Moiraine potrząsnęła głową, a on z ulgą wypuścił długo wstrzymywany oddech. W piersiach bolało go, jakby nie oddychał od czasu, kiedy ostatni raz się odezwał.
— A więc, gdzie ona jest, Moiraine?
— Nie wiem — przyznała. — Mam podejrzenia, ale nie wiem na pewno.
— Podejrzenia, wskazówkę, cokolwiek! Niech sczeznę, gdzie? — Lan poruszył się lekko, słysząc gwałtowne tony w jego głosie, ale Perrin wiedział, że spróbuje przeciąć twardego jak żelazo Strażnika, jeśli tamten spróbuje go powstrzymać. — Gdzie?
— Wiem tak niewiele, Perrin — głos Moiraine był niczym zimna, bezduszna muzyka. — Starałam się przypomnieć sobie skromną wiedzę na temat tego, co łączy rzeźbionego jeża z Duchem. Figurka jest ter’angrealem, ostami raz badanym przez Corianin Nedeal, ostatnią Śniącą jaką miała Wieża. Talent zwany Śnieniem jest rzeczą Ducha, Perrin. Nie jest to temat, którym bym kiedykolwiek się zajmowała; moje Talenty objawiają się w odmienny sposób. Uważam, że Zarine została pochwycona w sen, być może nawet znajduje się w Świecie Snów, w Tel’aran’rhiod. Wszystko co jest nią, znajduje się wewnątrz snu. Wszystko. Śniący wysyła tam jedynie część siebie. Jeżeli Zarine nie powróci wkrótce, jej ciało umrze. Być może będzie dalej żyła we śnie. Nie wiem.
— Tak wielu rzeczy nie wiesz — wymamrotał Perrin. Wpatrywał się we wnętrze pomieszczenia i chciało mu się płakać. Zarine leżąc tam, wyglądała na tak małą, tak bezbronną.
„Faile. Przysięgam, że odtąd zawsze będę nazywał cię tylko imieniem Faile.”
— Dlaczego nic nie zrobisz?
— Pułapka zatrzasnęła się, Perrin, ale jest to pułapka, która pochwyci każdego, kto wejdzie do tego pokoju. Nie potrafiłabym dosięgnąć nawet jej dłoni, by nie zostać schwytaną. A mam dzisiejszej nocy zadanie do wykonania.
—Żebyś sczezła, Aes Sedai!Żeby sczezło twoje zadanie! Ten Świat Snów? Czy to jest tak, jak w wilczych snach? Powiedziałaś, że Śniący czasami widywali wilki.
— Powiedziałam ci tyle, ile mogłam — odrzekła ostro. — Nadszedł czas, byś sobie już poszedł. Lan i ja musimy wyruszyć do Kamienia. Teraz nie można już zwlekać.
— Nie. — Oznajmił cicho, ale kiedy Moiraine otworzyła usta, podniósł głos. — Nie! Nie opuszczę jej!
Aes Sedai wzięła głęboki oddech.
— Dobrze więc, Perrin. — Jej ton był niczym czysty lód, spokojny, gładki, zimny. — Pamiętaj, że tego chciałeś, Perrin. Być może uda ci się przeżyć dzisiejszą noc. Lan!
Moiraine i Strażnik udali się do swoich pokoi. Po kilku chwilach wrócili; Lan w zmienno kolorowym płaszczu bez słowa zszedł po schodach.
Perrin stał bez ruchu, wpatrując się przez otwarte drzwi w Faile.
„Muszę coś zrobić. To jest tak, jak w wilczych snach. . .”
— Perrin — dosłyszał głęboki grzmot głosu Loiala. — Co się stało z Faile?
W głębi korytarza pojawił się Ogir, ubrany w samą koszulę, w poplamionych atramentem palcach trzymał pióro.
— Lan powiedział mi, że muszę wyjechać, a potem dodał coś o Faile w pułapce. Co on miał na myśli?
Perrin w chaotyczny sposób przedstawił mu to, czego dowiedział się od Moiraine.
„To może się udać. Może. Musi!” Był zaskoczony, kiedy Ogir zajęczał.
— Nie! Perrin, to nie jest w porządku! Faile była taka niezależna. To nie w porządku łapać ją w pułapkę!
Perrin wpatrywał się w twarz Loiala i nagle przypomniał sobie wszystkie stare opowieści, które opisywały Ogirów jako nieustępliwych w boju i bezlitosnych dla swych wrogów. Uszy Loiala płasko przylegały do czaszki, a w jego szerokiej twarzy było coś hardego.
— Loial, mam zamiar spróbować pomóc Faile. Ale w tym czasie sam będę bezbronny. Czy będziesz mnie osłaniał?
Loial uniósł swe potężne dłonie, które tak ostrożnie potrafiły ujmować książki; teraz grube palce zagięte były tak, jakby chciały kruszyć kamień.
— Nikt nie przejdzie obok mnie, dopóki będę żył, Perrin. Ani Myrddraal, ani sam Czarny. — Powiedział to takim tonem, jakby stwierdzał zwykły fakt.
