Szałas Moiraine, wysoko na zboczu, po drugiej stronie niecki, zdawał się stanowić centrum całej, gorączkowej aktywności. Min wbiegła do środka, a chwilę później Masema wyszedł na zewnątrz, za nim Uno. Jednooki truchtem pobiegł między drzewami w stronę gołej skały za szałasem, podczas gdy drugi Shienaranin zszedł w dół stoku.
Perrin ruszył w stronę chaty. Kiedy rozbryzgując wodę, przechodził przez strumień, spotkał Masemę. Oblicze Shienaranina było wymizerowane, blizna odznaczała się na twarzy, a oczy zapadły w głąb czaszki bardziej jeszcze niż zwykle. Pośrodku strumienia nagle uniósł głowę i złapał Perrina za rękaw kaftana.
— Ty jesteś z jego wioski — powiedział ochryple. Musisz wiedzieć. Dlaczego Lord Smok nas opuścił? Jaki grzech popełniliśmy?
— Grzech? O czym ty mówisz? To, dlaczego Rand odszedł nie miało nic wspólnego z tym, co zrobiłeś, a czego nie zrobiłeś.
Masema nie wydawał się usatysfakcjonowany, wciąż trzymał Perrina za rękaw i wpatrywał się w jego twarz, jakby z niej mógł wyczytać jakąś odpowiedź. Lodowata woda zaczęła się przesączać Perrinowi do lewego buta,
— Masema — zaczął ostrożnie — cokolwiek robi Lord Smok, postępuje wedle swego planu. Lord Smok nie opuściłby nas.
„A może jednak tak? Co bym zrobił, będąc na jego miejscu?”
Masema powoli pokiwał głową.
— Tak. Tak, teraz to już rozumiem. Samotnie udał się w drogę, aby nieść słowa zwiastujące jego powrót. My musimy postąpić podobnie. Tak.
Kuśtykając, przekroczył strumień i poszedł dalej, mrucząc coś do siebie.
Chlupocząc wodą w bucie, Perrin wspiął się do szałasu Moiraine i zapukał. Nie było odpowiedzi. Zawahał się przez moment, po czym wszedł do środka.
Przedpokój, w którym sypiał Lan był równie pusty i prosto urządzony jak szałas Perrina, w jedną ze ścian wbudowano zwykłą pryczę, kilka kołków dla zawieszenia dobytku i pojedyncza półka dopełniały umeblowania. Przez otwarte drzwi wpadało niewiele światła, za resztę oświetlenia służyły prymitywne lampy ustawione na półce: płaty oleistego drewna tłuszczowego wepchnięto w szczeliny skalnych odłamków. Unosiły się nad nimi wąskie pasma dymu, który zalegał mgiełką pod powałą. Zapach aż wykrzywił Perrinowi nos.
Niski sufit znajdował się ledwie odrobinę wyżej niż czubek jego głowy. Loial zamiatał po nim czupryną, nawet gdy, tak jak teraz, siedział w końcu łóżka Lana, z blisko przyciągniętymi kolanami, by zajmować jak najmniej miejsca. Zakończone pędzelkami uszy Ogira strzygły niespokojnie. Min siedziała ze skrzyżowanymi nogami na brudnej podłodze tuż przy drzwiach prowadzących do zajmowanego przez Moiraine pomieszczenia, gdzie Aes Sedai chodziła w tę i z powrotem, pogrążona w myślach. Ponure musiały to być myśli. Mogła przejść tylko trzy kroki w każdą stronę, ale maszerowała żwawo, spokojowi na jej twarzy przeczyła gwałtowność kroków.
— Sądzę, że Masema popada w szaleństwo — oznajmił Perrin.
Min pociągnęła nosem.
— Skąd możesz o tym wiedzeć?
Moiraine odwróciła się w jego stronę i zacisnęła usta. Jej głos był cichy. Nazbyt cichy.
— Czy stan umysłu Masemy jest najważniejszą rzeczą, jaka zajmuje twoje myśli dzisiejszego ranka, Perrinie Aybara?
— Nie. Chciałbym dowiedzieć się, kiedy Rand odszedł i dlaczego. Czy ktoś go widział? Czy ktoś wie, dokąd poszedł? — Pozwolił sobie przeciwstawić jej spojrzeniu równie twarde i nieustępliwe. Nie było to łatwe. Był od niej większy, ale ona była wszak Aes Sedai. — Czy to przez ciebie, Moiraine? Czy trzymałaś go tak krótko, że wreszcie zapragnął iść gdziekolwiek, zrobić cokolwiek, byle tylko nie siedzieć bezczynnie?
Uszy Loiala zesztywniały, próbował udzielić mu ukradkowego ostrzeżenia gestem grubopalcej dłoni.
Moiraine wpatrywała się w Perrina z głową przechyloną na bok, a wszystko, co on mógł zrobić, to starać się nie spuścić oczu.
