Dzięki myślom wilków, które obecne były w jego umyśle, a także własnym oczom, Młody Byk mógł dostrzec trolloki padające na ziemię, skrzeczące, mimo iż nie tknęła ich ani dłoń człowieka, ani zęby wilka. To ci, którzy złączeni byli z tym Myrddraalem — umrą, kiedy on umrze, jeżeli nikt nie zabije ich pierwej.
Potrzeba zbiegnięcia ze stoku i przyłączenia się do swych braci, zabijania razem z nimi Wykoślawionych, ścigania pozostałych Niezrodzonych była silna, jednak pogrzebana głęboko część osobowości pamiętała, że kiedyś był człowiekiem.
„Leya”.
Rzucił topór i delikatnie odwrócił ją na plecy. Krew pokrywała jej twarz, a oczy patrzyły na niego zeszklone śmiercią. Zdało mu się, że ten wzrok go oskarża.
— Próbowałem — powiedział. — Próbowałem cię uratować. — Jej spojrzenie nie zmieniło się. — Co jeszcze mogłem zrobić? Zabiłby cię, gdybym ja go nie zabił!
„Chodź, Młody Byku. Chodź zabijać Wykoślawionych”.
Wilk rozbudził się w nim, ogarnął go. Perrin położył Leyę z powrotem na plecach, podniósł swój topór, ostrze zalśniło wilgocią. Kiedy zbiegał w dół skalistego zbocza, jego oczy lśniły. Był Młodym Bykiem.
Drzewa rozsiane rzadko po dolinie w kształcie kielicha, płonęły jak pochodnie. Wysoka sosna właśnie stanęła w ogniu, gdy Młody Byk przyłączył się do bitwy. Nocne niebo rozbłyskiwało aktynicznym błękitem poziomych błyskawic, Lan zmierzył się z kolejnym Myrddraalem, starożytne ostrze wykonane przez Aes Sedai związało czarną stal fasonowaną w Thakan’dar, w cieniu Shayol Ghoul. Loial posługiwał się pałką wielkości pnia młodego drzewka, wirujące drewno nie pozwalało trollokom zbliżyć się do niego bez narażenia na cios i upadek. Mężczyźni walczyli desperacko pośród tańczących cieni, ale Młody Byk — Perrin — z daleka zauważył, że zbyt wielu dwunogich Shienaran leży już na ziemi.
Bracia i siostry walczyli w małych stadach po trzy, cztery sztuki, płożąc się na ziemi, by uniknąć kosopodobnych mieczy i opatrzonych kolcem toporów, potem skakali, aby rozerwać ścięgno kolanowe i rzucali się do gardła, gdy ofiara padała. Nie było żadnej godności w sposobie, w który walczyli, żadnej chwały, żadnej litości. Nie przybiegły tu, by stoczyć bitwę, lecz by zabijać. Młody Byk przyłączył się do jednej z małych sfor, ostrze topora zastępowało mu zęby.
Nie myślał już dłużej o całości bitwy. Był tylko trollok, a naprzeciw niego on i wilki — bracia — trollok odcięty od reszty i zabijany. Potem będzie następny, i następny, i następny, aż wreszcie nie zostanie żaden. Ani tutaj, ani nigdzie. Czuł przemożne pragnienie, by odrzucić topór i używać zębów, by biec na czterech łapach jak jego bracia. Biec przez wysokie górskie przełęcze. Biec zanurzony po brzuch w puszystym śniegu. Biec i czuć, jak zimny wiatr rozwiewa mu futro. Warczał razem z braćmi, a trolloki wyły ze strachu na widok jego żółtych oczu, zdjęte trwogą znacznie bardziej przemożną niż wobec spojrzenia zwyczajnych, wilczych ślepi.
Nagle zdał sobie sprawę, że nie ma już więcej trolloków, przynajmniej trzymających się na nogach, nigdzie, w całej niecce, choć mógł czuć swych braci, goniących tych, którzy uciekli. Stado złożone z siedmiu znalazło inną ofiarę, gdzieś w ciemnościach. Jeden z Niezrodzonych uciekł w stronę swego twardonogiego czworonoga — swego konia, podpowiedziała jakaś odległa część umysłu — i jego bracia poszli za nim, z nozdrzami wypełnionymi jego zapachem, istotą śmierci. Jego umysł był z nimi, widział ich oczami. Kiedy otoczyły go, Niezrodzony odwrócił się, przeklął, czarne ostrze i czarny ubiór były niczym część nocy. Ale jego bracia i siostry polowali właśnie pośród nocy.
