Pomieszczenie, na które patrzyła, było ogromne, z wysoką belkowaną powałą — składała się nań zapewne reszta wnętrza chaty z bali, którą widziała poprzednio — i pozbawione okien, za to oświetlone jaskrawo złotymi i srebrnymi lampami, wiszącymi na hakach przymocowanych do ścian. Nie było kominka. Na ubitym glinianym klepisku stały wiejskie stoły i krzesła, przemieszane ze skrzyniami zdobionymi złoceniami i inkrustowanymi kością. Haftowany w pawie dywan leżał przy wielkim łóżku z baldachimem na doskonale wyrzeźbionych i złoconych słupkach; ułożono na nim stosy brudnych koców i poduszek.
Wewnątrz znajdowało się kilkunastu mężczyzn, stali lub siedzieli w rozmaitych miejscach, jednak wszystkie spojrzenia skupione były na wysokim człowieku o pięknych włosach, którego można by nawet nazwać przystojnym, gdyby jego twarz była nieco bardziej czysta. Stał ze spuszczonymi oczyma u szczytu stołu ze żłobionymi nogami i pozłacaną ślimacznicą, jedną rękę wsparł na rękojeści miecza, palcem drugiej dotykał czegoś, czego nie mogła dostrzec pośród małych kółek rozsypanych po powierzchni stołu.
Otworzyły się zewnętrzne drzwi, ukazując w tle nocne ciemności i do środka wszedł kościsty człowiek, pozbawiony lewego ucha.
— Jeszcze nie przyjechał — powiedział szorstko. Nie miał również dwu palców u lewej dłoni. — Nie lubię spotykać się z nimi.
Wysoki mężczyzna o pięknych włosach nie poświęcił mu nawet odrobiny uwagi, nie przestawał zabawiać się przedmiotem, znajdującym się na stole.
— Trzy Aes Sedai — wymruczał, potem zaśmiał się. — Dobre są ceny za Aes Sedai, jeśli ma się nerwy, aby rozmawiać z właściwym kupcem. Jeżeli jesteś gotów zaryzykować, że twój żołądek zostanie wyjęty przez usta, możesz spróbować sprzedać mu nawet kota w worku. Nie jest to tak bezpieczne jak podrzynanie gardeł załogi kupieckiego statku, co, Coke? Nie takie łatwe, prawda?
Pośród obecnych w pokoju dało się dostrzec nerwowe poruszenie, a ten, do którego się zwracano, krępy mężczyzna z rozbieganymi oczami, nerwowo skłonił głowę.
— To są Aes Sedai, Adden. — Rozpoznała jego głos, człowiek od ordynarnych propozycji. — Muszą nimi być, Adden. Dowodzą tego pierścienie, mówię ci!
Adden podniósł coś ze stołu, mały krążek, który rozbłysnął złotem w świetle lamp.
Egwene westchnęła i chwyciła się za palec.
„Zabrali mój pierścień!”
— Nie podoba mi się to — wymamrotał kościsty mężczyzna bez ucha. — Aes Sedai. Każda z nich mogłaby pozabijać nas wszystkich. Okalecz mnie, Fortuno! Musisz być chyba głupi jak kloc drewna Coke, powinienem chyba poderżnąć ci gardło. Co, jeśli jedna z nich obudzi się, zanim on przyjedzie?
— Nie obudzą się jeszcze przez najbliższych kilka godzin. — Ochrypłemu głosowi tłustego mężczyzny towarzyszył szeroki, ukazujący wszystkie zęby, szyderczy uśmiech. — Moja babcia przekazała mi sekret tego, co wlaliśmy im do gardeł. Będą spały aż do wschodu słońca, a on przyjedzie wcześniej.
Egwene roztarła na języku kwaśny smak wina przemieszany z goryczą.
„Cokolwiek to było, twoja babcia cię okłamała. Zresztą i tak powinna cię udusić już w kołysce!”
Zanim ten „on” przyjedzie, człowiek który sądzi, że może kupować Aes Sedai. . .
„Niczym przeklęty Seanchanin!”
. . . zdąży postawić Nynaeve i Egwene na nogi.
Popełzła w stronę gdzie leżała Nynaeve.
Wyglądało, że tamta zwyczajnie śpi, dlatego też zastosowała najprostszy środek i po prostu nią potrząsnęła. Ku jej zdumieniu oczy Nynaeve otworzyły się prawie natychmiast.
— Co się. . . ?
Momentalnie przykryła dłonią jej usta, tłumiąc dalsze słowa.
— Uwięziono nas — wyszeptała. — Za tą ścianą znajduje się kilkunastu mężczyzn, na zewnątrz jest ich więcej. Bardzo wielu. Dali nam coś, żebyśmy spały, ale skutek okazał się mizerny. Pamiętasz już?