— To nie jest moja wina — powiedziała. — Odszedł nocą. Kiedy i dlaczego, wciąż próbuję się dowiedzieć.
Mięśnie ramion Loiala rozluźniły się, wydał z siebie ciche westchnienie ulgi. Ciche być może jak na Ogira, dla uszu pozostałych brzmiało ono jednak niczym syk pary uchodzącej z naczynia, w którym studzono rozpalone do czerwoności żelazo.
— Nigdy nie drażnij Aes Sedai — oznajmił szeptem, najwyraźniej skierowanym tylko do niego, lecz słyszalnym dla wszystkich. — Lepiej ująć w dłonie ogniste słońce, niż rozgniewać Aes Sedai.
Min pochyliła się na tyle, by podać Perrinowi zwinięty kawałek papieru.
— Loial poszedł, by się z nim zobaczyć, kiedy już położyliśmy go do łóżka ostatniej nocy i Rand poprosił go o pożyczenie pióra, papieru oraz kałamarza.
Uszy Ogira uniosły się odrobinę, z niepokojem zmarszczył brwi.
— Nie wiedziałem, co chodzi mu po głowie. Naprawdę. — Wiemy o tym — uspokoiła go Min. — Nikt cię o nic nie oskarża, Loial.
Moiraine zmarszczyła brwi, spoglądając na papier, ale nie spróbowała odebrać go Perrinowi. Charakter pisma należał do Randa.
To, co czynię, czynię, bo nie ma innego sposobu. On znowu mnie ściga, a tym razem jeden z nas będzie musiał zginąć, jak sądzę. Nie ma potrzeby, aby ci, którzy są ze mną, również umarli. Zbyt wielu już zginęło dla mnie. Ja również chcę żyć i będę, jeżeli mi się uda. W snach są kłamstwa, i śmierć, ale także prawda.
To było wszystko, nie podpisał się. Perrin nie musiał się zastanawiać, kogo Rand miał na myśli, pisząc „on”. Dla Randa, dla nich wszystkich, mógł być tylko jeden „on”. Ba’alzamon.
— Zostawił to pod moimi drzwiami — poinformowała go Min głosem pełnym napięcia. — Wziął trochę znoszonych rzeczy, które Shienaranie wywiesili, by wyschły, swój flet i konia. Oprócz tego odrobinę jedzenia i nic więcej, przynajmniej tyle wiemy. Nie widział go żaden z wartowników, a ostatniej nocy byli tak wyczuleni, że usłyszeliby skradającą się mysz.
— A w czym by pomogło, gdyby go zobaczyli? chłodno zauważyła Moiraine. — Czy którykolwiek z nich zatrzymałby samego Lorda Smoka, albo nawet zawołał do niego? Niektórzy z nich, Masema na przykład, sami poderżnęliby sobie gardła, gdyby Lord Smok kazał im to zrobić.
Teraz z kolei Perrin uważnie wpatrzył się w jej oblicze.
— A spodziewałaś się czegoś innego? Przysięgli iść za nim. Światłości, Moiraine, nigdy nie ogłosiłby się Smokiem Odrodzonym, gdyby nie ty. — Nie odezwała się, więc ciągnął dalej, już bardziej spokojnie. — Czy ty naprawdę wierzysz, Moiraine? Że on rzeczywiście jest Smokiem Odrodzonym? Czy też uważasz, że możesz wykorzystać go, zanim umrze lub oszaleje od Jedynej Mocy?
— Spokojnie, Perrin — wtrącił się Loial. — Nie wściekaj się tak.
— Będę spokojny, jeżeli ona mi odpowie. Cóż więc, Moiraine?
— Jest tym, kim jest — odpowiedziała ostro.
— Powiedziałaś, że Wzór na koniec zmusi go do wybrania właściwej drogi. Czy to jest właśnie to, czy też tylko próbuje od ciebie uciec? — Przez chwilę sądził, że posunął się za daleko, jej ciemne oczy roziskrzyły się gniewem, ale nie-miał zamiaru teraz się wycofać. — Więc?
Moiraine wzięła głęboki oddech.
— To, co zrobił, może być rezultatem wyboru jakiego dokonał Wzór, jednak nie mam zamiaru pozwolić mu jechać samemu. Mimo całej swej mocy, w wielu kwestiach jest bezbronny jak dziecko i zupełnie nie zna świata. Przenosi, to prawda, ale nie ma żadnej kontroli nad tym, czy pojawia się Jedyna Moc, kiedy po nią sięga i niemalże równie niewiele nad tym, co robi, gdy wreszcie nawiązuje kontakt ze Źródłem. Moc zabije go, zanim będzie miał szansę oszaleć, jeżeli nie nauczy się jej kontrolować. Tyle jeszcze musi się nauczyć. Chce biegać, nim nauczy się chodzić.