Młody Byk warknął, gdy pierwszy brat zginął, ból jego śmierci przeszył go jak lanca, lecz już następni zbliżali się i coraz więcej braci i sióstr umierało, ale kłapiące szczęki ściągnęły wreszcie Niezrodzonego na ziemię. Walczył teraz przy pomocy własnych zębów, przegryzał gardła, ciął pazurami, które rozrywały skórę i ciało jak twarde szpony, jakie nosiły dwunogi, jednak bracia rzucali się na nie z furią, nawet jeśli przy tym umierali. Na koniec samotna siostra podźwignęła się z wciąż kotłującego się stosu i chwiejnie odeszła na bok. Nazywano ją Poranna Mgła, ale tak jak ze wszystkimi imionami wilków, z tym również było mniej więcej tak: mroźny poranek, z ukłuciami mającego padać śniegu, obecnymi już w powietrzu i mgła kłębiąca się grubą warstwą w dolinie, wirująca w ostrym wietrze, niosącym zapowiedź dobrego polowania. Poranna Mgła uniosła głowę i zawyła do skrytego za chmurami księżyca, opłakując swoją śmierć.
Młody Byk również odrzucił głowę i zawył wraz z nią, opłakiwał wraz z nią.
Kiedy opuścił głowę, zorientował się, że Min patrzy na niego.
— Czy dobrze się czujesz, Perrin? — zapytała z powątpiewaniem.
Jej policzek był przecięty, a rękaw na poły oderwany od kaftana. W jednej dłoni trzymała krótką pałkę, a w drugiej sztylet, na obu można było dostrzec krew i włosy.
Zobaczył, że wszyscy patrzyli na niego, wszyscy ci, którzy trzymali się jeszcze na nogach. Loial, opierający się ciężko na swojej pałce, Shienaranie, którzy znosili swych rannych do miejsca, gdzie Moiraine właśnie kucała przy jednym z nich, a Lan stał przy jej boku. Nawet Aes Sedai spoglądała w jego stronę. Płonące drzewa, jak wielkie pochodnie rozsiewały kołyszące się cienie. Martwe trolloki leżały wszędzie. Więcej Shienaran leżało, niźli stało, a pomiędzy nimi spoczywały ciała jego braci. Tak wiele...
Perrin zorientował się, że ma ochotę zawyć znowu. Szaleńczym wysiłkiem odgrodził się od kontaktu z wilkami. Ale obrazy i emocje przeciekały przez mentalną barierę, próbował więc je zdławić. Na koniec jednak przestał je czuć, przestał odczuwać ich ból, ich gniew, pragnienie ścigania
Wykoślawionych albo biegu... Potrząsnął głową. Rana na plecach paliła jak ogień, miał wrażenie, że poszarpane ramię ktoś właśnie wykuwa młotem na kowadle. Bose stopy, podrapane i porozcinane, tętniły bólem. Zapach krwi zalegał wszędzie. I zapach trolloków. Oraz śmierci.
— Ja... czuję się dobrze, Min.
— Walczyłeś dobrze, kowalu — powiedział Lan. Strażnik uniósł swój wciąż poczerniały od krwi miecz ponad głowę. – Tai’shar Manetheren! Tai’shar Andor!
Prawdziwa krew Manetheren. Prawdziwa krew Andoru.
Ci Shienaranie, którzy wciąż stali — tak niewielu unieśli swe ostrza i przyłączyli się do wiwatu.
- Tai’shar Manetheren! Tai’shar Andor!
Loial pokiwał głową.
- Ta’veren — dodał.
Perrin spuścił oczy w zmieszaniu. Lan uratował go przed pytaniami, na które nie chciał odpowiadać, ale oddał mu honory, na jakie nie zasługiwał. Pozostali niczego nie rozumieli. Zastanawiał się, co by powiedzieli, gdyby znali prawdę. Kiedy Min podeszła bliżej, wymamrotał:
— Leya nie żyje. Nie mogłem... Niewiele brakowało a zdążyłbym na czas.
— To by nic nie dało — powiedziała cicho. — Dobrze wiesz. — Pochyliła się, by obejrzeć jego plecy i skrzywiła się. — Moiraine zajmie się tym. Uzdrawia, kogo może.
Perrin pokiwał głową. Plecy miał sztywne od zaschniętej krwi, całe aż do pasa, ale mimo bólu ledwie to zauważał.