Выбрать главу

Po chwili milczącego marszu, Elayne powiedziała:

— Poradziłaś sobie znakomicie, Nynaeve. Z Uzdrawianiem i całą resztą również. Nie sądzę, aby jeszcze wątpiły, iż jesteś Aes Sedai. Czy też, że wszystkie nimi jesteśmy, biorąc pod uwagę sposób, w jaki się zachowywałaś.

— Wykonałaś znakomitą pracę — dodała po jakiejś minucie Egwene. — Pierwszy raz miałam możliwość swobodnej obserwacji tego, co dzieje się podczas Uzdrawiania. Wygląda na to, że stworzenie błyskawicy jest w porównaniu z tym tak proste, jak zagniatanie owsianego ciasta.

Uśmiech pełen zaskoczenia pojawił się na twarzy Nynaeve.

— Dziękuję — wymruczała i sięgnęła do włosów Egwene, by pociągnąć ją za kosmyk, zupełnie tak jak czyniła to, gdy tamta była dziewczynką.

„Nie jestem już małą dziewczynką.”

Chwila ta minęła równie szybko jak przyszła i teraz ponownie szły w milczeniu. Elayne westchnęła głośno.

Przeszły szybko następną milę, lub nieco więcej, mimo że czasami musiały oddalać się od rzeki, aby ominąć zarośla rosnące na brzegu. Nynaeve nalegała, by pozostawały na otwartej przestrzeni. Egwene z kolei uważała za niezbyt mądre przypuszczenie, że w zagajnikach mogą kryć się inni jeszcze Aielowie, ale kręta droga nie mogła zbytnio powiększyć odległości, jaką miały do przebycia, żadna z roślinnych kęp nie była specjalnie rozległa.

Elayne jednak uważnie przepatrywała rosnące wokół drzewa i w pewnej chwili to ona właśnie nagle krzyknęła:

— Strzeżcie się!

Egwene spojrzała, spomiędzy drzew wysypywali się ludzie, nad ich głowami wirowały proce. Sięgnęła po saidara i wtedy coś uderzyło ją w głowę, a ciemność ogarnęła wszystko.

Egwene czuła kołysanie, czuła też jak coś pod nią porusza się. Głowę miała całą obolałą. Spróbowała podnieść dłonie do skroni, jednak ręce miała skrępowane i nie mogła nimi poruszać.

— . . .lepiej niż leżeć tutaj cały dzień, czekając na zapadnięcie ciemności — powiedział szorstki, męski głos. — Kto wie, czy wkrótce nie nadpłynie następny statek? I uważajcie na łódź. Przecieka.

— Dobrze się postaraj, by Adden uwierzył, że spostrzegliście te pierścienie, zanim zdecydowaliście się zaatakować — odezwał się kolejny głos. — Nie życzy sobie tak obfitego ładunku, nie kobiet, jak sądzę.

Pierwszy mężczyzna wymamrotał jakieś przekleństwo ma temat tego, co Adden może zrobić ze swoją przeciekającą łodzią, jak również z ładunkiem.

Uniosła powieki. Srebrne plamki tańczyły jej przed oczyma. Pomyślała, że za chwilę zwymiotuje na ziemię kołyszącą się pod jej głową. Była przytroczona w poprzek grzbietu konia, kostki i przeguby związano razem pod jego brzuchem, włosy swobodnie zwisały w dół.

Dzień jeszcze nie dobiegł końca. Przekrzywiając szyję, rozejrzała się dookoła. Otaczała ją taka mnogość nieporządnie ubranych postaci na koniach, że nie mogła dostrzec, czy Nynaeve i Elayne zostały również pochwycone. Niektórzy z napastników mielina sobie pojedyncze fragmenty zbroi— poobijany hełm, podziurawiony napierśnik czy kaftan naszywany metalową łuską — większość jednak nosiła jedynie kaftany nie czyszczone od wielu miesięcy, jeśli w ogóle kiedykolwiek. Zapach, jaki roztaczali wokół siebie, świadczył o tym, że sami nie myli się od równie długiego czasu. Wszyscy uzbrojeni byli w miecze, noszone przy pasach przeciągniętych przez plecy.

Zalała ją wściekłość i strach, a potem ogarnął ślepy gniew.

„Nie będę więźniem. Nie pozwolę się związać! Nie dam!”

Sięgnęła po saidara, a wtedy ból niemalże oderwał jej czubek głowy; z trudem powstrzymała jęk.

