Выбрать главу

Perrin przez chwilę rozważał pomysł, by udać się na górę po swój topór, ale Strażnik już zmierzał do drzwi, a wszak nie miał przy boku miecza.

„I tak nie jest mu bardzo potrzebny — pomyślał zrzędliwie. — Jest równie niebezpieczny z bronią, jak i bez.”

Poszedł za nim, postanawiając zabrać ze sobą pałkę. Z ulgą stwierdził, iż Zarine wciąż trzyma w ręku nóż.

Nad ich głowami sunęły ciężkie, czarne chmury. Na ulicy panował mrok, jakby był to późny wieczór, ludzi również prawie nie było, każdy śpieszył, by schować się przed nadchodzącą ulewą. Perrin dostrzegł w dali człowieka, biegnącego po moście, poza nim ulice były puste. Zrywał się wiatr, wlokąc jakąś szmatę po nierównych kamieniach bruku, kolejny łachman zaczepił się o skraj jednego z balasków do przywiązywania koni i teraz łopotał, trzaskając o drewno. Po niebie przetoczył się warkot grzmotu.

Perrin zmarszczył nos. Wiatr niósł woń fajerwerków.

„Nie, to nie są fajerwerki.”

To był zapach jakby palonej siarki.

Zarine ostrzem swego noża uderzyła w nogę krzesła, którą ściskał w garści.

— Naprawdę jesteś silny, wielki człowieku. Rozdarłeś to krzesło, jakby zrobiono je z patyczków.

Perrin kaszlnął. Zrozumiał, że mimowolnie wyprężył się, słysząc tę uwagę, więc z rozmysłem przygarbił się ponownie.

„Głupia dziewczyna! — Zarine zaśmiała się cicho, więc teraz już nie wiedział, jak ma się zachować. — Głupiec! — Tym razem ten epitet odnosił się do niego. — Przecież masz szukać. Czego?”

Nie widział nic prócz ulicy, nie czuł niczego z wyjątkiem woni, przypominającej do złudzenia zapach palonej siarki. Oraz, oczywiście, Zarine.

Loial również wyglądał, jakby się zastanawiał czego właściwie ma wypatrywać. Podrapał się za pędzelkiem ucha, spojrzał w jedną stronę opustoszałej ulicy, potem w drugą i ponownie podrapał się za drugim uchem. Następnie zagapił się na dach gospody.

Z zaułka obok gospody wyszedł Lan i ruszył prosto na ulicę, uważnie przyglądając się cieniom, zalegającym wzdłuż ścian budynków.

— Być może coś uszło jego uwagi — wymruczał Perrin i choć trudno mu było w to uwierzyć, skierował się w zaułek.

„Oczekuje się ode mnie, bym szukał, więc będę to robił. Być może, on naprawdę coś przeoczył.”

Lan zatrzymał się po przejściu krótkiego odcinka ulicy i wpatrzył w kamienie bruku u swoich stóp. Szybkim krokiem ruszył z powrotem w kierunku gospody, ale wzrok wciąż wbijał w ziemię, jakby coś śledził. Cokolwiek to było, doprowadziło go prosto do jednego z palików, przy których wiązano konie, tuż przy samych drzwiach gospody. Tam stanął, wpatrując się w szczyt bloku z szarego kamienia.

Perrin postanowił zrezygnować z zamiaru spenetrowania zaułka — choćby z tego powodu, że pachniał równie paskudnie jak kanały w tej części Illian — i zamiast tego podszedł do Lana. Zobaczył, w co tak się wpatruje Strażnik. Na szczycie kamiennego bloku, do którego wiązano konie, widniały dwa ślady, jakby jakiś wielki pies zostawił tutaj odciski swych przednich łap. Zapach, przypominający paloną siarkę, był w tym miejscu silniejszy.

„Psy nie zostawiają odcisków łap na kamieniach. Światłości, tak się nie dzieje!”

Potrafił już teraz dostrzec ślad, za którym podążał Lan. Pies truchtem przebiegł po ulicy do miejsca, gdzie znaleźli jego ślady w kamieniu, a potem zawrócił tą samą drogą. Jego łapy odciskały trop w kamieniach, jakby to było świeżo zaorane pole.

„To jest niemożliwe!”

— Psy Czarnego — powiedział Lan, a Zarine ze świstem wciągnęła powietrze. Loial jęknął cicho. Cicho, jak na Ogira. — Psy Czarnego nie zostawiają śladów w glinie, kowalu, ani nawet w błocie, ale kamień to zupełnie inna rzecz. Żadnego Psa Czarnego nie widziano na południe od Gór Przeznaczenia od czasu wojen z trollokami. Można by powiedzieć, że ten coś tropił. A teraz, kiedy już to znalazł, wrócił by opowiedzieć o tym swemu panu.

„Mnie? — pomyślał Perrin. — Szarzy Ludzie i Psy Czarnego polują na mnie? To szaleństwo!”

— Chcesz mi wmówić, że Nieda ma rację? — dopytywała się Zarine drżącym głosem. — Stary Okrutnik naprawdę wiedzie Dziki Gon? Światłości! Zawsze myślałam, że to jest tylko opowieść.

