— Może to się na coś przyda.
— Spróbuj, jeśli chcesz, kowalu — powiedział Lan. One nie umierają łatwo. Być może uda ci się jednak zabić choć jednego.
Perrin wyciągnął nową cięciwę z sakwy, starając się osłonić ją przed mżącym deszczem. Pokrywająca ją warstwa pszczelego wosku była cienka i nie stanowiła zbyt trwałej ochrony przed wilgocią. Ustawił drzewce łuku ukośnie między nogami, napiął bez trudu i zaczepił pętle na cięciwie o wygięte zaczepy na końcach drzewca. Kiedy wyprostował się, zobaczył Psy Czarnego.
Biegły galopując jak konie, a kiedy spojrzał na nie, jeszcze przyśpieszyły. Stanowiły tylko dziesięć wielkich sylwetek, pomykających wśród nocy, prześlizgujących się między rozproszonymi drzewami. Wyciągnął z kołczana strzałę o szerokim grocie, nałożył na cięciwę, jednak nie napiął łuku. Jego umiejętności nie dorównywały najlepszym łucznikom w Polu Emonda, ale wśród młodzieży tylko Rand strzelał celniej.
Kiedy zbliżą się na trzysta kroków, będzie strzelał.
„Głupcze! Z takiej odległości masz kłopoty z trafieniem do nieruchomego celu. Ale jeżeli będę czekał. . . poruszają się tak szybko. . .”
Podszedł bliżej, stanął obok Moiraine, uniósł łuk. . .
„Muszę po prostu wyobrazić sobie, że te wielkie cienie to są tylko duże psy.”
. . . przyciągnął bełt z lotek gęsi do ucha i zwolnił cięciwę. Pewien był, że drzewce przeszyło najbliższy cień, ale jedynym efektem okazało się gniewne warknięcie.
„To się nie uda. Poruszają się zbyt szybko!”
Wyciągał już kolejną strzałę.
„Dlaczego nic nie robisz, Moiraine?”
Już widział oczy bestii, lśniące niczym srebro, zęby błyszczące jak polerowana stal. Czarne barwą samej nocy, wielkością dorównujące kucom, mknęły teraz prosto, skupione na bliskich ofiarach. Wiatr przyniósł odór przypominający paloną siarkę, konie zarżały przerażone, nawet bojowy rumak Lana.
„Żebyś sczezła, Aes Sedai, zrób coś!”
Strzelił powtórnie, najbliższy Pies Czarnego potknął się i pobiegł dalej.
„Potrafią umierać!”
Strzelił ponownie, a prowadzący Pies Czarnego zatoczył się i zachwiał na nogach, potem upadł, ale nawet wówczas Perrina nawiedziła chwila rozpaczy. Jeden padł, ale pozostała dziewiątka pokonała już dwie trzecie dzielącej ich odległości, zdawały się biec jeszcze szybciej, niczym cienie, płynące nad powierzchnią ziemi.
„Jeszcze jedna strzała. Czasu starczy jeszcze może na jedną, a potem już tylko topór. Żebyś sczezła, Aes Sedai!”
Naciągnął ponownie.
— Teraz — powiedziała Moiraine, kiedy jego strzała wyleciała z cięciwy. Pusta przestrzeń między jej rozłożonymi dłońmi wypełniła się ogniem, który trysnął w kierunku Psów Czarnego, rozrywając pierzchającą noc. Konie zakwiczały i szarpnęły się w wędzidłach.
Perrin gwałtownie zakrył ramieniem oczy, osłaniając je przed rozgrzanym do białości blaskiem, przed podmuchem gorąca tak silnym, jakby ktoś otworzył nagle drzwi kuźni; jaskrawe słońce rozbłysło nagle pośród nocy i zgasło. Kiedy odkrył oczy, zatańczyły w nich różnobarwne plamy, wśród nich lśnił słaby, zanikający strumień ognia. Tam, gdzie znajdowały się przedtem Psy Czarnego, nie było nic prócz otulonej nocą ziemi i mżącego deszczu, świat zamarł w bezruchu, tylko cienie przecinających tarczę księżyca chmur mknęły po ziemi.
„Sądziłem, że potraktuje je ognistą kulą, albo przywoła błyskawicę, ale to. . .”
— Co to było? — zapytał ochrypłym głosem.
Moiraine spoglądała znów w stronę, gdzie znajdowało się Illian, jakby mogła przebić wzrokiem wszystkie te mile ciemności.
— Może nie widział — powiedziała na poły do siebie. — Znajdujemy się już daleko i jeżeli nie patrzył, mógł niczego nie spostrzec.