Nynaeve odsunęła jej dłoń.
— Pamiętam. — Jej głos był cichy i ponury. Na twarz wypełzł grymas, wydęła usta, po chwili zaśmiała się cicho. — Korzeń dobrego snu. Ci głupcy dali nam korzeń dobrego snu zmieszany z winem. Zresztą wino smakuje jakby był to już prawie ocet. Szybko, pamiętasz jeszcze coś z tego, czego cię uczyłam? Jak działa korzeń dobrego snu?
— Usuwa bóle głowy, dzięki czemu można zasnąć powiedziała Egwene równie cicho. Jej głos zabrzmiał niemal dokładnie tak samo ponuro jak tamtej, dopiero po chwili dotarł do niej sens wypowiedzianych słów. — Czyni człowieka trochę ospałym i to wszystko.
Grubas widocznie nie słuchał uważnie tego, co mówiła mu jego babcia.
— Jego działanie pomaga usunąć ból, będący efektem uderzenia w głowę.
— Tak właśnie jest— przyznała Nynaeve. — A kiedy obudzimy Egwene, podziękujemy im w taki sposób, jakiego nigdy nie zapomną.
Podniosła się, by natychmiast przyklęknąć obok złotowłosej.
— Sądzę, że kiedy wieźli nas do środka, widziałam ich około setki. — Wyszeptała Egwene do pochylonej nad Elayne Nynaeve. — Pewna jestem, że teraz nie będziesz miała nic przeciwko temu, bym użyła Jedynej Mocy jako broni. I jeszcze ktoś prawdopodobnie ma przyjechać, żeby nas kupić. Mam zamiar zrobić mu coś takiego, że do końca życia pozostanie już człowiekiem czyniącym wyłącznie wolę Światłości!
Nynaeve wciąż klęczała przy boku Elayne, żadna z nich jednak nie poruszała się.
— O co chodzi?
— Jej obrażenia są poważne, Egwene. Sądzę, że ma pękniętą czaszkę, ledwie oddycha. Egwene, ona umiera, podobnie jak Dailin.
— Nie możesz czegoś zrobić? — Egwene starała się przypomnieć sobie wszystkie strumienie, jakie Nynaeve splotła, aby Uzdrowić kobietę Aiel, ale pamiętała nie więcej, niż jedynie co trzeci splot. — Musisz!
— Zabrali moje zioła — wymamrotała zawzięcie Nynaeve, jej głos drżał. — Nie potrafię! Nie, bez moich ziół!
Egwene przeżyła wstrząs, kiedy zrozumiała, że tamta z trudem opanowuje płacz.
— Niech sczezną wszyscy, nie potrafię zrobić tego bez. . .
Nagle objęła Elayne za ramiona, jakby chciała podnieść nieprzytomną i potrząsnąć nią.
—Żebyś sczezła, dziewczyno — wychrypiała. — Nie po to wiozłam cię przez całą drogę, żebyś teraz umarła! Powinnam zostawić cię przy zmywaniu naczyń! Powinnam wsadzić do worka i dać Matowi, by odwiózł cię do matki! Nie dam ci umrzeć przeze mnie! Słyszysz mnie? Nie pozwolę!
Nagle wokół niej rozbłysnąłsaidar, a Elayne otworzyła jednocześnie oczy i usta.
Egwene przykryła dłońmi usta Elayne, w samą porę, by zdławić krzyk, który z nich się wyrywał, kiedy jednak dotknęła jej, prądy Uzdrawiania Nynaeve pochwyciły ją niczym słomkę na krawędzi rzecznego wiru. Fale zimna przeszyły ją do szpiku kości, a jednocześnie żar przepalił od środka, miała wrażenie jakby ciało piekło się na ruszcie. Świat zniknął w powodzi wrażeń — pęd, upadanie, lot, wirowanie.
Kiedy wszystko już się skończyło, zorientowała się, że stoi, oddychając ciężko i patrzy na leżącą Elayne, tamta odpowiedziała jej spojrzeniem, jej oczy rozbłysły nad dłonią, wciąż zakrywającą usta. Resztki bólu głowy zniknęły. Powrotna fala operacji, jakim Nynaeve poddała Elayne wystarczyła, aby uleczyć ją do końca. Szmer głosów w sąsiednim pomieszczeniu był tak cichy jak poprzednio, jeśli więc z gardła Elayne wydobył się jakiś głos, jeżeli krzyknęła lub jęknęła podczas całego zabiegu, Adden i pozostali nie usłyszeli niczego.
Nynaeve nisko skłoniła głowę, klęcząc wsparła się na dłoniach, drżała.
— Światłości! — wymamrotała. — Robienie tego w taki sposób. . . było jak zdzieranie. . . własnej skóry. Och, Światłości! — spojrzała na Elayne. — Jak się czujesz, dziewczyno?