Perrin pokiwał głową i ponownie spojrzał przez drzwi.
„To musi się udać, nie dbam o to, czy Min ostrzegała mnie właśnie przed nią, czy przed kimś innym!”
Krzycząc, skoczył w kierunku Faile, rozpościerając szeroko ręce. Pomyślał, że udało mu się dotknąć jej kostki, zanim odpłynął w mrok.
Czy sen zawarty w pułapce był częścią Tel’aran’rhiod; czy nie, tego Perrin nie wiedział, rozpoznał jednak w nim wilczy sen. Otaczały go łagodne, trawiaste wzgórza porośnięte rozproszonymi zagajnikami. Zobaczył jelenia, który pasł się na skraju drzew oraz stado jakichś szybkich zwierząt skaczących wśród traw, wyglądały niczym jelenie z brązowymi paskami, miały jednak długie, proste rogi. Z zapachów, jakie przynosił wiatr, wyczytał, iż nadają się do jedzenia, a inne wonie upewniły go, że wokół trwa właśnie srogie polowanie. To był wilczy sen.
Zdał sobie sprawę, że ma na sobie długą kowalską kamizelkę ze skóry, obnażającą ramiona. Przy boku poczuł ciężar. Dotknął topora przy pasie, ale w pętli wisiało coś innego. Palce musnęły głownię ciężkiego, kowalskiego młota. Poczuł się lepiej.
Skoczek stanął przed nim.
„Znowu tu przyszedłeś, głupcze.”
Dotarł do niego obraz niedźwiedziątka, wtykającego nos w wydrążony pień drzewa w poszukiwaniu miodu, mimo iż pszczoły nieustępliwie kłują jego pysk i oczy.
„Niebezpieczeństwo jest większe niż kiedykolwiek, Młody Byku. Złe istoty wędrują po snach. Bracia i siostry unikają gór kamienia, które wznoszą dwunogi i niemalże boją się śnić o sobie nawzajem. Musisz stąd odejść!”
— Nie — powiedział Perrin. — Faile jest gdzieś tutaj, złapana w pułapkę. Muszę ją odnaleźć, Skoczek. Muszę!
Poczuł jakieś poruszenie wewnątrz, coś się zmieniło. Spojrzał w dół na swoje kudłate łapy, szerokie szczęki. Był nawet większym wilkiem niż Skoczek.
„Jesteś tutaj zbyt obcy!”
Każde przesłanie przynosiło ze sobą kolejny szok.
„Umrzesz, Młody Byku!”
„Jeżeli nie uda mi się uwolnić sokoła, nie będę już dbał o życie, bracie.”
„A więc zapolujmy, bracie.”
Z nosami ustawionymi na wiatr, dwa wilki pobiegły poprzez równinę, szukając sokoła.
54
Do wnętrza Kamienia
Dachy Łzy nie były miejscem, w którym rozsądny człowiek chciałby znaleźć się pośród nocy, doszedł do wniosku Mat, wpatrując się w księżycowe cienie. Trochę ponad pięćdziesiąt kroków szerokiej ulicy, a być może wąskiego placu, dzieliło Kamień od krytego dachówką dachu, na którym stał, na wysokości trzech pięter nad kamieniami bruku.
„Ale, czy kiedykolwiek byłem rozsądny? Wszyscy ludzie, których poznałem, zachowujący się rozsądnie przez cały czas, byli równocześnie tak nudni, iż od samego patrzenia na nich chciało się spać.”
Niezależnie od tego, czy była to ulica, czy plac, trzymając się jej, po zapadnięciu zmierzchu obszedł cały Kamień dookoła; jedynym miejscem, do którego nie dotarł było nabrzeże rzeki, gdzie Erinin obmywała mury fortecy, nic też nie przegrodziło mu drogi prócz miejskich murów. Teraz znajdował się w odległości dwóch dachów od jego szczytu. Jak dotąd, właśnie droga po murze miejskim wydała mu się najlepszym sposobem dostania się do środka fortecy, ale pomysł ten nie napawał go szczególnym entuzjazmem.
Podniósł swoją pałkę oraz niewielkie blaszane pudełko z drucianym uchwytem i ostrożnie podszedł do ceglanego komina, znajdującego się odrobinę bliżej muru. Zwój z fajerwerkami — a przynajmniej to co było zwojem, zanim nie przepakował go w swym pokoju — przewrócił się. Teraz kształtem przypominał raczej tobołek, upakowany tak ściśle jak tylko było można, wciąż jednak zbyt wielki, by nosić go, wędrując w ciemności po dachach. Jakiś czas temu przez fajerwerki obsunęła mu się noga na luźnej dachówce, która przeleciała przez krawędź dachu i rozprysnęła na bruku. Jakiś człowiek śpiący w pomieszczeniu pod dachem obudził się i zakrzyknął: „Złodziej!”, przez co Mat musiał uciekać. Nie poświęcając mu zbyt wiele uwagi, postawił tobołek z powrotem na miejscu i przyczaił się w cieniu komina. Po chwili postawił obok niego blaszane pudełko, druciana rączka zaczynała się nieprzyjemnie nagrzewać.