Siuan zadrżała. Shadar Logoth, umarłe miasto, tak zatrute, że nawet trolloki obawiały się doń wchodzić i to nie bez powodu. Przez przypadek sztylet z tego miejsca dostał się w ręce młodego Mata, przemieniając go i zatruwając złem, które dawno temu zabiło całe miasto. Zabijając go.
„Przez przypadek? Czy zgodnie ze strukturą Wzoru? On również jest ta’veren, mimo wszystko. Ale... To Mat zadął w Róg. Więc...”
— Dopóki Mat żyje — ciągnęła Verin — Róg Valere dla każdego innego człowieka jest tylko zwykłym rogiem. Jeśli zaś umrze, oczywiście ktoś inny może weń zadąć i wykuć tym samym nową więź między człowiekiem i Rogiem.
Jej spojrzenie było niewzruszone, jakby nie martwiło jej w najmniejszym stopniu to, co zdawały się sugerować słowa.
— Wielu umrze, zanim dokończymy swego dzieła, Córko.
„A kogo jeszcze mogłabym wykorzystać do ponownego zagrania na Rogu? Teraz nie mogę podejmować ryzyka odsyłania go Moiraine. Jeden z Gaidinów, być może. Być może”.
— Wzór musi jeszcze jego przeznaczenie uczynić jaśniejszym.
— Tak, Matko. A Róg?
— Na jakiś czas — oznajmiła na koniec Amyrlin znajdziemy dla niego jakieś miejsce, w którym można by go schować, miejsce, o którym nikt nie będzie wiedział prócz nas dwóch. Potem zastanowię się, co dalej z nim zrobić.
Verin pokiwała głową.
— Jako rzeczesz, Matko. Oczywiście, kilka godzin zajmie ci podjęcie decyzji.
— Czy to wszystko, co masz dla mnie? — Siuan parsknęła. — Jeśli tak, muszę zająć się tymi trzema uciekinierkami.
— Jest jeszcze sprawa Seanchan, Matko.
— Co z nimi? Wszystkie moje raporty mówią, że odpłynęli z powrotem za ocean, czy też do tego miejsca, z którego przybyli.
— Tak się wydaje, Matko. Ale obawiam się, że możemy mieć znowu z nimi do czynienia. — Verin wyciągnęła zza paska mały notes w skórzanej oprawie i zaczęła przerzucać stronice. — Sami o sobie mówili jako o „Zwiastunach” albo jako o „Tych Którzy Przybyli Wcześniej” i mówili o „Powrocie” oraz o odzyskaniu ziem, jakby wcześniej należały do nich. Zanotowałam wszystko, co o nich usłyszałam. Oczywiście, biorąc pod uwagę jedynie relacje tych, którzy naprawdę ich widzieli, albo mieli z nimi do czynienia bliżej.
— Verin, zawsze martwisz się morlwem daleko na Morzu Sztormów, podczas gdy tu i teraz srebrawa rozszarpuje nam sieci na strzępy.
Brązowa siostra nieprzerwanie przewracała strony.
— Trafna metafora, Matko, z tym morlwem. Widziałam kiedyś wielkiego rekina, którego morlew zagnał na mieliznę, na której tamten zdechł. — Zaznaczyła palcem jedną ze stron. — Tak. To jest najgorsze. Matko, Seanchanie stosu: wali Jedyną Moc jako broń.
Siuan przycisnęła dłonie do bioder. Raporty, które przyniosły gołębie, mówiły o tym również. Większość posiłkowała się jedynie wiedzą z drugiej ręki, jedynie kilka kobiet widziało to na własne oczy. Moc używana w charakterze broni. Nawet wyschły na papierze atrament zdradzał, że piszące te słowa znajdowały się na krawędzi histerii.
— To już przysporzyło nam kłopotów, Verin, i przysporzy dodatkowych, gdy wieści zaczną się roznosić, a wraz z tym obrastać treścią. Ale w tej sprawie nic nie mogę zrobić. Doniesiono mi, że ci ludzie uciekli, Córko. Czy masz jeszcze jakieś inne dowody?
— Cóż, nie, Matko, ale...
— Zanim będziesz miała, pozwól nam zająć się usunięciem tej srebrawy z naszych sieci, nim zacznie wygryzać dziury również w dnie łodzi.
Verin z wahaniem zamknęła notes i wsunęła go z powrotem za pasek.
— Jako powiesz, matko. Jeśli mogę spytać, co masz zamiar zrobić z Nynaeve i pozostałymi dwoma dziewczętami? Amyrlin zawahała się, rozważając odpowiedź.
