„Szczęście — powiedział do siebie. — Jak zawsze, szczęście.”
— Kusznik był dobrym pływakiem, Thom — oznajmił, wspinając się na siodło.
— Co za głupstwa teraz znowu wygadujesz? — Bard również zdążył już dosiąść konia i znacznie bardziej zajmowało go bezpieczne zamocowanie instrumentów przy siodle, niźli losy zabitych. — Skąd możesz wiedzieć, czy w ogóle umiał pływać?
— W samym środku nocy dotarł do brzegu Erinin, skacząc z małej łódki. Myślę, że w ten sposób wykorzystał całe przysługujące mu szczęście.
Ponownie sprawdził zamocowanie rulonu z fajerwerkami.
„Jeśli ten głupiec mógł wziąć jeden z nich za Aes Sedai, zastanawiam się, co by sobie pomyślał, gdybym odpalił wszystkie.”
— Jesteś pewien, chłopcze? Szanse, że był to ten sam człowiek. . . Cóż, nawet ty nie przyjąłbyś takiego zakładu.
— Jestem pewien, Thom.
„Elayne, skręcę ci kark, kiedy wpadniesz w moje ręce. A wam, Nynaeve i Egwene, również.”
— I pewien jestem, że zamierzam oddać ten przeklęty list w godzinę po tym, jak znajdziemy się za murami Caemlyn.
— Powiedziałem ci, że w tym liście nic nie ma, chłopcze. Grałem w Daes Dae’mar, kiedy byłem jeszcze młodszy od ciebie i potrafię rozpoznać kod lub szyfr, nawet wówczas, gdy nie umiem go złamać.
— Cóż, nigdy nie grałem w twoją Wielką Grę, Thom, w twoją przeklętą Grę Domów, ale wiem, kiedy mnie ktoś ściga, a nie ścigano by mnie tak daleko i tak nieustępliwie wyłącznie dla pieniędzy jakie mam w kieszeni, nie ścigano by mnie w ten sposób dla czegoś mniej cennego, niźli szkatuła pełna złota.
„Niech sczeznę, piękne dziewczyny oznaczają dla mnie zawsze kłopoty.”
— Czy po tym wszystkim czujesz się jeszcze śpiący?
— Spałbym jak nowo narodzone niemowlę, chłopcze. Ale skoro chcesz jechać, jadę.
Twarz pięknej kobiety nie opuszczała myśli Mata, z jej gardła sterczał sztylet.
„Nie miałaś szczęścia, piękna pani.”
— A więc jedźmy! — krzyknął dziko.
45
Caemlyn
Mat zachował niejasne tylko wspomnienia ze swej pierwszej wizyty w Caemlyn, ale kiedy dwie godziny po wschodzie słońca przybyli do miasta, zdało mu się, że nie był tutaj nigdy przedtem. Od pierwszego brzasku nie byli na drodze sami, otaczali ich teraz inni jeźdźcy, karawany kupieckich wozów i piesi, wszyscy kierowali się w stronę metropolii.
Miasto, pobudowane na wysokich wzgórzach, było z pewnością tak wielkie jak Tar Valon, a za potężnymi murami — wysokimi na pięćdziesiąt stóp, zbudowanymi z bladoszarego kamienia, pokrytego paskami bieli i srebra, które skrzyły się w słońcu, podzielonymi wysokimi, okrągłymi wieżami, a na każdej z nich powiewał Sztandar Lwa Andoru, białego na czerwonym tle — poza tymi murami, zdawało się, jakby rozłożyło się kolejne wielkie miasto i owinęło dookoła tamtego, całe pobudowane z czerwonej cegły, starego kamienia i na biało gipsowanych Ścian. Znajdowały się tam gospody wciśnięte między trzy-, czteropiętrowe domy tak znakomite, iż musiały należeć do bardzo bogatych kupców, stragany z towarami wystawionymi na stołach pod markizami, skupione pod ścianami szerokich, pozbawionych okien magazynów. Otwarte targi, kryte czerwoną i szkarłatną dachówką z obu stron ograniczały drogę, mężczyźni i kobiety już od samego brzasku wykrzykiwali swe ceny, targując się co sił w płucach, podczas gdy stłoczone w zagrodach cielęta, kozy, owce i świnie, zamknięte w klatkach gęsi, kurczęta i kaczki podnosiły jeszcze większy ogłuszający zgiełk. Zdawało mu się, że pamięta Caemlyn jako zbyt głośne miasto, ale teraz jego głos brzmiał niczym rytmiczny łomot serca olbrzyma, serca pompującego bogactwo.
