Otworzyła oczy, wbiła wzrok w szare, kamienne ściany, oświetlone samotną, kopcącą pochodnią z sitowia, rzucającą migoczące cienie; i krzyknęła, gdy przypomniała sobie wszystko.
— Nie! Nie dam się ponownie zakuć w łańcuchy! Nie pozwolę nałożyć sobie smyczy!
Nynaeve i Elayne w mgnieniu oka były przy niej, ich pokaleczone twarze były zbyt zmartwione i przerażone, by mogły ją uspokoić łagodnym tonem, jakim doń przemawiały. Ale sam fakt, że były przy niej, wystarczył, by zdołała powstrzymać krzyk. Nie była sama. Była więźniem, ale nie była sama. I nie miała na szyi smyczy.
Spróbowała usiąść, podtrzymały ją. Musiały jej pomóc, bolały ją wszystkie mięśnie. Przypominała sobie każdy niewidzialny cios otrzymany podczas szaleńczej walki, którą podjęła, kiedy zrozumiała. . .
„Nie będę o tym myśleć. Powinnam zastanowić się, jak mamy stąd uciec.”
Osunęła się w dół, aż jej plecy dotknęły ściany. Ból walczył w niej ze zmęczeniem, walka, podczas której bezustannie odmawiała kapitulacji i, wyczerpała resztki jej siły, udręka ran jeszcze bardziej osłabiała ciało.
W oświetlonej pochodnią celi znajdowała się tylko ich trójka. Podłoga była zupełnie naga, zimna i twarda. Z drzwi z surowych desek sterczały drzazgi, jakby niezliczone palce drapały je w próżnym wysiłku wydostania się przez jedyne możliwe wyjście. Na kamieniu wypisano inskrypcje, większość drżącym pismem. „Światłości, miej litość i pozwól mi umrzeć” — głosiła jedna z nich. Nie pozwoliła sobie na wyciągnięcie wniosków, jakie nieodparcie się nasuwały.
— Wciąż jesteśmy oddzielone od Mocy? — wymamrotała.
Nawet mówienie powodowało ból. A kiedy Elayne pokiwała głową, zrozumiała, że nie musiała nawet pytać. Spuchnięty policzek, rozcięta warga i podbite oko złotowłosej stanowiły wystarczającą odpowiedź, nawet jeśli jej własny ból nie był dostatecznym, dowodem. Gdyby Nynaeve zdołała dosięgnąć Prawdziwego Źródła, z pewnością by je Uzdrowiła.
— Próbowałam — powiedziała z rozpaczą Nynaeve. — Próbowałam, wciąż próbowałam.
Szarpnęła ostro za swój warkocz, w jej głosie oprócz rozpaczy i strachu można było dosłyszeć również gniew.
— Jedna z nich czeka na zewnątrz. Amico, dziecko o mlecznej buzi, jeżeli nie zmieniły się po tym, jak nas tutaj zamknięto. Przypuszczam, że jedna wystarczy, aby podtrzymać tarczę, kiedy już została upleciona. — Zaśmiała się gorzko. — Mimo całego bólu, którego doznały. . . i który my od nich wycierpiałyśmy!. . . aby nas schwytać, można by pomyśleć, że jesteśmy zupełnie pozbawione znaczenia. Minęły godziny, odkąd zatrzasnęły za nami te drzwi, a nikt nie przyszedł nas przesłuchiwać, popatrzeć na nas, czy choćby przynieść odrobinę wody. Być może mają zamiar trzymać nas tutaj, póki nie umrzemy z pragnienia.
— Przynęta — powiedziała Elayne i głos jej zadrżał, choć ze wszystkich sił starała się nadać mu spokojne brzmienie. — Liandrin powiedziała, że jesteśmy przynętą.
— Przynętą na co? — Zapytała trzęsącym się głosem Nynaeve. — Przynętą na kogo? Jeżeli jestem przynętą, mam zamiar tak głęboko utkwić w ich gardłach, żeby musiały mnie wypluć!
— Rand! — Egwene przerwała na moment, by przełknąć ślinę, nawet kroplę wody powitałaby z wdzięcznością. — Śniłam o Randzie, i o Callandorze. Myślę, że on jest coraz bliżej.
„Ale dlaczego śniłam również o Macie? Oraz o Perrinie? Miał postać wilka, ale bez wątpienia to był on.”
— Nie bój się tak — powiedziała, starając się mówić pewnym tonem. — Jakoś im uciekniemy. Jeżeli potrafiłyśmy być lepsze od Seanchan, na pewno wygramy z Liandrin.
Nynaeve i Elayne wymieniły spojrzenia ponad jej głową. Nynaeve powiedziała:
— Liandrin powiedziała, że posłano po trzynastu Myrddraali, Egwene.
