Выбрать главу

— Przebyłyśmy długą drogę — ciągnęła dalej Egwene — aż z Głowy Tomana i gdybym nie była tak zmęczona, nigdy nie...

— Bądź cicho, dziewczyno! — wykrzyknęła Verin w tej samej chwili, gdy Biały Płaszcz warknął:

— Głowa Tomana? Falme! Byłyście w Falme.

Cofnął się chwiejnie kolejny krok i na poły wyciągnął miecz z pochwy. Z wyrazu jego twarzy Egwene nie potrafiła osądzić, czy chce zaatakować, czy się bronić. Hurin podjechał bliżej do Białego Płaszcza, z dłonią na łamaczu mieczy, ale mężczyzna o wąskiej twarzy perorował dalej, zapluwając się z wściekłości.

— Mój ojciec zginął w Falme! Byar mi powiedział! Wy, wiedźmy, zabiłyście go dla waszego fałszywego Smoka! Postaram się, abyście odpowiedziały za to głową! Dopatrzę, byście sczezły!

— Gwałtowne dzieci — westchnęła Verin. — Niemalże równie straszne jak chłopcy, których tak często ponoszą słowa. Idź ze Światłością, mój synu — zwróciła się do Białego Płaszcza.

Bez jednego więcej słowa poprowadziła je za sobą, objeżdżając mężczyznę dookoła, ale jego krzyki goniły ich.

— Nazywam się Dain Bornhald! Zapamiętajcie to, Sprzymierzeńcy Ciemności! Doprowadzę do tego, że lękać się będziecie mojego imienia! Zapamiętajcie moje imię!

Kiedy krzyki Bornhalda ścichły z tyłu, przez pewien czas jechały w milczeniu. Na koniec Egwene przerwała ciszę, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

— Próbowałam tylko ratować jakoś sytuację.

— Uratować! — wymruczała Verin. — Musisz się nauczyć, że jest czas, by mówić całą prawdę i czas, kiedy należy pilnować swego języka. Jest to ostatnia z lekcji, które musisz pojąć, ale ważna, jeśli masz zamiar żyć wystarczająco długo, aby nosić szal pełnej siostry. Czy nie przyszło ci do głowy, że nazwa Falme mogła nas wyprzedzić?

— Dlaczego miałoby to jej przyjść do głowy? — zapytała Nynaeve. — Ze wszystkich ludzi, których spotkałyśmy dotąd, nikt nie wiedział więcej prócz zwykłych plotek, jeśli w ogóle, a w ciągu ostatniego miesiąca prześcignęłyśmy nawet plotki.

— Czy myślisz, że wszystkie wiadomości podążają tymi samymi drogami, co my? — zareplikowała Verin. — Jechałyśmy wolno. Plotki podróżują na skrzydłach po setce ścieżek. Zawsze bądź przygotowana na najgorsze, dziecko, tym sposobem czekają cię tylko przyjemne niespodzianki.

— Co on miał na myśli, mówiąc o mojej matce? — zapytała nagle Elayne. — Musiał kłamać. Nigdy nie zwróciłaby się przeciwko Tar Valon.

— Królowe Andoru zawsze były przyjaciółkami Tar Valon, ale wszystkie rzeczy zmieniają się. — Twarz Verin była na powrót spokojna, w jej głosie jednak pobrzmiewało napięcie. Odwróciła się w siodle i objęła ich wszystkich spojrzeniem, trzy młode kobiety, Hurina, Mata na noszach. — Świat jest pełen dziwności i żadnej w nim stałości.

Wspięły się na wzgórze, przed ich wzrokiem odsłoniła się wioska, żółte, kryte dachówką dachy skupiały się wokół mostu wiodącego do Tar Valon.

— Teraz musicie się rzeczywiście pilnować — oznajmiła im Verin. — Teraz rozpoczyna się prawdziwe niebezpieczeństwo.

11

Tar Valon

Mała wioska Dairein leżała nad Rzeką Erinin równie długo jak Tar Valon znajdowało się na wyspie. Jej małe domy i sklepy, z czerwonej oraz brązowej cegły, jej wyłożone kamieniem ulice stwarzały wrażenie trwałości, jednakże wioska została spalona podczas wojen z trollokami, splądrowana, gdy armie Artura Hawkwinga oblegały Tar Valon, złupiona więcej niż raz podczas Wojny Stu Lat i puszczona z dymem w czasie wojny z Aielami, niecałe dwadzieścia lat wcześniej. Dość niespokojna historia jak na jedną, małą wioskę, niemniej położenie, u stóp jednego z mostów wiodących do Tar Valon, zapewniało, iż zawsze zostanie odbudowana, niezależnie od tego, ile razy ulegnie zniszczeniu. Przynajmniej dopóki będzie stało Tar Valon.