Koń przystanął na moment, rozległy się okrzyki i skrzypienie zardzewiałych zawiasów, potem znów ruszył naprzód, a po chwili mężczyźni zaczęli zsiadać z wierzchowców. Kiedy rozproszyli się, mogła zobaczyć przynajmniej fragment miejsca, w którym się znalazła. Otaczała ją wysoka palisada, zbudowana na szczycie wielkiego, okrągłego kopca gliny, mężczyźni uzbrojeni w łuki stali na drewnianym pomoście zawieszonym na takiej wysokości, aby mogli swobodnie patrzeć ponad ostrymi szczytami nierówno ociosanych pali. W spiętrzoną glinę u podnóża palisady wbudowano niską, pozbawioną okien chatę z bali. Stanowiła ona jedyną budowlę wewnątrz, jeśli nie liczyć kilku przybudowanych do niej komórek. Konni zbrojni, którzy właśnie wjechali w obręb palisady, zajęli resztę wolnej przestrzeni, której pozostałą część wypełniały ogniska z gotującą się strawą, spętane konie i kolejne grupki nie mytych mężczyzn. Musiało być ich około setki. Zamknięte w klatkach kozły beczały, świnie kwiczały, a kury gdakały, zwierzęce odgłosy w połączeniu z ochrypłymi krzykami i śmiechem wypełniały powietrze zgiełkiem tak hałaśliwym, że aż świdrował w uszach.

Jej spojrzenie odnalazło Nynaeve i Egwene, podobnie jak ona były związane głowami w dół na grzbietach pozbawionych siodeł wierzchowców. Trwały bez ruchu, koniec warkocza Nynaeve wlókł się po ziemi, gdy koń poruszał się nieznacznie. Nadzieja, nawet niewielka, rozwiała się zupełnie, nadzieja na to, że przynajmniej jedna z nich może być wolna, aby pomóc pozostałym uciec.

„Światłości, nie wytrzymam powtórnego uwięzienia. To się nie może powtórzyć.”

Delikatnie usiłowała ponownie dosięgnąć saidara. Ból tym razem nie był już tak straszny — ot, jakby ktoś upuścił jej skałę na głowę — ale strzaskał pustkę, zanim zdążyła nawet pomyśleć o róży.

— Jedna z nich się obudziła! — wrzasnął przerażony męski głos.

Egwene spróbowała zwisnąć zupełnie bezwładnie i wyglądać niegroźnie.

„Jak, na Światłość, mogę wyglądać groźnie, związana niczym połeć mięsa! Niech sczeznę, potrzebuję trochę czasu. Koniecznie!”

— Nie zrobię wam krzywdy — powiedziała w kierunku zalanej potem twarzy biegnącego w jej stronę człowieka.

A przynajmniej próbowała powiedzieć. Nie wiedziała, ile słów udało jej się wydobyć z gardła, zanim coś ponownie uderzyło ją w głowę, a ciemność rozlała się wokół niej wraz z falą mdłości.

Następne przebudzenie było łatwiejsze. Głowa wciąż bolała, ale już nie tak bardzo jak poprzednio, choć myśli wciąż wirowały zawrotnie.

„Przynajmniej mój żołądek się uspokoił. . . Światłości, lepiej o tym nie myśleć.”

W ustach trwał smak kwaśnego wina i jakiejś gorzkiej substancji. Smugi światła lamp wpadały przez poziome szczeliny w nieporządnie zbudowanej ścianie, ale ona miała przed oczyma ciemność, leżała na plecach. Na glinie, jak się zorientowała. Drzwi również nie były równo dopasowane, pomimo to wydawały się bardzo mocne.

Podniosła się, stając na czworakach i stwierdziła z zaskoczeniem, iż nie związano jej. Oprócz jedynej ściany z surowych bali, pozostałe wyglądały jak z kamienia. Światła wpadającego przez szczeliny było wystarczająco dużo, by mogła dostrzec Nynaeve i Elayne rozciągnięte na klepisku. Twarz Córki-Dziedziczki pokrywała krew. Żadna z nich nie poruszała się, tylko piersi unosiły się i opadały w rytm oddechu. Egwene wahała się czy obudzić je natychmiast, czy przekonać się najpierw, co można zobaczyć po drugiej stronie ściany.

„Tylko jedno spojrzenie — powiedziała do siebie. Powinnam się przecież przekonać, jak nas pilnują, zanim je obudzę.”

Wmówiła sobie, że to nie dlatego powzięła taką decyzję, iż nie była wcale pewna czy uda jej się obudzić tamte. Kiedy przyłożyła oko do szpary w pobliżu drzwi, pomyślała o krwi na twarzy Elayne i usiłowała sobie przypomnieć, co Nynaeve dokładnie zrobiła dla Dailin.