— Nie zachowuj się jak kompletny głupiec, dziewczyno — ochrypłym głosem odrzekł Lan. — Gdyby Czarny był wolny, nasz obecny los gorszy byłby od Śmierci. — Spojrzał w dal ulicy, dokąd biegł trop. — Ale Psy Czarnego są wystarczająco realne. Prawie równie groźne jak Myrddraale, a znacznie trudniejsze do zabicia.

— A teraz przyzywasz Sobowtóry. Szarzy Ludzie. Sobowtóry. Psy Czarnego. Lepiej zaprowadź mnie do Rogu Valere, wiejski chłopcze. Jakie jeszcze inne niespodzianki chowasz dla mnie w zanadrzu?

—Żadnych pytań — uciął Lan. — Wciąż wiesz tak niewiele, że Moiraine zwolni cię z twej przysięgi, jeżeli obiecasz nie jechać za nami. Ja sam przyjmę od ciebie nową przysięgę i możesz pójść swoją drogą. Z twojej strony, mądrze byłoby ją złożyć.

— Nie odstraszysz mnie, kamienna twarzy — oznajmiła Zarine. — Mnie nie jest łatwo przerazić.

Ale wyglądała na przerażoną. I pachniała strachem.

— Ja mam pytanie — powiedział Perrin — i chcę uzyskać na nie odpowiedź. Nie wyczułeś Psów Czarnego, Lan, i Moiraine również nie. Dlaczego?

Strażnik milczał przez chwilę.

— Odpowiedź na twoje pytanie, kowalu — powiedział wreszcie ponurym głosem — może okazać się o wiele gorsza niźli, ty, ja, my obaj moglibyśmy znieść. Mam nadzieję, że ta odpowiedź nie zabije nas wszystkich. Wy troje, idźcie przespać się, o ile wam się uda. Wątpię, żebyśmy mieli do świtu zostać w Illian, a czeka nas wyczerpująca jazda.

— Co masz zamiar zrobić? — zapytał Perrin.

— Idę za Moiraine. Powiedzieć jej o Psie Czarnego. Nie będzie się przecież złościć na mnie, nie w takiej sytuacji, w której tamten może czaić się na nią wszędzie, a ona zorientuje się dopiero wówczas, gdy poczuje jego zęby na gardle.

Kiedy wchodzili do środka, na bruku rozpryskiwały się pierwsze, ciężkie krople deszczu. Bili usunął ciało ostatniego Szarego Człowieka i teraz zamiatał trociny w miejscu, gdzie przedtem leżały. Ciemnooka dziewczyna śpiewała smutną piosenkę o chłopcu, rozstającym się z ukochaną. Pani Luhhan na pewno bardzo by się podobała.

Lan wbiegł do środka przed nimi, przebiegł przez wspólną salę i pośpieszył po schodach na górę, a zanim Perrin dotarł na drugie piętro, Strażnik już pędził na dół, dopinając w biegu swój pas z mieczem; zmieniający kolory płaszcz przerzucił przez ramię, jakby nie dbał już, że ktoś może go zobaczyć.

— Jeżeli ma zamiar nosić go po mieście. . . — Kudłata czupryna Loiala nieomal zamiotła sufit, gdy potrząsnął głową. — Nie wiem, czy uda mi się zasnąć, ale spróbuję. Sny okażą się zapewne bardziej przyjemne niż jawa.

„Niekoniecznie, Loial” — pomyślał Perrin, gdy Ogir poszedł korytarzem do swego pokoju.

Zarine wyglądała, jakby chciała zostać z nim, ale kazał jej iść do swojego pokoju i zdecydowanie zatrzasnął drzwi przed nosem. Kiedy ściągał bieliznę, z wahaniem spojrzał na własne łóżko.

— Muszę się przekonać — westchnął i wślizgnął się do łóżka.

Krople deszczu bębniły za oknami, po niebie potoczył się łoskot grzmotu. Bryza owiewająca jego łóżko niosła ze sobą chłód deszczu, ale nie przypuszczał, by był mu potrzebny któryś z koców złożonych w nogach materaca. Ostatnia myśl jaka przemknęła mu przez głowę, dotyczyła świecy, którą znowu zapomniał zapalić, choć w pokoju było już ciemno.

„Beztroska. Niedbałość. Nie wolno mi być niedbałym. Niedbałość niszczy każdą pracę.”

Bębny łomotały w jego głowie. Ścigały go Psy Czarnego, nie dostrzegł żadnego, ale słyszał ich wycie. Pomory i Szarzy Ludzie. Wysoki, szczupły człowiek w bogato haftowanym kaftanie i butach ze złotymi frędzlami pojawiał się raz za razem. Zazwyczaj trzymał w dłoni coś, co przypominało miecz, lśniący niczym słońce i śmiał się zwycięsko. Czasami siedział na tronie, a królowie i królowe czołgali się przed nim. To przepełniało go dziwnym uczuciem, jakby wszystkie te widziadła były czymś zupełnie innym, niźli tylko treścią jego snu.