Выбрать главу

Elayne zdawała się zatopiona w myślach, być może wyobrażała sobie Morgase podczas nie kontrolowanego napadu gniewu. Zadrżała.

— Gawyn jest moim bratem — powiedziała nieobecnym tonem. — Galad nie.

— Nie zachowuj się dziecinnie — napomniała ją Amyrlin. — Ponieważ posiada tego samego ojca, jest również twoim bratem, niezależnie od tego, czy lubisz go czy nie. Nie pozwolę ci zachowywać się dziecinnie, dziewczyno. Jakaś porcja głupoty może być tolerowana u nowicjuszki, ale nie dozwala się jej Przyjętym.

— Tak, Matko — zgodziła się posępnie Elayne.

— Królowa zostawiła dla ciebie list u Sheriam. Ta, oprócz pokazania ci, do czego zdolny jest jej język, będzie się również upierała przy odesłaniu cię do domu najwcześniej, jak to tylko będzie dla ciebie bezpieczne. Pewna jest, iż za kilka miesięcy będziesz zdolna przenosić bez ryzyka, i że zabijesz się przy tym.

— Ale ja chcę się uczyć, Matko. — Stalowy ton ponownie zagrał w głosie Elayne. — Chcę zostać Aes Sedai.

Uśmiech Amyrlin był jeszcze bardziej ponury niż poprzednio.

— I tak się też stanie, dziecko, ponieważ nie mam zamiaru pozwolić Morgase dostać cię w swoje ręce. Masz możliwości zostania najsilniejszą Aes Sedai od tysiąca lat i nie pozwolę ci odejść, zanim po pierścieniu nie osiągniesz szala. Nawet jeśli miałabym cię zemleć i napchać tobą kiełbasę. Nie pozwolę ci odejść! Czy wyrażam się jasno?

— Tak, Matko.

W głosie Elayne brzmiał niepokój, a Egwene nie winiła jej za to. Znalazła się w potrzasku między Morgase i Białą Wieżą, niczym smakowity kąsek, uwięziona między królową Andoru i Tronem Amyrlin. Jeżeli Egwene kiedykolwiek zazdrościła Elayne jej bogactwa i tronu, na którym pewnego dnia zasiądzie, w tym momencie na pewno tak nie było.

Amyrlin energicznym głosem przerwała panującą ciszę.

— Leane, zabierz Elayne na dół do gabinetu Sheriam. Mam jeszcze kilka słów do powiedzenia tym dwóm. Słów, które na pewno nie będą dla nich przyjemne.

Egwene wymieniła z Nynaeve zaskoczone spojrzenia, na chwilę wspólne zmartwienie zdawało się łagodzić istniejące między nimi napięcie.

„Co ona może powiedzieć nam, czego nie miałaby usłyszeć Elayne? — zastanawiała się. — Nie dbam o to, dopóki nie spróbuje powstrzymać mnie od uczenia się. Ale dlaczego nie Elayne?”

Elayne skrzywiła się na samo wspomnienie gabinetu Mistrzyni Nowicjuszek, ale zebrała się w sobie, gdy Leane stanęła u jej boku.

— Jak rozkażesz, Matko — powiedziała uroczystym tonem, zginając się w doskonałym ukłonie, rozpościerając szeroko fałdy sukni — tak też i jestem posłuszna.

Wyszła w ślad za Leane, głowę zaś trzymała wysoko.

14

Ukłucie kolców

Zasiadająca na Tronie Amyrlin zatopiła się w mil czemu, podeszła do wysokich, łukowato sklepionych okien i spojrzała ponad balkonem na znajdujące się niżej ogrody, ręce trzymała splecione ciasno z tyłu. Minuty mijały, zanim wreszcie przemówiła, wciąż odwrócona tyłem do nich.

— Udało mi się zachować w tajemnicy najgorszą część tego, co się zdarzyło, ale na jak długo? Służba nic nie wie o skradzionych ter’angrealach i nikt nie łączy tych śmierci z Liandrin oraz jej wspólniczkami. Nie było to łatwe. Wszyscy wierzą, że zabójstwa były dziełem Sprzymierzeńców Ciemności. I tak też jest w istocie. Nadto szerzą się już w mieście plotki, że Sprzymierzeńcy Ciemności dostali się do Wieży, że oni mordowali. Nie było sposobu na powstrzymanie tego. Nie jest to dobre dla naszej reputacji, ale w każdym razie lepsze niż prawda. W końcu nikt poza Wieżą, a niewiele osób wewnątrz wie, że zabite zostały Aes Sedai. Sprzymierzeńcy Ciemności w Białej Wieży! Pfuj! Przez całe moje życie zaprzeczałam tej możliwości. Nie pozwolę im na to. Zawieszę je na haku, wypatroszę i pozostawię na słońcu, żeby wyschły na kość.