Zorientowała się, że ponownie czyta tamtą wiadomość, wypisaną na ścianie: „Światłości, miej litość i pozwól mi umrzeć”. Jej dłonie zacisnęły się w pięści. Zazgrzytała zębami, starając się ze wszystkich sił powstrzymać krzyk.
„Lepiej umrzeć. Lepsza śmierć, niż nawrócenie na Cień, przemienienie w sługę Czarnego!”
Zdała sobie sprawę, że zaciska dłoń na wiszącej u pasa sakwie. Wewnątrz mogła wyczuć dwa pierścienie, mały krążek z Wielkim Wężem oraz większy, poskręcany kamienny pierścień.
— Nie zabrały ter’angreala — powiedziała z namysłem.
Wygrzebała go z torby. Spoczął ciężarem na jej dłoni, mogła dostrzec jego paski i kolorowe plamki, pierścień o niezwykłej powierzchni.
— Nie jesteśmy na tyle nawet ważne, by zrobić nam rewizję — Elayne westchnęła. — Egwene, czy jesteś pewna, że Rand przybędzie? Wolałabym raczej sama się uwolnić, niż czekać na jego pomoc, ale jeśli ktoś może pokonać Liandrin i resztę, to tylko on. Callandor przeznaczony jest dla Smoka Odrodzonego. On musi mieć siłę, by je pokonać.
— Jeżeli nie wciągniemy go za sobą do klatki— wymamrotała Nynaeve. — Nie wówczas, gdy zastawiono pułapkę, której nie będzie w stanie dostrzec. Dlaczego tak wpatrujesz się w ten pierścień, Egwene? Tel’aran’rhiod w niczym nam teraz nie pomoże. Przynajmniej dopóki nie będziesz mogła wyśnić drogi ucieczki.
— Być może właśnie to mi się uda — powiedziała powoli. — Potrafię przenosić w Tel’aran’rhiod. Ich osłona nie powstrzyma mnie przed dotarciem do Źródła. Powinnam tylko zasnąć, a nie przenosić. A z pewnością jestem wystarczająco zmęczona, by spać.
Elayne zmarszczyła brwi, skrzywiła się gdy naciągnęły się skaleczenia na twarzy.
— Skorzystam z każdej szansy, ale w jaki sposób możesz przenosić, nawet we śnie, kiedy jesteś odcięta od Prawdziwego Źródła? A jeżeli nawet możesz, to w czym miałoby nam to pomóc?
— Nie wiem, Elayne. To, że jestem odcięta tutaj, nie znaczy, że podobnie będzie w Świecie Snów. Warto przynajmniej spróbować.
— Może — powiedziała z niepokojem Nynaeve. Ja też chętnie skorzystam z każdej szansy, ale widziałaś Liandrin i pozostałe ostatnim razem, gdy używałaś pierścienia. I powiedziałaś, że one cię również widziały. Co się stanie, jeżeli spotkasz je tam znowu?
— Mam nadzieję, że je spotkam — powiedziała ponuro Egwene. — Mam nadzieję.
Ściskając w jednej dłoni ter’angreal, zamknęła oczy. Czuła jak Elayne uspokajająco gładzi ją po włosach, słyszała jej ciche mruczenie. Nynaeve zaczęła nucić tę kołysankę bez słów, którą pamiętała z dzieciństwa; po raz pierwszy, wcale nieczuła do niej złości. Ciche dźwięki i miękki dotyk ukoiły ją, pozwoliły poddać się zmęczeniu, aż wreszcie nadszedł sen.
Tym razem miała na sobie błękitny jedwab, ale ledwie mogła spostrzec coś więcej. Delikatna bryza pieściła jej gładką twarz i rozpraszała motyle fruwające nad polnym kwieciem. Pragnienie zniknęło, ból również. Sięgnęła, by ująć saidara i wypełniła ją Jedyna Moc. Nawet uczucie triumfu jaki poczuła, kiedy zrozumiała, że udało jej się, niewiele znaczyło przy rozkoszy jaką dawał przepływ Mocy.
Niechętnie zmusiła się, by go uwolnić, zamknęła oczy i wypełniła pustkę doskonałym obrazem Serca Kamienia. To było jedyne miejsce wewnątrz twierdzy, oprócz jej celi oczywiście, które potrafiła sobie wyobrazić, a jak odróżnić jedno pozbawione cech szczególnych, sześcienne pomieszczenie od drugiego? Kiedy otworzyła oczy, była już w środku. Ale nie była sama.
Postać Joiyi Byir stała przed Callandorem, jej sylwetka była tak niematerialna, że światło miecza przenikało przez nią. Kryształowy miecz nie lśnił już tylko odbitym światłem. Pulsował własnym blaskiem, jakby ktoś odkrywał obecne w nim źródło światła, potem zakrywał i odsłaniał ponownie. Czarna siostra wzdrygnęła się zaskoczona i odwróciła, by spojrzeć na Egwene.