Droga doprowadziła ich do sklepionej łukiem bramy, wysokiej na dwadzieścia stóp, teraz otwartej na oścież, choć strzeżonej czujnym okiem Gwardzistów Królowej w czerwonych kaftanach i lśniących napierśnikach. Jemu i Thomowi poświęcili tyleż uwagi co pozostałym, nawet pałka, którą przełożył przez siodło przed sobą nie skupiła na sobie ich wzroku; wyglądało, jakby dbali jedynie o to, aby ludzie nie zatrzymywali się w bramie — i już byli w środku. Wysmukłe wieże miasta wznosiły się wyżej nawet niż te, które wbudowano w jego mury obronne, lśniące kopuły błyszczały bielą i złotem ponad zatłoczonymi ulicami. Właściwie już w samej bramie droga dzieliła się na dwie równoległe ulice, pomiędzy nimi biegł szeroki pas trawy i drzew. Wzgórza miasta niczym schody wznosiły się ku najwyższemu szczytowi, który otaczał kolejny mur, lśniący bielą jak Tar Valon, obejmując następne kopuły i wieże. To było Wewnętrzne Miasto, przypomniał sobie Mat, a na tych najwyższych wzgórzach wznosił się Pałac Królewski.
— Nie ma sensu, żebyśmy zwlekali — zwrócił się do Thoma. — Zaniosę list od razu.
Objął spojrzeniem lektyki i powozy, przeciskające się przez tłum, sklepy z wystawionymi towarami.
— Człowiek może w tym mieście zdobyć trochę złota, Thom, jeżeli uda mu się trafić w miejsce, gdzie grają w kości lub karty.
Do kart nie miał tyle szczęścia jak do kości, ale przecież i tak niewielu w nie grało poza szlachtą i bogatymi kupcami.
„Tak, teraz właśnie z nimi powinienem zagrać.”
Thom odwrócił się w jego stronę, ziewnął i poklepał swój płaszcz barda, jakby to był koc.
— Jechaliśmy całą noc, chłopcze. Najpierw poszukajmy czegoś do zjedzenia. W „Błogosławieństwie Królowej” dobrze gotują. — Ziewnął ponownie. — Mają też wygodne łóżka.
— Pamiętam — powiedział z namysłem Mat. Rzeczywiście, trochę pamiętał. Karczmarz był gruby i miał siwe włosy, nazywał się pan Gill. Tam właśnie Moiraine znalazła jego i Randa, kiedy już myśleli, że udało im się przed nią uciec.
„Ale teraz jej tu nie ma. Gra w swoje gry z Randem. Nic mnie z nią już nie łączy. Już nigdy więcej.”
— Znajdę cię tam, Thom. Postanowiłem, że pozbędę się tego listu w ciągu godziny po przyjeździe do miasta imam zamiar dotrzymać słowa. Ty możesz jechać.
Thom pokiwał głową i zawrócił konia, ziewając krzyknął jeszcze do niego przez ramię:
— Nie zgub się, chłopcze. Caemlyn to wielkie miasto.
„I bogate. — Mat wbił obcasy w boki swego wierzchowca i poprowadził go przez zatłoczoną ulicę. — Zgubić się! Potrafię znaleźć swoją przeklętą drogę.”
Było tak, jakby choroba wymazała część jego pamięci. Mógł spojrzeć na gospodę, na jej pierwsze piętro wystające ponad parterem, na godło skrzypiące w podmuchach wiatru i przypomnieć sobie, że już ją wcześniej widział, ale nie rozpoznawał żadnej innej rzeczy, którą można było dostrzec z miejsca, w którym się znajdował. Odcinek ulicy długości stu kroków potrafił rozbłysnąć wspomnieniem, jednak poprzedzające go i następujące po nim partie były równie nieodgadnione jak kości wciąż jeszcze znajdujące się w kubku.
Jednak mimo luk w pamięci, pewien był, że nigdy nie zdarzyło mu się wejść na obszar Wewnętrznego Miasta albo do Pałacu Królewskiego. . .
„Tego bym przecież nie zapomniał!”
. . . ale nie miał najmniejszych kłopotów ze znalezieniem drogi. Ulice Nowego Miasta — zupełnie znienacka przypomniał sobie tę nazwę, oznaczała część Caemlyn, która miała mniej niż dwa tysiące lat — krzyżowały się we wszystkich kierunkach, jednak wszystkie główne bulwary wiodły do Wewnętrznego Miasta. Gwardziści, stojący przy bramach, z całkowitą obojętnością przepuszczali wszystkich do środka.