Выбрать главу

Cienka pałka, nie wyższa od niego, zahuczała i zagwizdała przecinając powietrze.

— Nazywam się Juilin Sandar, jestem łowcą złodziei i chciałbym wiedzieć, dlaczego włóczycie się po dachach, obserwując Kamień?

Mat potrząsnął głową.

„Ilu jeszcze przeklętych ludzi można spotkać dzisiejszej nocy na tych dachach?”

Nie zdziwiłby się chyba nawet, gdyby Thom pojawił się, by grać na hale, albo ktoś nagle zaczął rozpytywać się o najbliższą gospodę.

„Przeklęty łowca złodziei!”

Zastanawiał się, dlaczego Aielowie nic nie czynią.

— Skradałeś się dobrze, jak na człowieka z miasta powiedział głos starszego mężczyzny. — Ale dlaczego idziesz za nami? Niczego nie ukradliśmy. Dlaczego ty sam dzisiejszej nocy tak często przyglądałeś się Kamieniowi?

Nawet w słabym świetle księżyca można było dostrzec zaskoczenie malujące się na twarzy Sandara. Wzdrygnął się, otworzył usta. . . i zaraz je zamknął, kiedy z ciemności poza nim wynurzyła się następna czwórka Aielów. Z westchnieniem wsparł się na swojej cienkiej pałce.

— Wygląda na to, że sam zostałem złapany — wymamrotał — i że to ja muszę odpowiadać na wasze pytania.

Spojrzał w kierunku Kamienia, potem potrząsnął głową.

— Ja. . . zrobiłem dzisiaj coś. . . co mnie dręczy. — Brzmiało to tak, jakby mówił do siebie, starając się rozwikłać jakiś problem. — Część mego sumienia mówi, że postąpiłem słusznie, że musiałem być posłuszny. Bez wątpienia, wszystko wydawało się słuszne, kiedy to robiłem. Ale jakiś cichy głos w środku. mówi mi, że. . . coś zdradziłem, Pewien jestem, że ten głos nie ma racji, jest bardzo cichy, ale nie chce zamilknąć.

Przerwał i stał tak, kręcąc głową.

Jeden z Aielów pokiwał głową i przemówił głosem starszego mężczyzny.

— Jestem Rhuarc z Dziewięciu Dolin, z klanu Taardad Aiel, kiedyś byłem Aethan Dor, Czerwona Tarcza. Czasami Czerwone Tarcze muszą wykonywać zadania podobne jak wasi łowcy złodziei. Mówię to po to, byś wiedział, że rozumiem, czym się zajmujesz i jakim człowiekiem musisz być. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić, Juilinie Sandar z łowców złodziei, ani też ludzi z twojego miasta, ale nie pozwolimy ci podnieść bitewnego okrzyku. Jeżeli zachowasz milczenie, będziesz żył, jeśli nie, umrzesz.

— Nie macie zamiaru skrzywdzić mieszkańców miasta? — powoli zapytał Sandar. — Dlaczego więc tu jesteście?

— Kamień. — W tonie Rhuarca było coś takiego, co oznaczało, że nic więcej nie ma zamiaru powiedzieć.

Po chwili Sandar pokiwał głową i wymruczał:

— Prawie żałuję, że nie macie dość siły, aby wystąpić przeciwko Kamieniowi, Rhuarc. Nie zrobię nic.

Rhuarc zwrócił swą zasłoniętą twarz w stronę Mata.

— A ty, bezimienny młodzieńcze? Czy powiesz mi, dlaczego tak uważnie obserwowałeś Kamień?

— Po prostu chciałem sobie zrobić spacer przy świetle księżyca — beztroskim głosem oznajmił Mat.

Młoda kobieta ponownie przyłożyła ostrze włóczni do jego gardła;przez chwilę nie mógł przełknąć śliny.

„Cóż, może mogę im co nieco zdradzić.”

Przede wszystkim nie wolno mu było okazać, że jest przestraszony;kiedy pozwolisz, by inni wiedzieli, iż się boisz, tracisz wszelką przewagę, jaką miałeś przedtem. Bardzo ostrożnie odsunął ostrze włóczni od swego gardła. Zdało mu się, że posłyszał jej cichutki śmiech.

— Paru moich przyjaciół jest wewnątrz Kamienia powiedział, starając się mówić ostrożnie. — Są więźniami. Mam zamiar ich wydostać.

— Sam, bezimienny? — zapytał Rhuarc.

— Cóż, chyba nikt mi nie towarzyszy — odrzekł sucho Mat. — A może wy zechcecie pomóc? Was również najwyraźniej interesuje Kamień. Jeżeli zamierzacie dostać się do środka, możemy iść razem. Niezależnie od tego, z której strony mu się przyglądam, jego układ nie wygląda najszczęśliwiej, ale moje szczęście mnie nie opuszcza.

