Выбрать главу

„Przynęta? Na co? Na kogo?”

— To ty jesteś głupia, Liandrin! Czy sądzisz, że jesteśmy tutaj same? Tylko nasza trójka, nawet nie pełne Aes Sedai? Jesteśmy przynętą, Liandrin. A wy weszłyście prosto do pułapki, niczym tłuste cietrzewie.

— Nie mów jej tego! — ostro przerwała Elayne, a Nynaeve zamrugała, zanim zdała sobie sprawę, iż tamta podjęła jej grę pozorów. — Jeżeli pozwolisz, by zawładnął tobą gniew, zdradzisz im to, czego nie powinny wiedzieć. Muszą zawieźć nas do wnętrza Kamienia. Muszą. . .

— Bądź cicho — warknęła Nynaeve. — To ty powinnaś dbać o to, by trzymać swój język na wodzy!

Mimo skaleczeń pokrywających twarz Elayne, nie dało się ukryć obrażonej miny.

„Pozwólmy im zastanowić się nad tym” — pomyślała Nynaeve.

Ale Liandrin tylko się uśmiechnęła.

— Kiedy przestaniecie być przydatne w roli przynęty, wyznacie nam wszystko. Same będziecie błagały, byśmy wysłuchały waszej spowiedzi. Powiadają, że pewnego dnia będziecie naprawdę silne, zadbam jednak o to, abyście zawsze były mi posłuszne i dokonam tego, zanim nawet Wielki Pan Be’lal zrealizuje swoje plany w odniesieniu do was. Posłał właśnie po Myrddraali. Po trzynastu Myrddraali.

Usta w kształcie pączka róży zaśmiały się, akcentując ostatnie słowa.

Nynaeve poczuła jak wywraca się jej żołądek. Jeden z Przeklętych! Jej umysł pogrążył się w otępieniu wywołanym przez szok.

„Czarny i wszyscy Przeklęci są uwięzieni w Shayol Ghul, uwięzieni przez Stwórcę w chwili stworzenia.”

Ale katechizm nie pomógł;sama najlepiej wiedziała, ile w nim jest fałszu. Potem dopiero dotarł do niej sens pozostałych słów. Trzynastu Myrddraali. Oraz trzynaście sióstr z Czarnych Ajah. Usłyszała jak Elayne krzyczy, zanim zdała sobie sprawę, że sama krzyczy również, szarpiąc bezskutecznie niewidzialne więzy Powietrza. Trudno było powiedzieć, co było głośniejsze, ich rozpaczliwe krzyki, czy śmiech Liandrin i Rianny.

52

W poszukiwaniu remedium

Rozparty na stołku w pokoju barda, Mat skrzywił się, gdy Thom ponownie zakaszlał.

„W jaki sposób mamy kontynuować poszukiwania, kiedy on jest tak ciężko chory, że nie może chodzić?”

Kiedy tylko o tym pomyślał, zawstydził się. Thom wytrwale jak tylko mógł przykładał się do poszukiwań, chodząc z nim całe dnie i noce, kiedy wreszcie okazało się, że jest tak chory, iż nie potrafi już ustać na nogach. Mat był do tego stopnia zaabsorbowany swym zadaniem, że zbyt mało uwagi zwracał na kaszel towarzysza. Zmiana pogody, od bezustannego deszczu do przesyconego wilgocią upału z pewnością również nie miała korzystnego wpływu.

— Chodź, Thom — namawiał. — Lopar mówi, że w pobliżu mieszka Mądra Kobieta. Tak tutaj nazywają Wiedzącą. . . Mądra Kobieta. Nynaeve to by się dopiero podobało!

— Nie potrzebuję. . . żadnych paskudnie smakujących. . . wywarów. . . wlewanych do mojego gardła, chłopcze. Thom wbił pięść w wąsy, w próżnym wysiłku powstrzymania napadu urywanego kaszlu. — Ty idź i dalej szukaj. Daj mi tylko. . . kilka godzin. . . w łóżku. . . a potem do ciebie dołączę.

Spazmy kaszlu zgięły go niemalże w pół, aż głową dotknął kolan.

— A więc spodziewasz się, że ja będę robił wszystko, podczas gdy ty będziesz wypoczywał? — powiedział lekko Mat. — W jaki sposób mogę coś odnaleźć bez ciebie? Ty dowiedziałeś się większości tych rzeczy, które wiemy.

To nie była do końca prawda, ludzie rozmawiali nad kośćmi równie chętnie jak wtedy, gdy stawiali bardowi kubek wina. Na pewno zaś chętniej, niźli z bardem, który kaszle tak okropnie, iż można się od niego zarazić. Mat zaczynał jednak podejrzewać, iż kaszel Thoma sam z siebie nie przejdzie.

„Jeżeli stary łobuz mi tu umrze, z kim będę grywał w kamienie?” — pomyślał, starając się nie roztkliwiać zanadto.

