Выбрать главу

— Ale wciąż chcesz być Aes Sedai. Nieprawdaż?

Egwene zawahała się, ale nie było to pytanie, na które należałoby długo poszukiwać odpowiedzi.

— Tak — oznajmiła. — Wciąż chcę. Jest to jedyna droga, na jakiej możemy w ogóle być bezpieczne. Ale powiem ci jedno. Nie dam się ujarzmić.

To była nowa myśl, którą wypowiedziała głośno w momencie, kiedy tylko przyszła jej do głowy, ale zrozumiała, że nie chce jej cofnąć.

„Zrezygnować z możliwości dotykania Prawdziwego Źródła?”

Nawet teraz mogła je poczuć, jak trwa przy niej, niczym poświatę słońca promieniującego ponad ramieniem, lśnienie tuż obok granicy pola widzenia. Zwalczyła pragnienie sięgnięcia po nie.

„Zrezygnować z możliwości wypełnienia Jedyną Mocą, czucia się bardziej żywą niźli kiedykolwiek dotąd? Nigdy!”

— Nie bez walki.

Po drugiej stronie ściany zapadła długa cisza.

— W jaki sposób mogłabyś im przeszkodzić? Możesz być równie silna jak każda z nich, ale żadna z nas nie wie jeszcze wystarczająco dużo, by powstrzymać choćby jedną Aes Sedai przed odcięciem nas od Źródła, a ich są przecież dziesiątki.

Egwene zastanowiła się nad tym, co usłyszała. Na koniec rzekła:

— Mogę uciec. Tym razem naprawdę uciec.

— Będą nas ścigać, Egwene. Jestem pewna, że będą. Kiedy zdradzasz jakiekolwiek zdolności, nie pozwalają ci odejść, dopóki nie nauczysz się tyle, by się nie zabić. Albo po prostu od tego umrzeć.

— Nie jestem już prostą wiejską dziewczyną. Widziałam już trochę świata. Potrafiłabym trzymać się z dala od Aes Sedai, gdybym chciała.

W równym stopniu starała się przekonać samą siebie, co Elayne.

„A co, jeżeli nie wiem jeszcze dostatecznie wiele? Dostatecznie dużo o świecie, o Mocy? Co, jeżeli proste przenoszenie może mnie zwyczajnie zabić? — Zdławiła w sobie te myśli. — Tak wiele muszę się jeszcze nauczyć. Nie pozwolę im mnie powstrzymać”.

— Moja matka może nas ochronić — powiedziała Elayne — jeżeli to, co powiedział ten Biały Płaszcz było prawdą. Nigdy nie sądziłam, że będę się modliła, aby coś takiego okazało się prawdą. Ale jeśli tak nie jest, Matka byłaby gotowa zwyczajnie odesłać nas obie z powrotem w łańcuchach. Nauczysz mnie, jak żyje się w wiosce?

Egwene aż zamrugała.

— Chcesz iść ze mną? To znaczy, jeżeli do tego dojdzie?

Kolejna długa cisza, potem słaby szept.

— Nie chcę być ujarzmiona, Egwene. Nie będę. Nie pozwolę!

Drzwi otworzyły się, uderzając skrzydłem o ścianę, a Egwene usiadła, wzdrygnąwszy się. Usłyszała uderzenie drzwi z drugiej strony ściany. Faolain weszła do pokoju Egwene, uśmiechając się, gdy jej spojrzenie napotkało małą dziurkę. Takie dziurki łączyły większość pokoi nowicjuszek, wiedziała o tym każda kobieta, która kiedyś była jedną ź nich.

— Szepczemy sobie z przyjaciółką, hę? — powiedziała Przyjęta o lokowatych włosach, z zupełnie niespodziewanym ciepłem w głosie. — Cóż, czekając samotnie, można poczuć się opuszczoną. Miłą miałyście pogawędkę?

Egwene już otworzyła usta, potem pośpiesznie zamknęła je na powrót. Mogła odpowiedzieć, ale tylko Aes Sedai, zgodnie z tym, co powiedziała Sheriam. Nikomu innemu. Zmierzyła Przyjętą pustym spojrzeniem i czekała, co będzie dalej.

Fałszywe współczucie zniknęło z twarzy Faolain, niczym dach domu porwany falą powodzi.

— Wstawaj. Amyrlin nie powinna czekać na takie, jak ty. Masz szczęście, że nie weszłam na czas, aby cię usłyszeć. Ruszaj się!

Od nowicjuszek oczekiwano, że będą posłuszne Przyjętym nieomal w równym stopniu co Aes Sedai, lecz Egwene wstawała powoli, przeciągała czas tak długo; jak tylko ośmieliła się, wygładzając suknię. Wykonała przed Faolain nieznaczny ukłon i uśmiechnęła się do niej lekko. Grymas, który przemknął po twarzy tamtej, sprawił, że uśmiechnęła się, zanim przypomniała sobie, że powinna panować nad mimiką; nie było sensu w doprowadzaniu Faolain do ostateczności. Trzymając się prosto i zakładając, iż nie drżą jej kolana, wyszła pierwsza z pokoju.

