało dosyć wolnej przestrzeni na swobodny marsz.

— Jeśli spotkamy rozbójników — oznajmiła Egwene — zamierzam się bronić. Tutaj nie ma żadnej Amyrlin, która patrzyłaby nam przez ramię.

Usta Nynaeve zacisnęły się.

— Jeśli będzie to konieczne — powiedziała, patrząc w przestrzeń — możemy wystraszyć każdego rozbójnika w taki sposób jak to zrobiłyśmy z tamtymi Białymi Płaszczami. Jeśli nie znajdziemy innego sposobu.

— Wolałabym, abyście nie mówiły o rozbójnikach powiedziała Elayne. — Chciałabym dotrzeć do wioski bez. . .

Zza krzaka, znajdującego się tuż przed nimi, wyrosła nagle postać odziana w szarości i brązy.

38

Panny Włóczni

Egwene objęła saidara, zanim jeszcze krzyk zamarł jej na ustach i dostrzegła, jak Elayne również otacza się poświatą. Przez mgnienie zastanawiała się, czy Ellisor usłyszy ich krzyk i wyśle pomoc, „Błękitny Żuraw” znajdował się nie dalej niż milę w górze rzeki. Potem stłumiła dojmującą potrzebę zawołania o pomoc i zaczęła splatać prądy Powietrza i Ognia w błyskawicę. Niemalże słyszała już jej Pomruk.

Nynaeve zaś stała po prostu z rękoma splecionymi na piersiach i z decydowanym wyrazem twarzy, lecz Egwene nie była pewna, czy postąpiła tak dlatego, że nie była wystarczająco wściekła, by dotknąć Prawdziwego Źródła, czy też dostrzegła wcześniej to, co ona zobaczyła dopiero teraz. Osoba stojąca naprzeciw nich była kobietą, wcale nie starszą niż Egwene, choć trochę wyższą.

Nie wypuściła saidara. Mężczyźni byli czasami na tyle niemądrzy, by uważać, że kobieta jest niegroźna tylko dlatego, iż jest kobietą; ona nie miała takich złudzeń. Kątem oka zarejestrowała, że Elayne nie otacza już poświata. Córka-Dziedziczka wciąż miewała dziwne wyobrażenia.

„Nigdy nie była więźniem Seanchan.”

Egwene nie odnosiła takiego wrażenia, jakoby wielu mężczyzn było tak naiwnych, aby uważać, iż stojąca przed nimi kobieta jest niebezpieczna, nawet jeśli nie posiadała jakiejkolwiek widocznej broni. Niebieskozielone oczy i rudawe włosy, obcięte krótko z wyjątkiem wąskiego pasma, zwisającego aż do ramion. Miękkie, sznurowane do kolan buty, ściśle dopasowany płaszcz oraz spodnie ubarwione bez reszty we wszystkie odcienie ziemi i skały. Takie kolory i ten typ ubioru kiedyś już ktoś jej opisał, tak że teraz nie miała wątpliwości — stała przed nią kobieta Aiel.

Patrząc na nią, Egwene poczuła nagle dziwną sympatię do niej. Nie mogła tego zrozumieć.

„Wygląda jak kuzynka Randa, oto dlaczego tak się poczułam.”

Jednak nawet to uczucie, jakaś silna świadomość powinowactwa, nie mogło stłumić jej ostrożności.

„Co, na Światłość, robi tutaj kobieta Aiel? One nigdy przecież nie opuszczają Ugoru, przynajmniej od czasów wojen z Aielami.”

Przez całe życie słyszała o tym, jak śmiertelnie groźne są Aiel — owe Panny Włóczni, nie mniej straszne niż członkowie męskich społeczności wojowników — ale w tej chwili nie czuła przerażenia, lecz, w rzeczy samej, rodzaj poirytowania tym, że dała się początkowo przestraszyć. Z saidarem, który wlewał w nią jedyną Moc, nie musiała obawiać się nikogo.

„Pominąwszy, być może, w pełni wytrenowaną siostrę — przyznała. — Ale z pewnością nie samotnej kobiety, nawet jeśli jest ona Aielem.”

— Mam na imię Aviendha — powiedziała kobieta Aiel — z klanu Gorzkiej Wody, z Taardad Aiel. — Wyraz jej twarzy był równie bezbarwny i wyzuty z emocji jak ton głosu. — Jestem Far Dareis Mai, Panna Włóczni.

Przerwała na chwilę, przyglądając im się badawczo.

— Nie macie wprawdzie właściwych rysów twarzy, ale widziałyśmy pierścienie. W waszych krajach macie kobiety podobne do naszych Mądrych, kobiety zwane Aes Sedai. Jesteście więc kobietami z Białej Wieży, czy nie?

Przez chwilę Egwene rzeczywiście czuła niepokój.

„Widziałyśmy?”

Rozejrzała się uważnie dookoła, ale w odległości dwudziestu kroków nie zobaczyła za krzakami nikogo.

Jeśli było ich więcej, musiały schronić się w następnym zagajniku, ponad dwieście kroków przed nimi, albo w tym, który minęły niedawno, a od którego dzieliła je przynajmniej dwukrotnie większa odległość. Za daleko, by nam zagrozić.

„Chyba że mają łuki.”

Ale musiałyby znakomicie strzelać. W domu, podczas zawodów na Bel Tine albo w czasie Dnia Słońca, tylko najlepsi łucznicy strzelali z odległości większej od dwustu kroków.

Wciąż jednak czuła się raźniej wiedząc, że może cisnąć błyskawicą pioruna w każdego, kto poważyłby się na taki strzał.

— Jesteśmy kobietami z Białej Wieży — powiedziała spokojnie Nynaeve.

Demonstrowała opanowanie i nie rozglądała się wokół w poszukiwaniach kolejnych Aiel, mimo że nawet Elayne rzucała wokół siebie niespokojne spojrzenia.

— To, czy możesz uważać nas za mądre, to inna kwestia. — Ciągnęła dalej. — Czego od nas chcesz?

Aviendha uśmiechnęła się. Egwene zobaczyła, że była naprawdę ładna, ale skrywała swą urodę za ponurym wyrazem twarzy.

— Mówisz tak, jak to zwykły czynić Mądre Kobiety. Wracając do twojego pytania, chodzi o drobne dolegliwości głupców. — Uśmiech zniknął z jej twarzy, ale ton głosu pozostał spokojny. — Jedna z nas leży ciężko ranna, przypuszczalnie umiera. Mądre Kobiety często uzdrawiają tych, którzy bez ich pomocy z pewnością by umarli, a słyszałam, że Aes Sedai stać na jeszcze więcej. Pomożecie jej?

Egwene niemalże potrząsnęła głową ze zmieszania.