— Bardzo dobrze, kapitanie Canin — powiedziała z całą godnością, na jaką było ją stać.
„Gdybym nosiła mój pierścień, nie odzywałby się do mnie w taki sposób, nawet gdybym wymiotowała prosto na jego buty.”
Zadrżała, kiedy przed oczyma stanął jej ten obraz. Pierścień z Wielkim Wężem i poskręcany pierścień ter’angreala wisiały na skórzanym rzemyku otaczającym szyję. Kamienny pierścień chłodził jej skórę w miejscu, gdzie się z nią stykał — w wystarczającym stopniu, by powstrzymać wilgotne ciepło powietrza — jednak poza tym odkryła, że im bardziej przyzwyczajała się do ter’angreala, tym bardziej chciała go czuć, bezpośrednio, nie przez materię sakwy czy płótno ubioru.
Wciąż nie potrafiła znaleźć korzyści ze swych wypraw do Tel'aran'rhiod. Czasami widziała przebłyski obrazów przedstawiających Randa albo Mata, lub też Perrina, nawet więcej było ich w jej normalnych snach, bez ter’angreala, ale nie spostrzegła niczego, co miałoby jakieś decydujące znaczenie, na przykład Seanchanów, o których nie chciała myśleć. Koszmary o Białych Płaszczach, które wkładają pana Luhhana do wielkiej, zębatej pułapki w charakterze przynęty. Dlaczego na ramieniu Perrina siedział sokół, i dlaczego tak ważny był wybór, między toporem, który nosił obecnie, a kowalskim młotem? Co miało oznaczać, że Mat gra w kości z Czarnym, dlaczego wciąż krzyczał: „Nadchodzę!”, i dlaczego w snach sądziła, że krzyczy to do niej? I jeszcze Rand. Przemykał się przez absolutną ciemność ku Callandorowi, podczas gdy wokół niego spacerowało sześciu mężczyzn i pięć kobiet, niektórzy ścigali go, inni ignorowali, inni jeszcze starali się kierować go ku błyszczącemu, kryształowemu mieczowi, inni wreszcie pragnęli powstrzymać go przed sięgnięciem poń, wszyscy jednak najwyraźniej nie mieli pojęcia, gdzie on się znajduje, lub widzieli go jedynie w przebłyskach. Jeden z mężczyzn, o oczach z płomienia, pragnął śmierci Randa z desperacją, którą mogła wyczuć niemalże namacalnie. Wydawało jej się, że go poznaje. Ba’alzamon. Ale kim byli pozostali? Ponownie Rand w tej suchej, zakurzonej komnacie i te małe istoty gnieżdżące się w jego skórze. Rand stawiający czoło hordzie Seanchanów. Rand występujący przeciwko nie ji jej przyjaciółkom, a jedna z nich okazywała się Seanchanką. Nie mogła się w tym wszystkim połapać. Powinna przestać myśleć o Randzie, o innych i zająć się tym, co czekało na nią w najbliższej przyszłości.
„Co zamierzają Czarne Ajah? Dlaczego nie udało mi się wyśnić niczego na ich temat? Światłości, dlaczego nie potrafię zmusić go do tego, by robił co chcę?”
— Niech konie zostaną przeniesione na brzeg, kapitanie — zwróciła się do Canina. — Ja poinformuję panią Maryim i panią Carylę, że już przybiliśmy.
Nynaeve była Maryim, a Elayne — Carylą.
— Już posłałem człowieka, żeby im powiedział, pani Jodyn. A wasze zwierzęta znajdą się na brzegu, kiedy tylko moi ludzie będą mogli uruchomić reję.
W jego głosie brzmiała nie skrywana radość, że wreszcie może się ich pozbyć. Pomyślała, że mogła mu przecież powiedzieć, by się szczególnie nie spieszył, szybko jednak stłumiła tę ochotę. „Kormoran” przestał zachowywać się jak korek na fali, ona jednak pragnęła suchego lądu pod stopami. Zaraz. Jednak zatrzymała się na chwilę, by poklepać delikatnie Mgłę po pysku i pozwoliła siwej klaczy wtulić nozdrza w jej dłoń — wszystko, aby pokazać Caninowi, że donikąd się nie spieszy.
Nynaeve i Elayne pojawiły się u szczytu drabiny wiodącej do kabin, obładowane torbami i węzełkami, a Elayne podtrzymywała również Nynaeve. Kiedy Nynaeve spostrzegła, że Egwene na nią patrzy, odsunęła się od Córki-Dziedziczki i bez pomocy przeszła resztę drogi do miejsca, gdzie żeglarze położyli wąski trap, łączący pokład statku z nabrzeżem. Dwaj członkowie załogi przeciągali szeroki brezent pod brzuchem Mgły, Egwene zaś pośpieszyła pod pokład po swoje rzeczy. Kiedy wróciła, jej klacz znajdowała się już na lądzie, a deresz Elayne był zawieszony w połowie drogi na brzeg.
