Bogaty kupiec robił właśnie wszystko, by przy wtórze jeszcze głośniejszego Śmiechu stracić swój wóz.
— Dowiedziałeś się, czy w Illian są jacyś Ogirowie ze Stedding Shangtai?
— Byli tutaj, ale Nieda powiedziała mi, że odeszli zimą. Powiedziała też, że nie skończyli swojej pracy. Tego nie potrafię zrozumieć. Mularze nie porzucają nie dokończonych dzieł, chyba że nie otrzymają zapłaty, a Nieda twierdzi, iż w tym przypadku tak nie było. Pewnego ranka okazało się, że ich po prostu nie ma, chociaż ktoś widział jak szli nocą po grobli Maredo. Perrin, nie lubię tego miasta. Nie rozumiem dlaczego, ale napawa mnie ono. . . niepokojem.
— Ogirowie — powiedziała Moiraine — są wrażliwi na pewne rzeczy.
Wciąż skrywała twarz, ale Nieda najwyraźniej wysłała kogoś, by kupił jej lżejszy płaszcz z ciemnoniebieskiego lnu. Otaczająca ją wcześniej woń strachu zniknęła, ale głos wciąż miała napięty, jakby z całych sił narzucała sobie samokontrolę. Kiedy Lan podsunął jej krzesło, Perrin zobaczył przepełnione zmartwieniem oczy.
Zarine zeszła na dół ostatnia, przeczesując palcami świeżo umyte włosy. Otaczający ją zapach ziół był silniejszy niż poprzednio. Spojrzała na tacę, którą Nieda ustawiła na stole i wymruczała pod nosem:
— Nienawidzę ryb.
Potężna kobieta przywiozła ich posiłek na małym wózku, zaopatrzonym w półeczki; miejscami pokrywały go nie doczyszczone plamy kurzu, jakby wyciągnięty został pośpiesznie z jakiegoś magazynu, aby uhonorować Moiraine. Serwis, mimo iż trochę poobtłukiwany, składał się z porcelanowych naczyń Ludu Morza.
— Jedz — powiedziała Moiraine, patrząc prosto na Zarine. — Pamiętaj, że każdy posiłek może być twoim ostatnim. Zdecydowałaś się jechać z nami, a więc dzisiejszego wieczora będziesz jadła rybę. Jutro możesz umrzeć.
Perrin nie rozpoznał gatunku niemalże okrągłej ryby o białym mięsie z czerwonymi włókienkami, ale pachniała smakowicie. Za pomocą dużego widelca przeniósł na swój talerz od razu dwa dzwonka i napchawszy sobie usta, uśmiechnął się do Zarine. Potrawa, lekko przyprawiona, smakowała równie dobrze, jak pachniała.
„Jedz twoją paskudną rybę, sokole” — pomyślał.
Przyszło mu do głowy również, iż Zarine wygląda, jakby miała ochotę go ugryźć.
— Chcesz, żebym kazała dziewczynie przestać śpiewać, pani Mari? — zapytała Nieda. Rozstawiała właśnie na blacie stołu miseczki z grochem i jakimś rodzajem twardej, żółtej kaszy. —Żebyście mogli zjeść w spokoju?
Moiraine wpatrywała się w swój talerz, najwyraźniej niczego nie słysząc.
Lan posłuchał przez chwilę — kupiec stracił już, kolejno: swój wóz, płaszcz, buty, złoto, oraz resztę swych rzeczy i zmuszony został do walki ześwinią o swój obiad — a potem potrząsnął głową.
— Ona nam nie przeszkadza.
Przez moment wyglądało, jakby miał zamiar się uśmiechnąć. Ale wtedy spojrzał na Moiraine, niepokój z powrotem rozbłysnął w jego oczach.
— O co chodzi? — zapytała Zarine. Nie zwracała uwagi na swoją rybę. — Wiem, że coś jest nie w porządku. Nie widziałam tylu emocji na twoim obliczu, kamienna twarzy, od czasu gdy cię poznałam.
—Żadnych pytań! — ostro ucięła Moiraine. — Będziesz wiedzieć tyle tylko, ile ci powiem i nic więcej.
— A co masz zamiar mi powiedzieć? — dopytywała się Zarine.
Aes Sedai uśmiechnęła się.
— Zjedz swoją rybę.
Po tej wymianie zdań posiłek przebiegał niemalże w całkowitej ciszy, wyjąwszy słowa piosenek, które kolejno wypełniały pomieszczenie. Jedna była o bogaczu, z którego żona i córka robiły głupca, kiedy tylko chciały, nie naruszając jednocześnie jego wysokiego mniemania o sobie, następna o młodej dziewczynie, która postanowiła pójść na spacer zupełnie nago, a także piosenka o kowalu, któremu udało się podkuć siebie zamiast konia. Zarine omal się nie zakrztusiła ze Śmiechu i zapomniała się do tego stopnia, że nabrała na widelec kęs ryby, a potem skrzywiła nagle, jakby wzięła do ust błoto.