— W każdym razie, twój przeklęty kaszel nie pozwala mi zasnąć, nawet gdy znajduję się w pokoju obok.

Ignorując protesty siwowłosego mężczyzny, zwlókł go z łóżka i postawił na nogi. Zaskoczony był tym, jak mocno Thom wsparł się na nim. Pomimo wilgoci i upału, bard nalegał, by zabrać jego naszywany łatkami płaszcz. Mat miał rozpięty kaftan i rozwiązane wszystkie trzy wstążki koszuli, ale pozwolił staremu łobuzowi na wszystko, co tylko chciał. We wspólnej sali nikt nawet nie spojrzał, gdy prawie znosił Thoma po schodach i wyprowadzał na dwór.

Karczmarz dał im proste instrukcje, ale kiedy dotarli do bramy i stanęli twarzą w twarz z błotem Maule, Mat omal nie zawrócił, by zapytać o inną Mądrą Kobietę. W mieście tej wielkości musiało być ich więcej. Jednak kaszel Thoma przekonał go, by trzymać się pierwotnego postanowienia. Krzywiąc twarz, wszedł na błotnisty teren, prawie niosąc przyjaciela.

Z kierunku, który mu podano wnosił, że musieli minąć dom Mądrej Kobiety, jadąc z portu pierwszej nocy, a kiedy zobaczył długi, wąski dom z wiszącymi w oknach wiązkami ziół, dokładnie obok sklepu garncarza, wówczas sobie przypomniał. Lopar powiedział coś o pukaniu do tylnych drzwi, ale Mad miał już dosyć brodzenia w błocie.

„Oraz zapachu ryby” — pomyślał, marszcząc czoło na widok bosych ludzi, brnących przez glinę z koszami ryb na plecach.

Na ulicy można było dostrzec również ślady końskich kopyt, które właśnie zaczynały zamazywać odciski stóp i koła ciągnionych przez woły wozów. Konie zaprzężone do wozu, albo może nawet powozu. Nie widział dotąd w Łzie koni ciągnących wozy — szlachta i kupcy byli tak dumni ze swych znakomitych hodowli, że nigdy nie pozwoliliby zaprząc ich do zwyczajnej pracy — ale od czasu opuszczenia ogrodzonego murami miasta, nie widział także żadnego powozu.

Odsunął temat śladów końskich kopyt i kół ze swoich myśli, podprowadził Thoma do frontowych drzwi i zastukał. Potem znowu.

Był właśnie niemalże zdecydowany zrezygnować i, mimo iż Thom kaszlał strasznie, wsparty na jego ramieniu, wrócić do „Sierpu Białego Księżyca”, kiedy posłyszał w środku. szmer kroków.

Drzwi otworzyły się, uchylając ledwie szczelinę, a siwowłosa kobieta wyjrzała na zewnątrz.

— Czego chcecie? — zapytała zmęczonym głosem.

Mat uśmiechnął się najmilej jak potrafił.

„Światłości, ja chyba też się rozchoruję od widoku tych wszystkich ludzi, którzy zachowują się, jakby nie było już ani odrobiny przeklętej nadziei.”

— Matka Guenna? Nazywam się Mat Cauthon. Cavan Lopar powiedział mi, że możesz dać coś na kaszel mojemu przyjacielowi. Dobrze zapłacę.

Przypatrywała im się badawczo przez chwilę, zdając się wsłuchiwać w kaszel Thoma, potem westchnęła.

— Przypuszczam, że tyle przynajmniej wciąż potrafię zrobić. Możecie wejść do środka.

Otworzyła drzwi na oścież i zanim Mat zdążył przekroczyć próg, ciężkim krokiem poczłapała na tyły domostwa.

Jej akcent był tak podobny do tego, który słyszał w głosie Amyrlin, że aż zadrżał, poszedł jednak za nią, niemalże niosąc Thoma.

— Nie. . . potrzebuję tego — kaszlał bard. — Przeklęte mikstury. . . zawsze smakują jak. . . łajno!

— Zamknij się, Thom.

Gruba kobieta zaprowadziła ich do kuchni, tam zaczęła szperać w jednej z szaf, wyciągając małe kamienne dzbanki oraz zawiniątka z ziołami. Cały czas nieprzerwanie mruczała coś pod nosem.

Mat posadził Thoma na jednym z krzeseł z wysokim oparciem i spojrzał przez najbliższe okno. Na podwórzu stały przywiązane trzy niezłe konie; zaskoczył go ten widok, że Mądra Kobieta posiada więcej niźli jednego konia. Poza szlachtą i bogaczami, nie widział w Łzie nikogo, kto jeździłby konno, a wyglądało na to, że za te zwierzęta zapłacono sporo srebra.

„Znowu konie. Nie interesują mnie teraz żadne przeklęte konie!”