Zaraz po tym, jak jej stopy dotknęły kamieni nabrzeża, przepełniła ją przemożna ulga. Tutaj nic nie będzie się kiwać i kołysać. Potem objęła wzrokiem miasto, do którego dotarcie kosztowało je tyle udręki.
Za długim nabrzeżem rozciągały się kamienne ściany magazynów, wokół stały w ogromnej liczbie statki, duże i małe, przycumowane do nabrzeży lub zakotwiczone na rzece. Pośpiesznie odwróciła spojrzenie od tego widoku. Łza została zbudowana na płaskim terenie, poznaczonym ledwie widocznymi wypukłościami. W głębi błotnistej, brudnej ulicy, w prześwicie między dwoma magazynami mogła dostrzec domy, gospody i tawerny zbudowane z drewna i kamienia. Ich dachy, kryte łupkiem lub dachówką, miały dziwnie ostre spady, a niektóre wznosiły się, formując ostre czubki. Za nimi mogła dostrzec wysokie mury z ciemnoszarego kamienia, a jeszcze dalej szczyty wież, z otaczającymi je dookoła balkonami i białe kopuły pałaców. Same zwieńczenia zbudowane były w kwadracie, szczyty wież zaś kończyły się ostrymi wierzchołkami jak niektóre z dachów na zewnątrz murów. Razem wziąwszy, Łza z pewnością była nie mniejsza niźli Caemlyn lub Tar Valon, a jeśli nawet nie tak piękna jak każde z nich, była wszak jednym z wielkich miast. Jednak Egwene z trudem przychodziło oderwać wzrok od Kamienia Łzy.
Słyszała o nim w opowieściach, słyszała, że był największą i najstarszą fortecą w całym świecie, pierwszą, którą zbudowano po Pęknięciu Świata, a jednak nic nie mogło przygotować jej na ten widok. Początkowo uznała, że patrzy na wielkie wzgórze szarego kamienia albo małą, jałową górę, która rozciąga się na przestrzeni setek hajdów, na zachód od samej Erinin, aż w głąb miasta, przecinając po drodze jego mury. Nawet gdy już dostrzegła długi sztandar, powiewający na niedosiężnym szczycie fortecy — trzy białe półksiężyce ukośnie umieszczone na polu w połowie czerwonym, w połowie złotym — nawet, gdy udało się jej rozróżnić w kamiennym tle krużganki i wieże, dalej trudno jej było uwierzyć, że Kamień Łzy został po prostu zbudowany, a nie zwyczajnie wycięty w zboczach góry, która znajdowała się tu wcześniej.
— Pobudowali go, używając Mocy — wymruczała Elayne. Ona również stała wpatrzona w Kamień. — Strumienie Ziemi spleciono, by wydobyć kamienie z gruntu, Powietrze, aby ściągnąć go z każdego krańca świata, a Ziemię i Ogień dla spojenia ich razem, bez jednego złącza, spoiny czy odrobiny zaprawy. Atuan Sedai mówiła, że w dzisiejszych czasach cała moc Wieży nie wystarczyłaby, by tego dokonać. Dziwne, biorąc pod uwagę obecny stosunek Wysokich Lordów do Mocy.
— Sądzę — powiedziała cicho Nynaeve, obserwując dokerów, którzy kręcili się wokół nich — że mając to na uwadze, nie powinnyśmy mówić głośno o pewnych rzeczach.
Elayne najwyraźniej niejednoznacznie zareagowała na te słowa, zdawała się rozdarta między rozdrażnieniem oraz bo przecież zostały wypowiedziane bardzo cicho — zgodą; Córka-Dziedziczka zgadzała się z Nynaeve zbyt chętnie i zbyt często jak na gust Egwene.
„Tylko wówczas, gdy Nynaeve ma rację” — przyznała jednak z niechęcią.
Kobieta, która nosi pierścień albo jest choćby tylko związana z Tar Valon, zostanie z pewnością poddana dokładnej obserwacji. Bosi dokerzy w skórzanych kamizelkach nie zwracali na nie żadnej uwagi; przebiegali obok, bele lub skrzynie nieśli po prostu na plecach, a także często stosowali nosidła. Silny odór ryby wisiał w powietrzu, przy kolejnych trzech dokach cumowały liczne małe łodzie rybackie, przypominające do złudzenia te, które można było oglądać na rysunku w gabinecie Amyrlin. Mężczyźni bez koszul i bose kobiety wynosili z nich kosze pełne ryb, które piętrzyły się teraz w stertach — srebrne, brązowe, zielone oraz ubarwione w taki sposób, iż nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że ryby mogą tak wyglądać: jaskrawoczerwone, ciemnoniebieskie, błyszcząco żółte, niektóre nakrapiane bielą i innymi kolorami.