Nynaeve rzuciła Egwene niepewne spojrzenie — stopień pomieszania w jej oczach nie dorównywał nawet w połowie uczuciom tamtej — potem wzięła głęboki oddech.

— Matko, czy to znaczy, że mamy być jeszcze bardziej ukarane? Oprócz tego, co już zawyrokowałaś dla nas?

Amyrlin spojrzała na nie przez ramię, jej oczy pozostały skryte w cieniu.

— Ukarane bardziej? Cóż, równie dobrze można to tak nazwać. Niektórzy powiedzą, że wynosząc was, robię wam prezent. Teraz poczujecie prawdziwe ukłucia kolców tej róży.

Szybko przeszła z powrotem do swego fotela i usiadła, w tej samej chwili pośpiech jakby ją opuścił. Albo zastąpiła go niepewność.

Na widok zagubienia Amyrlin, Egwene poczuła, jak coś ją ściska w żołądku. Zasiadająca na Tronie Amyrlin stanowiła zawsze uosobienie pewności, jasny punkt na jej ścieżce. Była personifikacją siły. Niezależnie od tego, jak wielką sama posiadałaby wrodzoną moc, kobieta siedząca po drugiej stronie stołu miała wiedzę i doświadczenie, dzięki którym zdolna była owinąć ją sobie dookoła palca. Nagły widok wahającej się Amyrlin — niczym dziewczyny, która wie, że musi skoczyć na główkę do stawu, nie wiedząc jednocześnie, jak jest głęboki, ani czy na dnie znajdują się skały czy glina — taki widok przeszył Egwene mrozem do szpiku kości.

„Co ona chciała powiedzieć przez prawdziwe ukłucia kolców? Światłości, co ona zamierza nam zrobić?”

Wskazując palcem rzeźbione czarne pudełko stojące przed nią na stole, Amyrlin wbiła w nie wzrok, ale patrzyła jakby przez nie na wylot.

— Jest to kwestia tego, komu mogę zaufać? — powiedziała cicho. — W ostateczności będę w stanie zaufać Leane i Sheriam. Ale czy się ośmielę? Verin? — Jej ramiona zatrzęsły się w krótkim wybuchu bezgłośnego śmiechu. Już ufam Verin, przecież powierzyłam jej więcej niż własne życie, ale jak długo może to trwać? Moiraine? — Przez chwilę milczała. — Zawsze wierzyłam, że mogę ufać Moiraine.

Egwene poruszyła się niespokojnie. Jak wiele wie Amyrlin? Nie było to coś, o co mogłaby spytać wprost, nie Zasiadającą na Tronie Amyrlin.

„Czy wiesz, że młodzieniec z mojej wioski, człowiek, o którym myślałam, że pewnego dnia wezmę z nim ślub, jest Smokiem Odrodzonym? Czy wiesz, że pomagają mu dwie z twoich Aes Sedai?”

Pewna była jedynie tego, że Amyrlin nie wie, iż śniła o nim zeszłej nocy, śniła, jak uciekał przed Moiraine. Sądziła przynajmniej, że jest tego pewna. Trwała więc w milczeniu.

— O czym ty mówisz? — dopytywała się Nynaeve. Gdy Amyrlin spojrzała na nią, złagodziwszy ton głosu, dodała: — Wybacz mi, Matko, ale czy mamy zostać bardziej ukarane? Nie rozumiem całej tej przemowy o zaufaniu. Jeśli pragniesz poznać moje zdanie, to Moiraine nie można wierzyć.

— Taka jest twoja opinia, tak? — zapytała Amyrlin. — Ledwie rok temu opuściłaś swoją wioskę i już sądzisz, że wiesz, która Aes Sedai jest godna zaufania, a która nie? Doświadczony żeglarz, który ledwie nauczył się wciągać żagle!

— Ona nie chciała w ten sposób niczego zasugerować, Matko — powiedziała Egwene, ale wiedziała przecież, że Nynaeve powiedziała dokładnie to, co chciała powiedzieć. Rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. Tamta szarpnęła gwałtownie za koniec swego warkocza, ale nie odzywała się więcej .

— Cóż, któż może wiedzieć — zadumała się Amyrlin. — Zaufanie jest czasami równie trudne do uchwycenia jak wijące się piskorze. Sprawa polega na tym, że to właśnie z wami dwoma muszę pracować, niezależnie od tego, jak kruche stanowicie źdźbła.