— Wysoki mężczyzna? — zapytała Zarine. — Z rudawymi włosami i szarymi oczyma? Trzymał coś, co rozsiewało blask tak jaskrawy, że aż raził oczy? W miejscu, gdzie wszystko zabudowane jest kolumnami z czerwonego kamienia? Kowalu, powiedz mi, że nie tak wyglądał twój sen.
— Widzisz — powiedziała Moiraine. — Dzisiejszego dnia słyszałam setki razy, jak opowiadano mi ten sen. Wszyscy mówią o koszmarach. . . Be’lal najwyraźniej nie stara się osłaniać swoich snów. . . ale ten występuje najczęściej. — Zaśmiała się nieoczekiwanie, głosem, który przypominał chłodny dźwięk malutkich dzwoneczków. — Ludzie mówią, że on jest Smokiem Odrodzonym. Powiadają, że nadchodzi. Szepczą o tym bojaźliwie i tajemniczo, ale tak właśnie uważają.
— A co z Be’lalem? — zapytał Perrin.
Replika Moiraine była niczym wychłodzona, hartowana stal.
— Zajmę się nim dzisiejszej nocy. — Nie wyczuł od niej ani śladu woni strachu.
— Zajmiemy się nim dzisiejszej nocy — poprawił ją Lan.
— Tak, mój Gaidinie. Zajmiemy się nim.
— A co my mamy robić? Siedzieć tutaj i czekać? Po tej zimie, spędzonej w górach, na całe życie mam już dosyć czekania, Moiraine.
— Ty i Loial. . . oraz Zarine. . . pojedziecie do Tar Valon — oznajmiła. — Dopóki wszystko nie dokona się. To będzie dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce.
— Gdzie jest Ogir? — zapytał Lan. — Chcę, byście wyruszyli na północ tak szybko, jak to tylko możliwe.
— Przypuszczam, że na górze — odrzekł Perrin. W swoim pokoju, albo może w jadalni. W oknach na górze palą się światła. On bez przerwy pracuje nad swoimi notatkami. Myślę, że w swej książce wiele będzie miał do opowiedzenia na temat ucieczek.
Zaskoczony był goryczą pobrzmiewającą w jego głosie.
„Światłości, głupcze, czy chcesz stanąć twarzą w twarz z jednym z Przeklętych? Nie. Nie, ale zmęczony jestem ciągłym uciekaniem. Pamiętam, że raz nie uciekłem. Pamiętam, jak walczyłem i to było znacznie lepsze. Nawet wówczas, gdy sądziłem, że zginę, wtedy też było lepiej.”
— Pójdę go poszukać — zaproponowała Zarine. Nie wstydzę się przyznać, że będę zadowolona, jeśli uda mi się uciec przed tą walką.
Weszła pierwsza do środka, jej wąskie, rozdzielone spódnice zaszeleściły lekko.
Idąc za nią w kierunku schodów, Perrin obrzucił szybkim spojrzeniem wspólną salę. Przy stołach zgromadziło się mniej ludzi, niźli się spodziewał. Niektórzy siedzieli samotnie, patrząc przed siebie pustym wzrokiem, ale tam, gdzie dwóch lub trzech zebrało się razem, toczyła się przestraszonym szeptem rozmowa, tak cicha, że nawet jego uszy ledwie mogły pochwycić jej oderwane fragmenty. Jednakże posłyszał słowo „Smok”, wypowiadane po kilkakroć.
Kiedy dotarł na szczyt schodów, usłyszał cichy odgłos, głuche uderzenie czegoś, co upadło na podłogę ich prywatnej jadalni. Spojrzał w tamtą stronę, w głąb korytarza.
— Zarine? — Nie było odpowiedzi. Poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku, poszedł w tamtą stronę. — Zarine? — Otworzył drzwi na oścież. — Faile!
Leżała na podłodze w pobliżu stołu. Kiedy jednak chciał wbiec do pokoju, rozkazujący krzyk Moiraine zatrzymał go w miejscu.
Stój, głupcze! Stój, jeśli ci życie miłe! — Powoli przeszła przez korytarz z pochyloną głową, jakby czegoś nasłuchiwała, albo szukała. Lan szedł za nią z dłonią wspartą na rękojeści miecza i takim spojrzeniem, jakby z góry wiedział, że stal na nic się nie przyda. Dotarła pod same drzwi i zatrzymała się. — Cofnij się, Perrin. Cofnij się!
Przeżywając katusze, spojrzał na Zarine. Na Faile. Leżała tam, jakby zupełnie pozbawiona życia. Na koniec zmusił się, by odejść krok od otwartych drzwi, i stanął tam, skąd mógł ją widzieć. Wyglądała, jakby była martwa. Nie potrafił dojrzeć poruszeń klatki piersiowej. Chciało mu się wyć. Marszcząc brwi, zaczął zaciskać i rozwierać dłoń, tę samą, którą otworzył drzwi do pomieszczenia. Przeszywający ból, jakby uderzył się w łokieć.
