— Min, może jednak odjedziesz. Zaraz z samego ranka. Mam trochę srebra, które mogę ci dać, pewien jestem też, że Moiraine da ci wystarczająco dużo, byś opłaciła przejazd z karawaną kupiecką poza granice Ghealdan. Zanim się spostrzeżesz, będziesz już z powrotem w Baerlon.
Patrzyła na niego w taki sposób, że zaczął się zastanawiać, czy nie powiedział czegoś niewłaściwego. Na koniec otworzyła usta:
— To bardzo miłe z twojej strony, Perrin. Ale nie.
— Sądziłem, że pragniesz odjechać. Nieustannie narzekasz na konieczność siedzenia tutaj.
— Znałam kiedyś pewną starą kobietę z Illian — zaczęła powoli. — Kiedy była młoda, matka zaaranżowała jej małżeństwo z człowiekiem, którego nigdy nie widziała na oczy. W Illian czasami robią takie rzeczy. Opowiadała mi, że spędziła pierwszych pięć lat, robiąc mu nieustanne awantury, a następne pięć starając się ze wszystkich sił uprzykrzyć mu życie, i to w taki sposób, aby nie wiedział, kogo o to obwiniać. Kilka lat później, jak opowiadała, zmarł i wtedy zrozumiała, że przez całe życie jego właśnie kochała.
— Nie rozumiem, co to ma wspólnego z naszą sytuacją.
W jej spojrzeniu mógł odczytać brak wiary w to, że on w ogóle próbuje zrozumieć. Jej głos przesyciła wystudiowana cierpliwość, z jaką zazwyczaj nauczyciele zwracają się do szczególnie tępych uczniów.
— Tylko dlatego, że przeznaczenie wybierze coś dla ciebie, zamiast pozwolić ci na swobodny wybór, nie znaczy to jeszcze, że musi to być złe. Nawet gdyby było to coś, o czym wiesz na pewno, iż nigdy byś tego nie wybrał, choćby minęło sto lat. „Lepsze dziesięć dni miłości niż lata żalu” — zacytowała.
— Teraz rozumiem jeszcze mniej — powiedział. Nie musisz zostawać, jeżeli tego nie chcesz.
Powiesiła łyżkę na wysokim, rozdwojonym patyku wbitym w ziemię, a potem zupełnie go zaskoczyła, gdy wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.
— Jesteś wspaniałym człowiekiem, Perrinie Aybara. Nawet jeśli niczego nie rozumiesz.
Perrin niepewnie zamrugał oczyma. Żałował, że nie może być pewien, czy Rand jest w pełni władz umysłowych, albo że nie ma tu Mata. Nigdy zbyt dobrze nie wiedział, jak postępować z dziewczętami, natomiast Rand zdawał się radzić sobie zupełnie nieźle. Podobnie Mat; większość dziewcząt w domu, w Polu Emonda skarżyła się, że Mat chyba nigdy nie dorośnie, ale on jakoś umiał z nimi postępować.
— Co z tobą, Perrin? Czy kiedykolwiek chciałeś wracać do domu?
— Cały czas mam na to ochotę — oznajmił żywo. Ale ja... nie sądzę, żebym mógł. Jeszcze nie.
Spojrzał za siebie, w kierunku doliny Randa.
„Wydaje się, że jesteśmy związani ze sobą, nieprawdaż Rand?”
— Być może już nigdy.
Pomyślał, że może powiedział to zbyt cicho, by usłyszała, ale spojrzenie, jakim go obrzuciła, było pełne współczucia. I zrozumienia.
Do jego uszu doleciał odgłos czyichś kroków, odwrócił się więc i spojrzał w kierunku szałasu Moiraine. Pośród ciemniejącego z każdą chwilą zmierzchu, w ich kierunku zmierzały dwie postacie, uważnie wybierając drogę. Jedną była kobieta, szczupła, o ruchach pełnych gracji, nawet na nierównym, pochylonym gruncie. Mężczyzna zaś, o głowę wyższy od swej towarzyszki, skierował się w kierunku, gdzie pracowali Shienaranie. Nawet oczy Perrina nie potrafiły wychwycić szczegółów, niekiedy tamten zdawał się znikać, potem pojawiał się w pół kroku, sylwetka częściowo gubiła się w mroku, a potem pojawiała na powrót w rytm podmuchów wiatru. Tylko zmiennokolorowy płaszcz strażnika zdolny był do takich sztuczek, co oznaczało, że wyższa postać należy do Lana, a wobec tego niższą była z pewnością Moiraine.
Dosyć daleko za nimi, kolejna sylwetka, jeszcze trudniejsza do rozpoznania, prześlizgiwała się pomiędzy drzewami.
„Rand — pomyślał Perrin — wraca do swego szałasu. Kolejny wieczór, kiedy niczego nie zje, bowiem nie może wytrzymać sytuacji, w której wszystkie spojrzenia skierowane są na niego”.
— Musisz mieć oczy z tyłu głowy — powiedziała Min, marszcząc brwi i spoglądając w kierunku nadchodzącej Moiraine. — Albo najostrzejszy słuch, z jakim zetknęłam się w życiu. Czy to Moiraine?
