— Kiedy byłem młody — powiedział Sandar, jego głos brzmiał poważnie — dziewczyna kieszonkowiec wsadziła mi nóż między żebra, ponieważ nie wierzyłem, że śliczna, młoda kobieta może być równie chętna i szybka do dźgnięcia stalą jak mężczyzna. Więcej już nie popełnię tego błędu. Będę zachowywał się tak, jakby te wszystkie kobiety były Aes Sedai, jakby były Czarnymi Ajah.
Egwene niemalże zakrztusiła się, on obdarzył ją ponurym spojrzeniem, zsunął monety do swej własnej sakiewki i wsadził ją za pazuchę.
— Nie miałem zamiaru przestraszyć cię, pani. W Łzie nie ma żadnych Aes Sedai. Może minąć kilka dni, zanim tamte kobiety zbiorą się razem. Trzynaście kobiet razem będzie łatwo odnaleźć, choć trudniej będzie sobie potem z nimi poradzić. Ale, niezależnie od wszystkiego, znajdę je. I nie wypłoszę z miejsca, gdzie będą, zanim was o nim nie poinformuję.
Kiedy nałożył już swój słomkowy kapelusz oraz chodaki i wyszedł przez tylne drzwi, Egwene powiedziała:
— Mam nadzieję, że nie jest zbyt pewny siebie, Ailhuin. Słyszałam co mówił, lecz. . . On zdaje sobie sprawę, że tamte są niebezpieczne, prawda?
— Nigdy nie był głupcem, zdarzało mu się jedynie oszaleć czasem dla pary pięknych oczu albo zgrabnej kostki odrzekła na to siwowłosa kobieta — a to jest wada, którą można wybaczyć każdemu mężczyźnie. Jest najlepszym łowcą złodziei w Łzie. Nie martwcie się. Znajdzie tych waszych Sprzymierzeńców Ciemności.
— Będzie padać jeszcze tej nocy — Nynaeve zadrżała mimo ciepła panującego w pomieszczeniu. — Czuję jak zbiera się na burzę.
Ailhuin pokręciła tylko głową i zakrzątała wokół kolacji, na którą miała być rybna zupa.
Kiedy już zjadły i umyły naczynia, Nynaeve i Ailhuin siadły przy stole, rozmawiając o ziołach i lekach. Elayne pracowała nad małym skrawkiem haftu, którym zaczęła ozdabiać rękaw swego płaszcza — przedstawiał maleńkie błękitne i białe kwiatki — a potem przeczytała kopię Esejów Willima z Manaches, które znalazła na niewielkiej półce z książkami Ailhuin. Egwene też spróbowała czytać, ale żadne eseje, ani Podróże Jaima Długi Krok, ani też humorystyczne opowieści Alerii Elffin nie zdołały przykuć jej uwagi na więcej niż kilka stron. Przez materię sukienki dotknęła kamienia ter’angreala.
„Gdzie one są? Czego chcą w Sercu? Nikt prócz Smoka, nikt prócz Randa, nie może dotknąć Callandora, o co im więc chodzi? O co? O co?”
Gdy wieczór zmienił się w noc, Ailhuin pokazała każdej z nich przydzieloną jej sypialnię na drugim piętrze, ale gdy tylko udała się do własnego pokoju, zebrały się wszystkie razem przy świetle pojedynczej lampy w pomieszczeniu Egwene. Egwene zdążyła się już rozebrać do bielizny, na jej szyi wisiał rzemień z dwoma pierścieniami. Pasiasty kamień zdawał się cięższy od złotego. Tak właśnie postępowały każdej nocy od opuszczenia Tar Valon, wyjąwszy tylko tę jedną noc, którą spędziły z Aielami.
— Obudźcie mnie po godzinie — powiedziała im.
Elayne zmarszczyła brwi.
— Tak krótko tym razem?
— Czy czujesz się niespokojna? — zapytała Nynaeve. — Być może zbyt często go używasz.
— Gdybym tego nie robiła, wciąż byłybyśmy w Tar Valon i skrobałybyśmy garnki, mając nadzieję na znalezienie czarnej siostry, zanim nas znajdzie Szary Człowiek odparła ostro Egwene.
„Światłości, Elayne ma rację. Marudzę jak nadąsane dziecko.”
Wzięła głęboki oddech.
— Chyba naprawdę jestem niespokojna. Może dlatego, że znajdujemy się obecnie tak blisko Serca Kamienia. Tak blisko Callandora. Tak blisko pułapki, na czymkolwiek miałaby ona polegać.
