Выбрать главу

Statek przechylił się odrobinę, potem w drugą stronę, jego ruch uległ nieznacznej zmianie.

„Lepiej, żeby nas nie wpakował na jakąś przeklętą mieliznę! Jeżeli nie postarał się naprawdę wycisnąć wszystkiego z tej mydelniczki, wepchnę mu to złoto do gardła!”

Ziewnął — od czasu opuszczenia Caemlyn nie spał dobrze, nie potrafił odsunąć od siebie zmartwień, by uzyskać spokojny sen — po chwili ziewnął ponownie i postawił biały kamień na skrzyżowaniu dwóch linii, w trzech ruchach zbije zapewne co najmniej piątą część kamieni Thoma.

— Mógłbyś być niezłym graczem, chłopcze — powiedział bard, trzymając w zębach ustnik fajki, po chwili umieścił na planszy swój kamień — gdybyś bardziej się przykładał.

Jego tytoń pachniał liśćmi i orzechami.

Mat sięgnął po następny kamień ze stosu przy jego łokciu, potem zamrugał i zostawił go tam, gdzie leżał. W tych samych trzech posunięciach kamienie Thoma otoczą przynajmniej trzecią część jego sił. Nie dostrzegł, jak zagrożenie zbliżało się, a teraz nie wiedział, jak przed nim uciec.

— Czy ty kiedykolwiek przegrywasz? Czy kiedykolwiek przegrałeś jakąś grę?

Thom wyjął fajkę z ust i kciukiem podkręcił wąsa.

— Od dawna już nie. Morgase zazwyczaj wygrywała ze mną połowę partii. Powiada się, że dobrzy dowódcy i dobrzy gracze Wielkiej Gry są nieźli również w kamienie. Ona z pewnością wie, jak wygląda Gra Domów, nie wątpię także, że poradziłaby sobie na polu bitwy.

— Nie moglibyśmy zamiast tego pograć trochę w kości? Kamienie zabierają zbyt wiele czasu.

— Bardziej odpowiada mi gra, w której mam szansę wygrać więcej niż jeden rzut na dziewięć czy dziesięć sucho odparował siwowłosy.

Mat poderwał się na równe nogi, gdy drzwi rozwarły się gwałtownie, a do Środka wpadł kapitan Derne. Mężczyzna o kwadratowej twarzy zsunął płaszcz z ramion i mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa, otrząsnął z niego wodę.

— Niech Światłość przepali moje kości, nie wiem dlaczego w ogóle pozwoliłem wam wynająć „Chyżą”. To wy domagaliście się, by płynęła szybciej pośród najczarniejszej nocy i największego deszczu. Jeszcze szybciej. Zawsze przeklęta szybkość! Sto razy już mogliśmy wpakować się na przeklętą mieliznę!

— Chciałeś mieć nasze złoto — powiedział ochrypłym głosem Mat. — Powiedziałeś, że ta sterta starych desek jest szybka, Derne. Kiedy dotrzemy do Łzy?

Zaciśnięte usta kapitana wykrzywił grymas uśmiechu.

— Dobijamy do nabrzeża. W tej chwili. I niech sczeznę, niech się zamienię w cholernego wieśniaka, jeżeli zniosę jeszcze choć przez chwilę dłużej tę przeklętą rozmowę! A teraz, gdzie reszta mojego złota?

Mat rzucił się do jednego z małych okienek i wyjrzał na zewnątrz. W ostrym Świetle rozbłysków błyskawic niewiele mógł dostrzec, widział jednak mokry kamienny dok. Z kieszeni wyciągnął następną sakiewkę pełną złotych monet i rzucił ją Derne’owi.

„Kto kiedy słyszał o marynarzu, który nie gra w kości!”

— Nareszcie — warknął.

„Światłości, spraw, żeby nie było za późno.”

Wepchnął wszystkie swoje rzeczy oraz koce do skórzanej torby i zarzucił ją na ramię. Zwój z fajerwerkami zawiesił na drugim, na specjalnie przymocowanym rzemieniu. Jego płaszcz zakrył wszystko, choć z przodu trochę odstawał. Lepiej, żeby on zmókł niźli fajerwerki. Płaszcz po wyschnięciu będzie jak nowy, próba którą przeprowadził w misce z wodą upewniła go, że z fajerwerkami jest inaczej.

„Sądzę, że ojciec Randa miał rację.”

Mat dotychczas myślał, że Rada Wioski nie odpala ich podczas deszczu wyłącznie z tego powodu, iż na czystym niebie widowisko było znacznie bardziej efektowne.

— Nie nabrałeś jeszcze ochoty, by je sprzedać? Thom naciągał na ramiona płaszcz barda. Okrywał on jego skórzane pokrowce na harfę i flet, ale zawiniątko z rzeczami i kocami powiesił na plecach zupełnie nie osłonięte.