„Beztroska”.
Tak przywykł do Shienaran, którzy wiedzieli, jak bystre ma spojrzenie — przynajmniej w dziennym świetle, nie zdawali sobie sprawy, jak dobrze widzi w nocy — że zaczynał nie dbać o samokontrolę.
„Beztroska może mnie zabić”.
— Czy z kobietą Tuath’anów wszystko w porządku? zapytała Min, kiedy Moiraine podeszła do ogniska.
— Odpoczywa. — Niski głos Aes Sedai miał swe własne muzyczne brzmienie, jak gdyby mowa stanowiła w połowie śpiew, zaś jej włosy i ubranie były na powrót w doskonałym porządku. Na palcu lewej dłoni nosiła pierścień wyobrażający węża pożerającego własny ogon. Wielki Wąż — symbol wieczności, starszy nawet jeszcze niż Koło Czasu. Każda kobieta, która ukończyła nauki w Tar Valon nosiła taki pierścień.
Przez chwilę spojrzenie Moiraine spoczęło na Perrinie, zdając się wpijać nazbyt głęboko w jego duszę.
— Upadła i rozcięła sobie skórę na głowie, kiedy Rand... — Zacisnęła usta, lecz już w następnej chwili jej twarz była ponownie spokojna. — Uzdrowiłam ją i teraz śpi. Nawet najmniejsza rana głowy daje zawsze dużo krwi, ale w jej przypadku to nic poważnego. Czy coś widziałaś na jej temat, Min?
Min wyglądała na zmieszaną.
— Widziałam... Sądzę, że widziałam jej śmierć. Twarz zalaną krwią. Pewna byłam, że wiem, co to oznacza, ale jeśli rozbiła sobie głowę... Nie masz wątpliwości, że nic jej nie jest?
To pytanie świadczyło o jej niepokoju. Aes Sedai nie uzdrawiały tak, by zostawić coś, co jeszcze domagałoby się uzdrowienia. A talenty Moiraine były szczególnie silne w tej właśnie dziedzinie.
W głosie Min brzmiało takie zakłopotanie, że Perrin przez moment odczuwał prawdziwe zaskoczenie. Potem zrozumiawszy, pokiwał głową do swych myśli. Tak naprawdę nie lubiła przecież tego, co robiła, mimo że stanowiło to część niej samej; sądziła, że wie, jak działa jej dar, przynajmniej częściowo. Jeżeli mogła się mylić, byłoby to jak odkrycie, że nie wie, w jaki sposób posłużyć się własnymi dłońmi.
Moiraine rozważała coś przez chwilę, pogodna i spokojna.
— Nigdy dotąd się nie omyliłaś, odczytując coś dla mnie, w żadnej ze spraw, o których mogę się przekonać, jak wyglądają naprawdę. Być może jest to właśnie pierwszy raz.
— Kiedy wiem, jestem pewna — wyszeptała z uporem Min. — Światłości pomóż mi, wiem.
— Może to ma się dopiero zdarzyć. Przed nią długa droga, musi powrócić do swoich wozów, czeka ją przeprawa przez bezludny zupełnie kraj.
Głos Aes Sedai był jak chłodna pieśń, zupełnie beztroski. W gardle Perrina coś się mimowolnie odezwało.
„Światłości, czy mój głos również brzmi w ten sposób? Nie pozwolę, by śmierć mogła znaczyć dla mnie tak niewiele”.
Moiraine spojrzała na niego, jakby na głos wypowiedział swoje myśli.
— Koło splata tak, jak chce, Perrin. Dawno temu powiedziałam ci, że toczymy wojnę. Nie możemy przestać dlatego tylko, że niektórzy z nas mogą zginąć. Wielu z nas może zginąć, zanim wszystko dobiegnie końca. Broń Leyi może nie być tego samego rodzaju jak twoja, ale ona wiedziała o tym wszystkim, co przed chwilą powiedziałam, kiedy zgłosiła swój akces do sprawy.
Perrin spuścił oczy.
„Może tak i jest, Aes Sedai, ale ja nigdy nie zaakceptuję tego w taki sposób jak ty”.
Po drugiej stronie ogniska pojawił się Lan, obok niego stali Loial i Uno. Płomienie rzucały tańczące cienie na twarz strażnika, w ich świetle jeszcze bardziej niż zazwyczaj, przypominała rzeźbę w kamieniu, cała z twardych płaszczyzn i kątów. Jego płaszcz natomiast nie wydawał się wcale łatwiejszy do wyłowienia wzrokiem w świetle ogniska niźli w cieniu: Czasami wyglądał tylko jak zwyczajny ciemny płaszcz, ciemny lub czarny wręcz, ale szarości i czernie zdawały się topić i zmieniać, gdy spojrzało się z bliska; cienie i odcienie prześlizgiwały się po nim, wsiąkały weń. Innymi razy, wyglądało to, jakby Lan w jakiś sposób wyszarpnął kawałek nocy i owinął sobie ciemność wokół ramion. Nie była to rzecz, na którą łatwo było patrzeć i niczego nie zmieniał tu fakt, kto ją nosił.