„Przynajmniej jak dotąd. Wpadłem na zamaskowanych Aielów i nie podcięli mi gardła; od szczęścia nie można oczekiwać niczego więcej. Niech sczeznę, jeżeli nie byłoby dobrze mieć kilku Aielów ze sobą.”

— Niewiele można zrobić gorszych rzeczy, niż postawić przeciwko memu szczęściu.

— Nie przyszliśmy tutaj dla żadnych więźniów, graczu — odparł Rhuarc.

— Już czas, Rhuarc.

Mat nie potrafiłby powiedzieć, który z Aielów się odezwał, ale Rhuarc kiwnął głową.

— Tak, Gaul. — Popatrywał to na Mata, to na Sandara. — Nie wznoście bojowego krzyku.

Odwrócił się i. . . rozpłynął pośród nocy.

Mat zadrżał. Pozostali Aielowie również zniknęli, zostawiając go sam na sam z łowcą złodziei.

„O ile nie zostawili kogoś, by nas obserwował. Niech sczeznę, w jaki sposób mógłbym się przekonać, gdyby nawet tak zrobili?”

— Mam nadzieję, że ty również nie spróbujesz mnie powstrzymać? — zwrócił się do Sandara, zarzucając tobołek z fajerwerkami na plecy i podnosząc z ziemi pałkę. Mam zamiar wejść do środka, obok ciebie lub poprzez ciebie, w taki sposób lub inny.

Podszedł do komina, by podnieść blaszane pudełko, druciany uchwyt był już bardzo gorący.

— Ci twoi przyjaciele — zapytał Sandar. — Czy to były trzy kobiety?

Mat spojrzał na niego, marszcząc brwi, żałował, że nie ma dosyć światła, by wyraźniej dostrzec wyraz twarzy tamtego. W głosie łowcy złodziei pobrzmiewały dziwne tony.

— Co o nich wiesz?

— Wiem, że zostały zabrane do Kamienia. Wiem też o małej bramie w pobliżu rzeki, którą eskortujący więźnia łowca złodziei może dostać się do środka, aby zaprowadzić go do lochów. Do lochów, gdzie one muszą się znajdować. Jeżeli zaufasz mi, graczu, mogę nas doprowadzić aż do tego miejsca. Co stanie się później, zależeć będzie od losu. Być może, dzięki twemu szczęściu, uda nam się ujść z życiem.

— Zawsze miałem szczęście — powiedział powoli Mat.

„Czy mogę polegać na swoim szczęściu wystarczająco, by mu zaufać?”

Niezbyt podobał mu się pomysł udawania więźnia; to było zbyt proste, żeby mogło być skuteczne. Ale z kolei, na pewno nie ryzykował bardziej, niźli wspinając się na wysokość co najmniej trzystu stóp w całkowitych ciemnościach.

Spojrzał w kierunku murów miasta i zamarł. Po murze przesuwały się cienie; pełzły ciemne kształty. Pewien był, że to Aielowie. Musiała ich być ponad setka. Zniknęli, ale po chwili mógł dostrzec cienie, poruszające się po powierzchni urwiska, które stanowiło już ścianę Kamienia Łzy. Było ich zbyt wielu, by ktoś nie podniósł alarmu — okrzyku bojowego, wedle określenia Rhuarca. Ten pierwszy, którego widział wcześniej, mógł się przedostać niepostrzeżenie, ale ponad setka Aielów będzie niczym bicie dzwonów. Choć przecież mogli wysłać naprzód dywersantów. Jeżeli wywołaliby zamieszanie, gdzieś tam w górze, w środku. Kamienia, wówczas strażnicy w lochach mogliby nie zwrócić dostatecznej uwagi na łowcę złodziei, prowadzącego więźnia.

„Ja również mógłbym wywołać nieco zamieszania. Wystarczająco się nad tym napracowałem.”

— Dobrze więc, łowco złodziei. Tylko nie zdecyduj w ostatniej chwili, że jestem prawdziwym więźniem. Możemy ruszać do twojej bramy, kiedy tylko wsadzę kij w mrowisko.

Wydało mu się, że Sandar zmarszczył brwi, ale nie uznał za konieczne, by mówić mu coś więcej.

Sandar poszedł za Matem po dachach, wyższe ich partie pokonywał z równą łatwością jak on. Ostatni dach był niewiele tylko niższy niż szczyt muru i prowadził prosto do niego, wystarczyło się nań tylko podciągnąć, nie potrzeba się było nawet wspinać.