„Światłością oślepiony głupiec! Niech sczeznę! Niech sczeznę!”
— Mat!
Spojrzał w górę, a Thom rzucił mu jego pałkę. Złapał ją w locie, w samą porę, aby wybić ostrze z dłoni Tammuza i zdzielić go mocnym ciosem w skroń. Mężczyzna upadł, ale pozostali następowali tuż za nim i przez krótki moment gorączkowych wysiłków, Mat kręcił jak mógł wirującą pałką, aby utrzymać ich ostrza z dala od swego ciała, uderzając ich po kolanach, kostkach i żebrach, nim mógł wreszcie wymierzyć dobry cios w głowę. Gdy ostatni przeciwnik upadł, wpatrywał się przez chwilę w całą czwórkę, potem podniósł wzrok na kobietę.
— Czy wybrałaś tę stajnię na miejsce swej śmierci?
Wsunęła sztylet z cienkim ostrzem do pochwy przy pasie.
— Pomogłabym ci, ale bałam się, że jeżeli podejdę bliżej z żelazem w dłoni, to możesz pomylić mnie z jednym z tych wielkich błaznów. A wybrałam tę stajnię dlatego, że pada deszcz i zmokłam, a nikt jej nie strzegł.
Była starsza, niż mu się pierwotnie zdało, miała przynajmniej dziesięć lub piętnaście lat więcej od niego, ale wciąż była przystojna, z wielkimi, ciemnymi oczami i małymi ustami, które wydawały się odrobinę nadąsane.
„Albo chętne do pocałunku.”
Roześmiał się krótko i wsparł na pałce.
— Cóż, co się stało, to się nie odstanie. Przypuszczam, że nie będziesz nam sprawiać kłopotów?
Thom zszedł ze stryszku, niezgrabnie ze względu na swą nogę. Aludra popatrywała to na niego, to na Mata. Bard z powrotem założył swój płaszcz, rzadko pokazywał się bez niego obcym, szczególnie przy pierwszym spotkaniu.
— To jest jak w opowieści — powiedziała ona. — Zostałam uratowana przez barda i młodego bohatera.
Zmarszczyła brwi, obejmując wzrokiem mężczyzn rozciągniętych na podłodze.
— Z rąk tych, którzy mieli świnie za matki!
— Dlaczego chcieli cię zabić? — zapytał Mat. — On mówił coś o jakichś tajemnicach.
Tajemnice — odrzekł Thom tonem bardzo zbliżonym do tego, jakim przemawiał na scenie wyrobu fajerwerków, jeśli się nie mylę. Jesteś Iluminatorem, nieprawdaż?
Skłonił się dwornie, w wyuczony sposób zamiatając podłogę połą swego płaszcza.
— Ja jestem Thom Merrilin, bard, jak to zapewne już dostrzegłaś. — Jakby po krótkim namyśle, dodał: — A to jest Mat, młody człowiek obdarzony darem pakowania się w kłopoty.
— Byłam Iluminatorem — powiedziała sztywno Aludra — ale ten wielki łotr, Tammuz, zrujnował przedstawienie dla króla Cairhien, przy okazji omal nie niszcząc również kapitularza. Ale to ja byłam Mistrzynią Kapitularza, mnie więc Guilda uczyniła odpowiedzialną.
W jej głosie zabrzmiały defensywne tony.
— Nie zdradziłam sekretów Guildy, niezależnie od tego co mówił Tammuz, ale nie umrę z głodu, ponieważ umiem robić fajerwerki. Nie jestem już członkinią Guildii, dlatego też jej prawa już się do mnie nie odnoszą.
— Galldrian — zauważył Thom, takim samym głuchym tonem jak ona. — Cóż, teraz już jest martwym królem i nie zobaczy więcej żadnych fajerwerków.
— Guilda — w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie prawie obwiniała mnie o całą wojnę w Cairhien, jakby to przez tę jedną, katastrofalną noc Galldrian umarł.
Thom skrzywił się, ona zaś ciągnęła dalej:
— Wygląda na to, że dłużej nie mogę już tu zostać. Tammuz i te pozostałe łobuzy wkrótce odzyskają przytomność. Przypuszczalnie tym razem powiedzą żołnierzom, że ukradłam swoje własne dzieło. — Spojrzała na Thoma, potem na Mata, zmarszczyła brwi w namyśle i w końcu podjęła decyzję. — Muszę was wynagrodzić, ale nie mam pieniędzy. Jednakże posiadam coś, co zapewne jest równie cenne jak złoto. A być może nawet bardziej. Zobaczymy, co na to powiecie.
Kiedy zaczęła szperać pod plandeką pokrywającą jej wóz, Mat i Thom wymienili spojrzenia.
„Pomogę każdemu, kto będzie mógł zapłacić.”
Zdało mu się, że w oczach Thoma zobaczył iskierkę namysłu.