— Bądź ostrożna — powiedziała Elayne, a Nynaeve znacznie ciszej dodała: — Bądź bardzo ostrożna, Egwene. Proszę.
Szarpała swój warkocz nerwowymi, krótkimi ruchami.
Kiedy Egwene położyła się wreszcie na niskim łóżku, a one dwie zasiadły na stołkach po obu jego stronach, przez niebo przetoczył się z łoskotem grzmot. Sen powoli nadszedł.
To znowu były łagodne wzgórza, jak zawsze na początku, kwiaty i motyle pod wiosennym niebem, lekka bryza i śpiew ptaków. Tym razem miała na sobie zielony jedwab, wyhaftowany na piersiach w złote ptaki oraz pantofle z zielonego aksamitu. Ter’angreal najwyraźniej był tak lekki, że uniósł się w górę, mimo iż w dół ściągał go ciężar pierścienia z Wielkim Wężem.
Metodą prób i błędów nauczyła się trochę o regułach rządzących w Tel’aran’rhiod — przecież nawet Świat Snów, Niewidzialny Świat, ma swoje prawa, choć czasami dziwaczne; nie miała wątpliwości, iż nie zna nawet dziesiątej części z nich — oraz poznała jedyny sposób w jaki mogła przenieść się tam, gdzie chciała. Przymknąwszy oczy, opróżniła umysł, jakby przygotowując się na objęcie saidara. Nie było to takie łatwe, gdyż wciąż formowała jej się róża, a nadto nie potrafiła uwolnić się od poczucia obecności Jedynego Źródła, które boleśnie nieomal domagało się, by je pochwyciła. Ona jednak pragnęła, by była tylko pustka, pustka oraz coś jeszcze. Wyobraziła sobie Serce Kamienia takim, jakim widziała je w poprzednich snach, ukształtowane w każdym detalu, doskonałe wewnątrz pustki. Wielkie, wypolerowane kolumny z czerwonego kamienia. Wytarte wiekiem kamienie posadzki. Kopuła, wysoko ponad głową. Powoli obracający się w powietrzu, niedotykalny kryształowy miecz, zwrócony rękojeścią w dół. Kiedy widok był już tak realny, że miała wrażenie, iż mogłaby sięgnąć ręką i dotknąć go, otworzyła oczy i już była tam, w Sercu Kamienia. Albo przynajmniej w Sercu Kamienia takim, jakie istniało w Tel’aran’rhiod.
Stały tam kolumny, był również Callandor. A dookoła rozsiewającego iskry Światła miecza siedziało na skrzyżowanych nogach trzynaście kobiet, wpatrujących się w wirujący Callandor. Były ciemne i bezcielesne jak cienie. Liandrin o włosach koloru miodu odwróciła głowę, spojrzała prosto na Egwene swymi wielkimi, ciemnymi oczyma, a jej usta w kształcie pączka róży uśmiechnęły się.
Wciągając rozpaczliwie oddech, Egwene usiadła na posłaniu tak gwałtownie, że niemalże spadła na podłogę.
— O co chodzi? — dopytywała się Elayne. — Co się stało? Wyglądasz na przerażoną.
— Dopiero przed momentem zmrużyłaś oczy — powiedziała cicho Nynaeve. — Od samego początku naszych prób to jest pierwszy raz, kiedy ocknęłaś się bez naszej pomocy. Coś się stało, prawda?
Ostro szarpnęła warkocz.
— Dobrze się czujesz?
„W jaki sposób udało mi się wydostać? — zastanawiała się Egwene. — Światłości, nawet nie wiem, czego dokonałam!”
Rozumiała, że usiłuje jedynie ułożyć w myślach to, co powinna powiedzieć. Rozwiązała rzemyk opasujący szyję, a potem zawiesiła na dłoni pierścień z Wielkim Wężem oraz większy, poskręcany ter’angreal.
— Czekają na nas — powiedziała na koniec. Nie było potrzeby wyjaśniania, kto czeka. — I sądzę, że wiedzą, iż jesteśmy w Łzie.
Za oknami burza rozszalała się nad miastem.
Wsłuchany w deszcz bijący o deski pokładu nad głową, Mat patrzył na planszę do gry w kamienie, która leżała na stole między nim a Thomem, ale nie potrafił naprawdę skoncentrować się na grze, nawet pomimo, iż stawką w niej była andorańska marka. Grzmot załomotał, a małe okna rozświetlił blask błyskawicy. Cztery lampy oświetlały kabinę kapitańską „Chyżej”.
„Przeklęty statek, może sobie być bardziej śmigły niż ptak, ale to wciąż trwa cholernie długo.”