— Nie zrobię tego, dopóki nie dowiem się jak działają, Thom. A poza tym, pomyśl ile będziemy mieli zabawy, kiedy je odpalimy.

Bard wzruszył ramionami.

— Dopóki nie zechcesz odpalić ich wszystkich naraz, chłopcze. Dopóki nie wrzucisz ich wszystkich do paleniska podczas kolacji. Ja bym nie oddał ci ich z powrotem, mając na uwadze sposób, w jaki się z nimi obchodzisz. Masz szczęście, że dwa dni temu kapitan nie zrzucił nas z pokładu do rzeki.

— Nie zrobiłby tego — zaśmiał się Mat. — Przynajmniej dopóki ta sakiewka była na pełnym morzu. Co, Derne?

Derne podrzucał w dłoniach pełną złota sakiewkę.

— Nie pytałem wcześniej, ale teraz daliście mi już złoto i nie zabierzecie go z powrotem. O co w tym wszystkim chodzi? Po co ten przeklęty pośpiech?

— Zakład, Derne. — Ziewając, Mat wziął swoją pałkę i już był gotów do wyjścia. — Zakład.

— Zakład! — Derne patrzył na ciężką sakiewkę. Druga, identyczna, już dawno spoczywała w jego szkatule. Stawką w nim musi być chyba jakieś cholerne królestwo!

— Więcej — oznajmił Mat.

Deszcz bił o deski pokładu z taką siłą, że nie można było dojrzeć trapu, wyjąwszy chwile, kiedy niebo nad miastem przecinała błyskawica; wycie ulewy ledwie pozwalało zebrać myśli. Mimo to widział światła w oknach, w głębi ulicy. Tam muszą się znajdować gospody. Kapitan nie wyszedł na pokład, by zobaczyć, jak schodzą na brzeg, nikt z załogi również nie miał ochoty dłużej przebywać na deszczu. Mat i Thom sami zeszli na kamienne nabrzeże.

Mat zaklął, gdy jego buty ugrzęzły w błocie pokrywającym ulice, ale na to nie można było nic poradzić, musiał dzielnie brnąć naprzód w takim obuwiu, jakie posiadał, przy każdym kroku badając grunt końcem pałki. Powietrze pachniało rybą, cuchnącego odoru nie był w stanie zmyć nawet deszcz.

— Znajdziemy jakąś gospodę — powiedział głośno, aby Thom go usłyszał. — A potem pójdziemy się rozejrzeć.

— Przy tej pogodzie? — odkrzyknął bard.

Deszcz spływał po jego twarzy, ale bardziej przejmował się, by nie zamokły instrumenty; nie dbał o siebie.

— Comar zapewne opuścił Caemlyn przed nami. Jeżeli miał dobrego konia zamiast tego krowiego koryta, którym my podróżowaliśmy, mógł wyruszyć z Aringill do ujścia rzeki nawet cały dzień przed nami, a nie mam pojęcia czy go prześcignęliśmy z tym idiotą Derne.

— To była krótka podróż — mitygował go Thom. „Chyża” zasługuje na swoją nazwę.

— Niech będzie, jak chcesz, Thom, deszcz czy nie, muszę go znaleźć, zanim jemu uda się odszukać Egwene, Nynaeve i Elayne.

— Kilka godzin spóźnienia nie zrobi większej różnicy, chłopcze. W mieście tak wielkim jak Łza są setki gospód. Za murami mogą znajdować się kolejne setki, niektóre z nich pomyślane bez żadnego rozmachu jako miejsca z kilkunastoma pokojami, tak małe, że możesz przejść obok i nawet się nie domyślisz, iż tam są. — Bard zaciągnął nieco mocniej kaptur płaszcza, mrucząc coś do siebie. — Odnalezienie ich może nam zająć tygodnie. Ale Comarowi nie będzie łatwiej. Możemy spokojnie spędzić noc pod dachem, z dala od deszczu. Założę się o dowolną monetę z tych, które posiadasz, że Comar na pewno nie będzie chodził po mieście przy takiej pogodzie.

Mat potrząsnął głową.

„Maleńka gospoda z kilkunastoma pokojami.”

Zanim opuścił Pole Emonda, największym budynkiem jaki widział w życiu, była gospoda „Winna Jagoda”. Wątpił czy Bran al’Vere miał więcej niż kilkanaście pokoi do wynajęcia. Egwene mieszkała ze swymi rodzicami oraz siostrą we frontowych pokojach na pierwszym piętrze.

„Niech sczeznę, czasami wydaje mi się, że żadne z nas nie powinno opuszczać Pola Emonda. — Ale Rand z pewnością musiał odejść, a Egwene prawdopodobnie umarłaby, gdyby nie pojechała do Tar Valon. — A teraz może umrzeć właśnie dlatego, że tam pojechała.”