— Kto? — domagała się odpowiedzi Zarine. — Sammael? — Jej głos zadrżał lekko. — Powiedziałaś, że on jest w Illian. W jaki sposób mógłby zobaczyć coś, co dzieje się tutaj? Co zrobiłaś?
— Coś niedozwolonego — odrzekła chłodno Moiraine. — Zakazanego przez Śluby równie silne jak Trzy Przysięgi.
Odebrała wodze Aldieb z rąk dziewczyny i uspokajająco poklepała klacz po karku.
— Coś, czego nie używano od blisko dwóch tysięcy lat. Coś, za co ujarzmiono by mnie, gdyby wyszło na jaw, że w ogóle wiem o jego istnieniu.
— Może. . . ? — Głos Loiala brzmiał jak echo odległego grzmotu. — Może powinniśmy już jechać? Jeżeli okaże się, że jest ich tu więcej. . .
— Nie sądzę — odpowiedziała Aes Sedai, dosiadając swego wierzchowca — Nie spuściłby naraz dwóch sfor, nawet gdyby je posiadał; rzuciłyby się na siebie, miast ścigać ofiarę. Uważam też, że nie byliśmy jego głównym celem, w przeciwnym razie pojawiłby się we własnej osobie. Okazaliśmy się. . . drobnym kłopotem, jak mniemam. — Ton jej głosu był spokojny, ale jasne było, że nie lubi, gdy się ją lekceważy. — I być może drobnym szczegółem, który można wykorzystać do jakichś rozgrywek, gdyby okazało się, iż nie sprawimy nadmiernego kłopotu. Jednak niewiele dobrego nam przyjdzie z trzymania się blisko niego, jeśli nie jest to konieczne.
— Rand? — zapytał Perrin. Niemal czuł, jak Zarine pochyla się do przodu, by lepiej słyszeć. — Jeżeli nie na nas poluje, wobec tego musi mu chodzić o Randa?
— Może — odpowiedziała Moiraine. — A może o Mata. Pamiętaj, że on również jest ta’veren, a nadto zadął w Róg Valere.
Zarine jęknęła zduszonym głosem, który brzmiał, jakby ktoś ściskał ją za gardło.
— Zadął w Róg? Ktoś go już znalazł?
Aes Sedai nie zwróciła na nią uwagi, pochyliła się w siodle, by spojrzeć Perrinowi z bliska w oczy; ciemne lśnienie napotkało płonące złoto.
— Kolejny raz nie potrafię dotrzymać kroku wydarzeniom. Nie podoba mi się to. Ciebie także powinno to zaniepokoić. Jeżeli prąd zdarzeń prześcignie mnie, możesz również w nim zatonąć, a wraz z tobą reszta świata.
— Pozostało nam jeszcze wiele lig do Łzy — wtrącił się Lan. — Propozycja Ogira jest słuszna.
Już siedział w siodle.
Po chwili Moiraine wyprostowała się w swoim i delikatnie trąciła piętami boki klaczy. Zdążyła już zjechać połowę drogi po stoku pagórka, zanim Perrin zdjął cięciwę z łuku i odebrał wodze Steppera z rąk Loiala.
„Żebyś sczezła, Moiraine! Gdzieś znajdę odpowiedź na te pytania.”
Wsparty o leżący drewniany bal, Mat rozkoszował się ciepłem ogniska — deszcze odeszły na południe trzy dni wcześniej, ale wciąż czuł się przemoczony — jednak w tej chwili ledwie zdawał sobie sprawę z tańczących płomieni. Przyglądał się z namysłem małemu, pokrytemu woskiem cylindrowi, który trzymał w dłoniach. Thom pochłonięty był strojeniem swej harfy, mrucząc coś do siebie o deszczu i wilgoci, ani razu nawet nie spojrzał w stronę Mata. Wokół nich Świerszcze cykały w ciemnym, gęstym zagajniku. Zachód słońca przyłapał ich w drodze, między kolejnymi wioskami, dlatego postanowili spędzić noc w tej kępie drzew, z dala od drogi. Dwukrotnie po nocy próbowali wynająć pokój, i dwukrotnie farmerzy spuszczali na nich swoje psy.
Mat wyciągnął z pochwy nóż i zawahał się na moment.
„Szczęście. Powiedziała, że przytrafia się tylko czasami. Szczęście.”
Najostrożniej jak tylko potrafił, przesunął ostrzem wzdłuż tuby. Tuba była naprawdę papierowa, zgodnie z tym co podejrzewał — dawno temu, w domu znajdował na ziemi strzępy papieru po wypalonych fajerwerkach — składały się na nią kolejne warstwy papieru, ale wewnątrz wypełnione czymś, co wyglądało jak ziemia, albo raczej maleńkie szaroczarne kamyczki lub kurz. Palcem rozprowadził je po wewnętrznej powierzchni dłoni.