— Nie masz zamiaru nic zrobić, Moiraine? Jeżeli ty nie chcesz, ja do niej pójdę.
— Stój bez ruchu, albo nigdzie już nigdy nie pójdziesz — powiedziała spokojnie. — Co tam leży obok jej prawej dłoni? Wygląda, jakby padając coś upuściła. Nie mogę stąd dostrzec.
Spojrzał na nią błyszczącymi oczyma, potem zajrzał do wnętrza pokoju.
— Jeż. Wygląda to jak jeż wyrzeźbiony z drewna. Moiraine, powiedz mi co się dzieje? Co się stało? Powiedz mi!
— Jeż — wymruczała. — Jeż. Bądź cicho, Perrin. Muszę pomyśleć. Wyczuwam spust. Mogę też poczuć residua strumieni splecionych dla zastawienia jej. Duch. Czysty Duch i nic więcej. Niemal nic nie używa strumieni czystego Ducha! Dlaczego ten jeż kieruje moje myśli w stronę Ducha?
— Jaki znowu spust czujesz, Moiraine? Co zostało zastawione? Pułapka?
— Tak, pułapka — odpowiedziała, irytacja najwyraźniej wzruszyła nieco jej chłodny spokój. — Pułapka zastawiona na mnie. Pierwsza weszłabym do pokoju, gdyby Zarine nie pośpieszyła naprzód. Lan i ja z pewnością przyszlibyśmy zaraz tutaj, aby omówić nasze plany i zaczekać na kolację. Teraz nie zaczekam już na kolację. Bądź cicho, jeśli w ogóle chcesz pomóc tej dziewczynie. Lan! Przyprowadź mi tego karczmarza!
Strażnik popędził po schodach w dół.
Moiraine przechadzała się po korytarzu, czasami przystając, by spojrzeć przez drzwi z głębi rozcięcia kaptura. Perrin nie potrafił dostrzec żadnych znaków, które wskazywałyby, iż Zarine żyje. Jej piersi nie unosił oddech. Spróbował wsłuchać się w bicie jej serca, ale to było niemożliwe nawet dla jego uszu.
Kiedy Lan wrócił, prowadząc przed sobą trzymanego za kołnierz opasujący tłustą szyję przerażonego Juraha Hareta, Aes Sedai natychmiast zabrała się do niego.
— Obiecałeś zachować ten pokój wyłącznie do mojej dyspozycji, panie Haret. — Jej głos był ostry i precyzyjny jak lancet. — Nie pozwalać nawet służącym wchodzić do środka pod moją nieobecność. Kogo tutaj wpuściłeś, panie Haret? Powiedz mi!
Haret trząsł się niczym misa budyniu.
— Tylko dwie lady, pani. Chciały zostawić niespodziankę dla ciebie. Przysięgam, pani. Pokazały mi ją. Maleńki jeż. Powiedziały, że będziesz zaskoczona.
— Jestem zaskoczona, karczmarzu — powiedziała cicho. — Odejdź! A jeśli szepniesz słówko o tym, co się tutaj wydarzyło, choćby przez sen, rozwalę ci tę gospodę i zostanie z niej tylko dziura w ziemi.
— Tak, pani — wyszeptał. — Przysięgam! Naprawdę przysięgam!
— Idź!
Karczmarz uciekał tak szybko, że przewrócił się, padł na kolana, a potem wśród łomotu, który zdradzał, iż przewrócił się niejeden raz jeszcze na schodach, zgramolił się na dół.
— On wie, że tutaj jestem — zwróciła się Moiraine do Strażnika. — I znalazł jakąś Czarną Ajah, która zastawiła tę pułapkę, jednak zapewne sądzi, że wpadłam w nią. To był maleńki rozbłysk mocy, ale być może jest na tyle silny, by go wyczuć.
— Dlatego nie będzie podejrzewał, że przyjdziemy do niego — powiedział cicho Lan. Niemalże się uśmiechał.
Perrin patrzył na nich, obnażając zęby.
— A co z nią? — naciskał. — Co jej zrobiono, Moiraine? Czy ona żyje? Nie słyszę jej oddechu!
— Ona żyje — powiedziała powoli Moiraine. — Nie mogę, nie odważę się podejść tak blisko do niej, aby stwierdzić coś więcej, ale żyje. Ona. . . zapadła w dziwny sen. Tak jak niedźwiedź śpi zimą. Jej serce bije tak wolno, że między kolejnymi uderzeniami upływają minuty. Podobnie jest z oddechem. Śpi.
Nawet pomimo ocieniającego twarz kaptura, mógł poczuć spoczywające na nim jej spojrzenie.
— Ale obawiam się, że jej tutaj nie ma, Perrin. Nie ma jej we własnym ciele.
— Co masz na myśli, mówiąc, że nie ma jej we własnym ciele? Światłości! Nie chcesz powiedzieć, że. . . zabrał jej duszę? Jak Szarym Ludziom!