Elayne czekała już na korytarzu w towarzystwie Przyjętej o rumianych policzkach, wyglądała na zdecydowaną na to, by za wszelką cenę okazać odwagę. W jakiś sposób udało jej się stworzyć wrażenie, że Przyjęta jest po prostu służącą niosącą za nią rękawiczki. Egwene miała nadzieję, że sama daje sobie choćby w połowie tak dobrze radę.

Ograniczone balustradami galerie, w których mieściły się kwatery nowicjuszek, wznosiły się kondygnacja za kondygnacją, niby w jakiejś ogromnej studni, opadały również tyleż samo pięter niżej aż do Dziedzińca Nowicjuszek. W zasięgu wzroku nie widać było żadnej innej kobiety. Jednakowoż, nawet gdyby zebrały się tutaj wszystkie nowicjuszki żyjące w Wieży, zapełniona zostałaby mniej niż czwarta część pokoi. Tylko one cztery wędrowały w całkowitym milczeniu dookoła pustych galerii, a potem w dół, po spiralnych rampach, żadna z nich nie zniosłaby chyba dźwięku głosów podkreślających pustkę.

Egwene nie była jeszcze nigdy w tej części Wieży, gdzie Amyrlin miała swoje pokoje. Korytarze tutaj były wystarczająco szerokie, by zmieścił się w nich swobodnie wóz, a wysokość sufitu przekraczała nawet wymiary poprzeczne. Na ścianach wisiały kolorowe gobeliny, utkane w najrozmaitszych stylach, przedstawiające wzory kwiatowe i sceny leśne, heroiczne czyny oraz misterne formy, niektóre wydawały się tak stare, jakby miały się podrzeć pod dotykiem. Ich buty wystukiwały ostrym rytmem na diamentokształtnych płytach podłogi, które odpowiadały kolorom siedmiu Ajah.

Tutaj można było spotkać nieliczne kobiety — od czasu do czasu Aes Sedai, sunące majestatycznie obok, nie mając czasu, by poświęcić choćby jedno spojrzenie Przyjętym lub nowicjuszkom; pięć albo sześć Przyjętych spieszących w poczuciu własnej wartości do wypełnienia jakichś zadań lub aby pogrążyć się w studiach; garstkę służących z tacami i szczotkami albo ramionami wypełnionymi pościelą lub ręcznikami, zupełnie nieliczne nowicjuszki poruszały się skrajem korytarza, szybciej nawet jeszcze niźli służące.

Nynaeve i jej eskorta, Theodrin o giętkiej szyi, przyłączyły się do nich. Żadna nie powiedziała nawet słowa. Nynaeve miała obecnie na sobie suknię Przyjętej, białą z lamówką siedmiu kolorowych pasów na krawędzi, ale pasek i sakwa były jej własnością. Rzuciła i Egwene, i Elayne dodający odwagi uśmiech oraz uścisnęła je po kolei — Egwene odczuła taką ulgę na widok jeszcze jednej przyjaznej twarzy, że oddała jej uścisk, nie pomyślawszy, iż tamta zachowuje się, jakby pocieszała dzieci — jednak kiedy szły dalej, Nynaeve również od czasu do czasu ostro szarpała za swój warkocz.

Niewielu mężczyzn można było zobaczyć w tej części Wieży, Egwene dostrzegła jedynie dwu: pogrążonych w rozmowie strażników, idących ramię w ramię, jeden z nich miecz miał zawieszony u pasa, drugi przez plecy. Pierwszy niski i szczupły, a nawet chudy, drugi zaś nieomal równie barczysty jak wysoki, obaj jednak poruszali się z charakterystyczną niebezpieczną gracją. Zmiennokolorowe płaszcze strażników powodowały lekki zawrót głowy, gdy patrzyło się na nie przez dłuższy czas, po części bowiem zdawały się rozpływać w tle ścian, obok których mężczyźni przechodzili. Zobaczyła, że Nynaeve wpatruje się w nich i potrząsnęła głową.

„Nynaeve musi coś zrobić z Lanem. Jeżeli po dzisiejszym dniu którakolwiek z nas będzie w stanie zrobić cokolwiek z kimkolwiek”.

Przedpokój gabinetu Zasiadającej na Tronie Amyrlin był odpowiednio wspaniały, by mógł znajdować się w dowolnym pałacu, chociaż fotele rozstawione dla ewentualnych interesantów były prosto wykonane, jednakże oczy Egwene nie zauważyły niemalże żadnych szczegółów, skupione bo wiem były na Leane Sedai. Strażniczka nosiła wąską niebieską stułę — znak urzędu — kolor wskazywał z jakich Ajah została wyniesiona, natomiast jej twarz równie dobrze mogłaby być wyrzeźbiona z gładkiego, brązowawego kamienia. Oprócz niej w pomieszczeniu nie było nikogo.