Początkowo Egwene osądziła, że Dairein ponownie spodziewa się wojny. Czworobok pikinierów maszerował po ulicy, szeregi i rzędy jeżyły się jak wyczesana wełna, za nimi szli łucznicy w płaskich hełmach z okapami, przy bokach kołysały się pełne strzał kołczany, łuki przewiesili przez piersi. Szwadron uzbrojonych jeźdźców, o twarzach skrytych za przyłbicami hełmów, ustąpił drogi Verin i jej oddziałowi na jeden gest dłoni oficera w rękawicy. Na piersiach wszyscy nosili Biały Płomień Tar Valon niczym śnieżną łzę.

A jednak mieszkańcy wioski zajmowali się swoimi sprawami z pozorną przynajmniej beztroską, tłum zebrany na rynku rozstępował się wokół żołnierzy, jakby maszerujący oddział stanowił przeszkodę, do której wszyscy już dawno przywykli. Kilkoro mężczyzn i kobiet niosących tace pełne owoców starało się dotrzymać kroku żołnierzom, usiłując zainteresować ich pomarszczonymi jabłkami i gruszkami wydobytymi z zimowych piwnic, ale oprócz tej garstki, sprzedawcy i straganiarze nie zwracali najmniejszej uwagi na żołnierzy. Verin zdawała się również ich ignorować, gdy wiodła Egwene i pozostałych przez wioskę ku wielkiemu mostowi, wyginającemu się ponad wodą na przestrzeni co najmniej pół mili, niczym koronka upleciona z kamienia.

U wejścia na most kolejni żołnierze stali na warcie, tuzin pikinierów oraz półtora raza tyle łuczników i sprawdzali każdego, kto chciał przejść. Ich oficer, łysiejący mężczyzna, który zawiesił hełm na rękojeści miecza, wyglądał na znękanego długim szeregiem oczekujących ludzi, pieszych, konnych, na wozach ciągnionych przez woły, konie lub samych właścicieli. Szereg liczył sobie zaledwie sto kroków, ale kiedy tylko jeden z ludzi został wpuszczony na most, już następny dołączał z tyłu. Dokładnie tak samo łysiejący żołnierz zdawał się tracić czas na upewnienie się, czy dana osoba ma prawo wejść do Tar Valon, zanim wpuszczał ją do środka.

Otworzył gniewnie usta, gdy Verin poprowadziła swoją kompanię na przód kolejki, potem uważniej spojrzał na jej twarz i pośpiesznie włożył hełm na głowę. Nikt, kto spotykał się z nimi częściej, nie potrzebował ujrzeć pierścienia, by zidentyfikować Aes Sedai.

— Pomyślnego dnia, Aes Sedai — powiedział, kłaniając się i przyciskając dłoń do serca. — Pomyślnego dnia. Proszę przejdźcie, jeśli macie ochotę.

Verin ściągnęła wodze, przystając obok. W kolejce oczekujących rozległ się szmer, nikt jednak nie zaprotestował głośno.

— Kłopoty z Białymi Płaszczami, wartowniku?

„Dlaczego się zatrzymujemy?” — zastanawiała się gwałtownie Egwene.

— Czy ona zapomniała o Macie?

— Nic poważnego, Aes Sedai — odparł oficer. — Żadnych walk. Próbowali się dostać na Rynek Eldone, po drugiej stronie rzeki, ale pokazaliśmy im, że lepiej tego nie robić. Amyrlin jednak chce mieć pewność, że nie spróbują ponownie.

— Verin Sedai — zaczęła ostrożnie Egwene — Mat...

— Za chwilę, dziecko — przerwała jej Aes Sedai, ale w jej głosie pobrzmiewało jedynie połowiczne roztargnienie. — Nie zapomniałam o nim.

Z powrotem zwróciła swą uwagę na oficera.

— A dalsze wioski?

Mężczyzna wzruszył niespokojnie ramionami.

— Potrafimy trzymać Białe Płaszcze z dala od nich, ale oni uciekają, gdy nasze patrole wchodzą do wiosek. Jakby starali się nas sprowokować. — Verin pokiwała głową i już chciała pojechać dalej, ale oficer jeszcze nie skończył. — Wybacz mi, Aes Sedai, ale najwyraźniej przybyłaś tu z daleka. Czy masz jakieś wiadomości? Świeże plotki nadpływają statkiem wraz z każdą łodzią kupiecką. Powiadają, że jest nowy fałszywy Smok gdzieś na zachodzie. Cóż, utrzymują nawet, że wezwał z martwych armie Artura Hawkwinga i że poprowadził je na Białe Płaszcze, zabijając wielu i niszcząc miasto, w Falme, w Tarabon, jak powiadają.

— Mówią też, że pomagają mu Aes Sedai! — wykrzyknął jakiś męski głos z tłumu zgromadzonego w kolejce.