Aludra wyciągnęła jeden tobołek ze sporej sterty podobnych — krótki zwój z mocnej, naoliwionej tkaniny, tak gruby, że prawie nie mogła go objąć ramionami. Postawiła go na słomie, rozwiązała sznurki, rozwinęła materię na klepisku. Na całej jej długości znajdowały się cztery rzędy kieszeni, w każdym kolejnym szeregu kieszenie były większe niż w poprzednim. Każda kieszeń zawierała pokryty woskiem papierowy cylinder opatrzony ciemnym lontem, o średnicy dokładnie odpowiadającej jej rozmiarom.
— Fajerwerki — powiedział Thom. — Wiedziałem. Aludra, nie wolno ci tego robić. Możesz je sprzedać i potem za zarobione pieniądze żyć w dobrej gospodzie co najmniej przez dziesięć dni, jedząc każdego dnia. Cóż, wszędzie, tylko nie tutaj, w Aringill.
Wciąż klęcząc przy naoliwionej tkaninie, parsknęła na niego.
— Bądź cicho, ty starcze. — Powiedziała to jednak w taki sposób, że słowa nie brzmiały obraźliwie. — Nie wolno mi okazać wdzięczności? Sądzisz, że dałabym ci te, gdybym nie miała więcej na sprzedaż? Słuchajcie mnie uważnie.
Mat, zafascynowany, przykucnął obok niej. Tylko dwa razy w swoim życiu widział fajerwerki. Handlarze przywozili je do Pola Emonda, za wysoką cenę sprowadzała je Rada Wioski. Kiedy miał dziesięć lat, spróbował rozciąć jeden, aby zobaczyć co jest w środku i wywołał tym spore zamieszanie. Bran al’Vere niezłego wówczas wytarmosił; Doral Banan, która była wówczas Wiedzącą, sprała go rózgą, natomiast jego ojciec zafundował mu w domu pasy. Oprócz Randa i Perrina, w wiosce nikt się do niego nie odzywał przez następny miesiąc, a i oni przez dłuższy czas mówili mu, jakim okazał się głupcem. Wyciągnął rękę, aby dotknąć jednego z cylindrów. Aludra dała mu po łapach.
— Słuchajcie mnie, powiedziałam! Te najmniejsze zrobią głośny huk, ale nic więcej. — Miały rozmiar małego palca. — Te obok, robią huk i dają jasny rozbłysk. Kolejne, huk, światło i mnogie skry. Ostatnie — były grubsze od jego kciuka — wszystko to, co tamte, z tym, że iskry będą różnokolorowe. Prawie jak w przypadku kwiata nocy, jednak, oczywiście, nie rozwiną się, jak on, na niebie.
„Kwiat nocy?” — zastanowił się Mat.
— Z tymi musisz szczególnie uważać. Widzisz, lont jest bardzo długi. — Dostrzegła jego puste spojrzenie i pomachała w jego stronę jednym z długich, czarnych sznurków. — To, to!
— Tam przykłada się ogień — wymamrotał. — Wiem o tym.
Thom zmełł w ustach jakieś słowo i szarpnął wąsa, jakby tłumiąc uśmiech.
Aludra chrząknęła.
— Tam właśnie przykładasz ogień. Tak. Nie powinieneś stać zbyt blisko żadnego z nich, ale jeżeli chodzi o te największe, to uciekaj, gdy tylko podpalisz lont. Rozumiesz mnie? — Szybko zwinęła długie płótno. — Możesz je sprzedać, albo wykorzystać, jak chcesz. Pamiętaj, nigdy nie wolno ci kłaść ich blisko ognia. Ogień spowoduje, że wszystkie wybuchną. Jest ich dość dużo„żeby mogły zniszczyć dom.
Związując sznurki zawahała się na moment i dodała:
— A teraz ostatnia rzecz, jaką może powinieneś usłyszeć. Nie rozcinaj przypadkiem żadnego z nich, jak to niekiedy czynią głupcy, którzy chcą się dowiedzieć, co jest w środku. Czasami za wartość może eksplodować pod wpływem kontaktu z powietrzem, nie trzeba do tego nawet ognia. Możesz stracić palce, a nawet dłoń.
— Słyszałem o tym — powiedział sucho Mat.
Spojrzała na niego i zmarszczyła brwi, jakby zastanawiała się, czy mimo wszystko nie ma zamiaru tego zrobić, na koniec popchnęła w jego stronę zrolowany tobołek.
— Masz. Teraz muszę już ruszać, zanim te koźle syny dojdą do siebie. — Spojrzała na wciąż otwarte drzwi, na deszcz zlewający noc na zewnątrz i westchnęła. — Może znajdę jeszcze jakieś suche miejsce. Myślę, że jutro ruszę w kierunku Lugardu. Ci głupcy będą się spodziewali, że pojechałam do Caemlyn, nieprawdaż?