„Zatańczyłbym z nią dżiga i skradł pocałunek przy świetle księżyca, nie bacząc na jej wiek. — Przywołał się do porządku. — Nie zapominaj, kim ona jest.”
Tallanvor przyklęknął na jedno kolano, zwiniętą w pięść dłoń wsparł na białym kamieniu dziedzińca.
— Moja Pani, przyprowadziłem posłańca, który przywiózł list od lady Elayne.
Mat objął spojrzeniem postawę żołnierza, sam jednak zadowolił się głębokim ukłonem.
— Od Córki-Dziedziczki. . . hm. . . moja Pani.
Kłaniając się, wyciągnął przed siebie dłoń, w której trzymał list, tak, żeby widoczny był złotożółty wosk pieczęci.
„Kiedy tylko go przeczyta i przekona się, że Elayne ma się dobrze, wtedy jej powiem.”
Morgase objęła go spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu.
„Światłości! Pod warunkiem, że jest w dobrym nastroju.”
— Przywiozłeś list od mego niesfornego dziecka? — Jej głos był chłodny, ale można było wyczuć w nim ton namiętności, gotowej w każdej chwili wybuchnąć. — To musi oznaczać przynajmniej tyle, że ona żyje! Gdzie ona jest?
— W Tar Valon, moja Pani — udało mu się wykrztusić.
„Światłości, chciałbym być świadkiem pojedynku na spojrzenia pomiędzy nią a Amyrlin.”
Po namyśle zdecydował jednak, że wcale by tego nie chciał.
— A przynajmniej była tam, gdy wyruszałem w drogę.
Morgase wykonała niecierpliwy gest dłonią, a Tallanvor podniósł się, aby wziąć list z ręki Mata i podać go jej. Przez chwilę marszczyła brwi, przyglądając się pieczęci lilii, potem złamała ją ostrym ruchem dłoni. Czytając, mruczała do siebie cicho i potrząsała głową przy każdym niemal wersie.
— Nie mogła napisać nic więcej, nieprawdaż? — powiedziała cicho do siebie. — Zobaczymy czy postąpi tak, jak obiecuje. . .
Nagle twarz jej pojaśniała.
— Gaebril, została podniesiona do godności Przyjętej. Niecały rok przebywała w Wieży i już ją wyniesiono.
Uśmiech zniknął z jej twarzy tak nagle jak się pojawił, a usta zacisnęły się.
— Kiedy to nikczemne dziecko wpadnie w moje ręce, pożałuje, że nie jest dalej nowicjuszką.
„Światłości — pomyślał Mat — czy nic nie jest w stanie wprawić jej w dobry humor?” .
Postanowił, że powinien wszystko powiedzieć od razu, miał jednak nadzieję, iż wyraz twarzy Morgase nie zdradza zamiaru ścięcia czyjejś głowy.
— Moja Pani, przypadkiem usłyszałem. . .
— Milcz, chłopcze — powiedział spokojnie ciemnowłosy mężczyzna w kapiącym od złota kaftanie. Był przystojny, niemalże w takim samym stopniu jak Galad, wyglądał prawie tak samo młodo, pomijając siwiznę na skroniach, ale zbudowany był znacznie potężniej, wyższy od Randa i równie szeroki w ramionach jak Perrin. — Za chwilę posłuchamy, co masz nam do powiedzenia.
Sięgnął ponad ramieniem Morgase i wyciągnął jej list z ręki. Spojrzała na niego — Mat niemalże poczuł, jak rozpala się w niej gniew — ale mężczyzna o ciemnych włosach położył tylko silną dłoń na jej ramieniu, nie odrywając nawet na chwilę wzroku od pisma i gniew Morgase zgasł.
— Wygląda na to, że znów opuściła Wieżę — oznajmił. — W służbie Tronu Amyrlin. Ta kobieta ponownie przeszła samą siebie, Morgase.
Mat nie miał najmniejszych trudności z utrzymaniem języka na wodzy.
„Szczęście.”
W istocie, przykleił mu się do podniebienia.
„Czasami sam nie wiem czy to dobrze, czy źle.”
Ciemnowłosy mężczyzna był właścicielem tego niskiego głosu, owym „Wielkim Panem”, który domagał się głowy Elayne.
„Nazwała go Gaebril. Jej doradca chce zamordować Elayne? Światłości!”
A Morgase patrzyła do góry, na niego, niczym wierny pies, który czuje na grzbiecie dłoń pana.
Gaebril zwrócił spojrzenie niemalże czarnych oczu na Mata. W jego wzroku błyszczała siła i wiedza.
— Co możesz nam o tym powiedzieć, chłopcze?