„Ja nie będę się z niej śmiał — powiedział do siebie Perrin. — Niezależnie od tego jak głupio wygląda, pokażę jej, czym są prawdziwe maniery.
— Smakuje nieźle, nieprawdaż? — powiedział na głos.
Zarine rzuciła mu pełne goryczy spojrzenie, a Moiraine zmarszczeniem brwi skarciła, by nie przerywał toku jej myśli, i na tym skończyły się próby podjęcia rozmowy przy stole.
Nieda wyniosła naczynia i postawiła na stole talerz serów, kiedy odór jakiegoś paskudztwa spowodował, iż Perrinowi zjeżyły się włosy na głowie. Tak pachniało coś, co w ogóle nie powinno istnieć, dotąd dwukrotnie czuł tę woń. Niespokojnie rozejrzał się po wspólnej sali.
Dziewczyna wciąż śpiewała dla grupki słuchaczy, jacyś ludzie szli od strony wejścia, a Bili stał dalej oparty o ścianę, poruszając nogą w rytm dźwięków bitterny. Nieda przygładziła zaplecione włosy, obrzuciła pomieszczenie szybkim spojrzeniem i odwróciła się, by odprowadzić wózek do kuchni.
Następnie spojrzał na swoich towarzyszy. Loial, jak można było się spodziewać, wyciągnął książkę z kieszeni kaftana i zdawał się zupełnie nie pamiętać o całym świecie. Zarine, z pozoru całkowicie roztargniona, toczyła kulkę z białego sera, ale popatrywała to na Perrina, to na Moiraine, to znów na niego, kiedy wydawało się jej, iż nikt tego nie widzi. Jednak naprawdę interesowały go reakcje Lana i Moiraine. Potrafili wyczuć obecność Myrddraala, trolloka, czy też jakiegoś innego Pomiotu Cienia, zanim zdążyłby się zbliżyć na odległość mniejszą niż kilkaset kroków, ale Aes Sedai nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w blat stołu przed sobą, a Strażnik kroił kawałek żółtego sera i patrzył na nią. Zapach zła wciąż jednak unosił się w powietrzu, tak, jak wcześniej w Jarze, na brzegu Remenu, i tym razem za nic nie chciał zniknąć. Najwyraźniej rozsiewał go ktoś spośród zebranych we wspólnej sali.
Ponownie ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Bili pod ścianą, mężczyźni idący przez salę, dziewczyna śpiewająca na stole, wszyscy ci roześmiani ludzie, skupieni wokół niej.
„Ci, którzy właśnie weszli?”
Przyjrzał się im spod zmarszczonych brwi. Sześciu mężczyzn o pospolitych twarzach szło w kierunku miejsca, gdzie stała śpiewaczka. Najzupełniej normalne twarze. Właśnie przeniósł znowu wzrok, by przyjrzeć się powtórnie słuchaczom, kiedy nagle zrozumiał, że odór zła dobiega od ostatniego z przybyłej szóstki. Nagle w ich dłoniach błysnęły sztylety, jakby zorientowali się, że ich dostrzegł.
— Mają noże! — krzyknął, rzucając w ich stronę tacę z serami.
We wspólnej sali powstał zamęt, mężczyźni krzyczeli, śpiewaczka wrzeszczała, Nieda wołała na Biliego, wszystko działo się naraz. Lan poderwał się z krzesła, kula ognia wytrysnęła z dłoni Moiraine, Loial poderwał z podłogi swoje krzesło i zamachnął się nim jak maczugą, a Zarine odskoczyła na bok, przeklinając. Ona również trzymała w dłoni nóż, ale Perrin był już zbyt zajęty, aby patrzeć co robią pozostali. Mężczyźni zdawali się zmierzać wprost na niego, a jego topór wisiał na kołku w pokoju.
Pochwycił krzesło, oderwał grubą nogę, która tworzyła jednocześnie bok drabinkowego oparcia, cisnął resztą krzesła w napastników i sam zaraz ruszył za zaimprowizowanym pociskiem, uzbrojony w długą maczugę. Tam ci starali się dosięgnąć jego ciała nagą stalą, jakby Lan i pozostali stanowili jedynie zwykłe przeszkody na ich drodze. W ciasnym kłębowisku rąk, był w stanie tylko odbijać skierowane ku niemu ostrza, a jego dzikie zamachy w takim samym stopniu stanowiły zagrożenie dla Lana, Loiala i Zarine, jak dla sześciu atakujących. Kątem oka zobaczył stojącą z boku Moiraine, na jej twarzy malował się zawód — kłąb walczących był tak ściśle spleciony ze sobą, że nie mogła nic zrobić, aby nie zagrozić wrogom i jednocześnie przyjaciołom. Żaden z nożowników nie poświęcał jej nawet odrobiny uwagi, nie znajdowała się pomiędzy nimi a Perrinem.