— Zanim z nimi nie skończę, będą żałować, że nie poszły nad rzekę i nie sprzedały się w charakterze przynęty na ryby. — Była to prosta prawda, lecz rozumieć ją można było na kilka sposobów. — Dobrze. Usiądź i opowiedz mi wszystko, co te trzy mówiły i robiły w czasie, kiedy były z tobą. Dokładnie wszystko.
13
Kary
Leżąc na swym wąskim łóżku, Egwene marszczyła brwi, wpatrując się w roztańczone cienie, rzucane na sufit przez pojedynczą lampę. Żałowała, że nie jest w stanie sformułować żadnych planów działania albo domyślić się, czego należy się spodziewać w najbliższym czasie. Nic nie przychodziło jej do głowy. Cienie układały się w bardziej fantazyjne wzory niźli jej myśli. Ledwie była nawet w stanie martwić się o Mata, a wstyd, jaki z tego powodu czuła również był niewielki, zduszony przez otaczające ją ściany.
Pokój, w którym mieszkała był ciemny, pozbawiony okien; jak wszystkie pomieszczenia nowicjuszek, a nadto mały i kwadratowy, pomalowany na biało, z wieszakami na dobytek na jednej ze ścian, łóżkiem wbudowanym w przeciwną oraz półką na trzeciej ścianie, na której w dawnych czasach trzymała kilka książek pożyczonych z biblioteki Wieży. Umywalnia i trójnożny stołek dopełniały całości umeblowania. Deski podłogi były niemalże białe od szorowania. Zawdzięczała to w całości własnemu wysiłkowi, robiła to na czworakach, każdego dnia, od kiedy tu mieszkała, prócz innych obowiązków oraz lekcji. Nowicjuszki żyły prosto, niezależnie od tego, czy były córkami karczmarza, czy Córkami-Dziedziczkami Andoru.
Na sobie znowuż miała białą, prostą suknię, charakterystyczną dla nowicjuszek — nawet pasek był biały — ale nie odczuwała radości związanej z pozbyciem się znienawidzonych, szarych rzeczy. Jej pokój w nazbyt wielkim stopniu zmienił się w więzienną celę.
„A co, jeśli mają mnie zamiar tutaj trzymać. W tym pokoju. Jak w celi. Jak na smyczy i...”
Spojrzała na drzwi — wiedziała, że ciemna Przyjęta wciąż stoi na straży po ich drugiej stronie — i przylgnęła ściśle do biało gipsowanej ściany. Tuż nad materacem znajdowała się mała dziurka, niemalże niewidoczna, jeśli nie wiedziało się, gdzie patrzeć, dawno temu przewiercona przez nowicjuszki na wylot do sąsiedniego pokoju. Egwene zniżyła głos do szeptu.
— Elayne? — Nie było odpowiedzi. — Elayne? Śpisz?
— Jak mogłabym spać? — Nadeszła odpowiedź tamtej, cieniutki szept przesączył się przez szczelinę. — Sądziłam, że możemy znaleźć się w kłopotach, ale nie oczekiwałam czegoś takiego. Egwene, co one zamierzają zrobić z nami?
Egwene nie umiała odpowiedzieć na to pytanie, a jej przypuszczenia nie były z rodzaju tych, które chciałoby się wypowiadać na głos. Nie chciała nawet o nich myśleć.
— W rzeczywistości myślałam, że potraktują nas jak bohaterki, Elayne. Przywiozłyśmy bezpiecznie Róg Valere. Odkryłyśmy, że Liandrin jest Czarną Ajah.
Wymawiając te słowa, zająknęła się. Aes Sedai zawsze negowały istnienie Czarnych Ajah, Ajah, które służyły Czarnemu i znane były z tego, iż okazywały swój gniew, każdemu, kto choćby formułował takie przypuszczenia.
„Ale my wiemy, że one istnieją”.
— Powinnyśmy być bohaterkami, Elayne.
— Od tego, co być powinno, do tego, co jest, żadnego mostu nie wybudujesz — odpowiedziała Elayne. — Światłości, nienawidziłam tych słów, gdy wypowiadała je do mnie Matka, ale one są prawdą. Verin powiedziała, że nie wolno nam wspominać o Rogu czy Liandrin nikomu prócz Zasiadającej na Tronie Amyrlin. Nie sądzę, żeby cokolwiek z tego, co mamy do powiedzenia odniosło skutek taki, jak nam się wydaje. To nie w porządku. Tyle przeszłyśmy, ty tyle przeszłaś. To po prostu nie w porządku.
— Verin mówi. Moiraine mówi. Wiem dlaczego ludzie sądzą, że Aes Sedai są mistrzyniami marionetek. Nieomal czuję sznurki przywiązane do moich ramion i nóg. Cokolwiek uczynią, będzie to wynikać z tego, o czym postanowią, że korzystne jest dla Białej Wieży, a nie z tego, co może być dobre albo przyzwoite względem nas.