— Nic. . . hm. . . mój panie. — Mat odkaszlnął, wzrok tego człowieka trudniej było wytrzymać niż spojrzenie Amyrlin. — Pojechałem do Tar Valon, by odwiedzić siostrę. Jest nowicjuszką. Else Grinwell. Ja jestem Thom Grinwell, mój panie. Lady Elayne dowiedziała się, że wracając mam zamiar zobaczyć Caemlyn. . . sam pochodzę z Comfrey, mój panie, z małej wioski na północ od Baerlon. Zanim nie pojechałem do Tar Valon, nigdy nie widziałem miasta większego niż Baerlon, a ona. . . to znaczy lady Elayne. . . dała mi ten list, żebym go zawiózł.
Zdało mu się, że Morgase obrzuciła go uważnym spojrzeniem, kiedy powiedział, że pochodzi z okolicy położonej na północ od Baerlon, wiedział jednak, iż jest tam naprawdę wioska zwana Comfrey, pamiętał jak ktoś o niej kiedyś wspominał.
Gaebril pokiwał głową, ale nie zaprzestał indagacji.
— Czy wiesz, dokąd Elayne się wybierała, chłopcze? W jakiej sprawie? Mów prawdę, nie masz się czego obawiać. Jeżeli skłamiesz, zostaniesz wydany na męki.
Mat nie musiał się szczególnie wysilać na pełen przestrachu grymas.
— Mój Panie, tylko raz widziałem Córkę-Dziedziczkę. Wtedy, gdy dała mi ten list. . . i złotą markę!. . . i kazała mi zawieźć go do królowej. O treści listu nie wiem nic więcej ponad to, co usłyszałem przed chwilą.
Gaebril zdawał się rozważać wypowiedziane przez Mata słowa, jednakże najlżejszy grymas na jego twarzy nie zdradzał czy wierzy w nie choćby częściowo, czy też wcale.
— Nie, Gaebril! — powiedziała nagle Morgase. — Zbyt wielu posłano już na męki. Mogę zrozumieć konieczność takiego postępowania, kiedy przedstawisz mi dla niej określone racje, w tym przypadku jednak jest to niepotrzebne. Nie wobec chłopca, który przywiózł list, nawet nie znając jego treści.
— Jak moja królowa rozkaże, tak się też i stanie zgodził się ciemnowłosy mężczyzna. Ton głosu był pełen szacunku, równocześnie dotknął jej policzka, co spowodowało, iż zaróżowiło się jej lico i usta, zupełnie jakby oczekiwała na pocałunek.
Oddech Morgase stał się nierówny.
— Powiedz mi, Thomie Grinwell, czy moja córka wyglądała dobrze, kiedy ją widziałeś?
— Tak, moja Pani. Śmiała się, była rozbawiona, czasami nawet zuchwała. . . to znaczy, chciałem powiedzieć. . .
Widząc wyraz jego twarzy, Morgase zaśmiała się lekko.
— Nie bój się, młodzieńcze. Elayne rzeczywiście potrafi być zuchwała, częściej, niż jest to wskazane. Cieszę się, że z nią wszystko dobrze. — Błękitne oczy badały go dogłębnie. — Młody człowiek, który opuścił swoją wioskę, często miewa trudności z powrotem do domu. Sądzę, że będziesz jeszcze dużo podróżował, zanim znów zobaczysz Comfrey. Być może trafisz nawet jeszcze raz do Tar Valon. W takim przypadku, jeżeli spotkasz ponownie moją córkę, powiedz jej, że często żałuje się słów wypowiedzianych w gniewie. Nie odwołam jej z Białej Wieży przed upływem stosownego czasu. Powiedz jej też, iż często myślę o dniach, które sama tam spędziłam, tęsknię za cichymi rozmowami z Sheriam w jej gabinecie. Powtórz jej te słowa, Thomie Grinwell.
Mat niespokojnie wzruszył ramionami.
— Tak, moja Pani. Ale. . . hm. . . Nie zamierzam wracać do Tar Valon. Jeden raz w życiu wystarczy. Mój ojciec potrzebuje mnie na farmie. Beze mnie moja siostra skazana już zawsze będzie na dojenie krów.
Gaebril zaśmiał się dudniącym śmiechem, wydawał się szczerze ubawiony.
— Niepokoisz się więc o mleczne krowy, chłopcze? Być może rzeczywiście powinieneś zobaczyć nieco świata, zanim się odmieni. Masz! — Wyciągnął sakiewkę i rzucił mu; Mat, chwytając ją, poczuł przez zamsz twarde krawędzie monet. — Jeżeli Elayne mogła dać ci złotą markę za wzięcie jej listu, ja dam ci dziesięć za dostarczenie go bezpiecznie do miejsca przeznaczenia. Zobacz trochę Świata, zanim wrócisz do swych krów.