Usta Nynaeve zacisnęły się jeszcze bardziej, mimo to głos nie zmienił tonu.
— Kruche źdźbła, Matko?
Amyrlin ciągnęła dalej, jakby żadne pytanie nie padło:
— Liandrin próbowała wepchnąć was do swego saka, może to więc oznaczać, że uciekła, ponieważ dowiedziała się, iż wracacie i będziecie w stanie ją zdemaskować, dlatego też muszę wierzyć, że nie jesteście... Czarnymi Ajah. Wolałabym raczej jeść łuski i wnętrzności — wymruczała — ale przypuszczam, że będę musiała przywyknąć do wypowiadania tej nazwy.
Egwene, oniemiała, aż usta otworzyła ze zdumienia „Czarne Ajah? My? Światłości!” — ale Nynaeve warknęła:
— Oczywiście, że nie jesteśmy! Jak śmiesz mówić takie rzeczy? Jak śmiesz w ogóle coś takiego sugerować?
— Jeśli masz jakieś wątpliwości, dziecko, to proszę bardzo! — powiedziała Amyrlin twardym głosem. — Możesz czasami władać mocą Aes Sedai, ale nie jesteś jeszcze Aes Sedai, do tego ci jeszcze daleko. A więc? Mów, jeśli masz jeszcze coś do powiedzenia. Obiecuję, że łkając, będziesz błagać o wybaczenie! „Kruche źdźbła”? Złamię cię jak źdźbło trawy! Moja cierpliwość się wyczerpała.
Usta Nynaeve drżały. Na koniec jednak potrząsnęła głową i wzięła głęboki oddech. Kiedy, uspokojona nieco, przemówiła, w jej głosie pobrzmiewały wciąż ostre tony, choć już łagodniejsze.
— Wybacz mi, Matko. Ale nie powinnaś... Nie jesteśmy... Nie mogłybyśmy czegoś takiego zrobić.
Tłumiąc uśmiech, Amyrlin odchyliła się w fotelu.
— Tak więc, jesteś w stanie powstrzymać swe humory, kiedy chcesz. Powinnam to wiedzieć. — Egwene zastanawiała się, jak wiele z tego, co się dotąd zdarzyło, stanowiło próbę. Wokół oczu Amyrlin dostrzegła napięte mięśnie, które mogły świadczyć o tym, że jej cierpliwość rzeczywiście się wyczerpała. — Chciałabym umieć znaleźć sposób obdarzenia cię szarfą, Córko. Verin mówi, że już jesteś równie silna jak którakolwiek pozostała kobieta w Wieży.
— Szarfa! — Nynaeve zaparło dech. — Aes Sedai? Ja?
Amyrlin wykonała delikatny gest, jakby odsuwała coś sprzed twarzy, jednocześnie wyglądając na zmartwioną tą startą.
— Nie ma sensu opłakiwać czegoś, co nie może się stać. Nie za bardzo mogę wynieść cię do godności pełnej siostry i jednocześnie posłać do kuchni, abyś tam szorowała garnki. Nadto Verin powiada, że wciąż nie potrafisz przenosić świadomie, a tylko wtedy, gdy przepełnia cię wściekłość. Gotowa byłam odciąć cię od Prawdziwego Źródła, gdyby tylko wyglądało na to, że obejmujesz saidara. Końcowe próby na szarfę wymagają wykazania zdolności przenoszenia z jednoczesnym zachowaniem bezwzględnego spokoju w obecności zewnętrznych nacisków. Skrajnych nacisków. Nawet ja nie mogłabym, i nie chciałabym, ominąć tych warunków.
Nynaeve wyglądała jak ogłuszona. Stała z otwartymi ustami, wpatrując się w Amyrlin.
— Nie rozumiem, Matko — powiedziała po chwili Egwene.
— Jeśli o to chodzi, to przypuszczam, że nie możesz zrozumieć. W całej Wieży jesteście jedynymi, co do których mogę być całkowicie pewna, że nie są Czarnymi Ajah. — Usta Amyrlin ponownie wykrzywiły się na tych słowach. — Liandrin i jej dwunastka odeszły, ale czy mogę być pewna, że odeszły wszystkie? Czy też część z nich została, jak pniak w płytkiej wodzie, którego nie widzisz, dopóki nie wybije dziury w dnie twojej łodzi? Możliwe jest, że nie uda mi się tego odkryć, dopóki nie będzie za późno, ale nie pozwolę Liandrin i jej wspólniczkom odjechać spokojnie po tym, co zrobiły. Po kradzieży i po morderstwach. Nikt nie będzie zabijał moich ludzi i nietknięty swobodnie odchodził. I nie pozwolę trzynastu doświadczonym Aes Sedai służyć Cieniowi. Chcę znaleźć je i ujarzmić!
— Nie rozumiem, co to ma wspólnego z nami — powiedziała wolno Nynaeve. Wyglądało na to, że nie spodobały się jej własne myśli.
— Dokładnie to, dziecko; wy dwie będziecie mymi ogarami, tropiącymi Czarne Ajah. Nikt by w to nie uwierzył, żeby na poły wytrenowane Przyjęte, które poniżyłam publicznie miały zajmować się takimi zadaniami.
— To szaleństwo! — Oczy Nynaeve otwierały się coraz szerzej do czasu, kiedy Amyrlin doszła do słów „Czarne Ajah”, a kostki jej palców pobielały od ściskania warkocza. Kiedy mówiła, było to tak, jakby odrąbywała i wypluwała kolejne słowa. — Są pełne Aes Sedai. Egwene nie została nawet wyniesiona jeszcze do godności Przyjętej, a wiesz przecież, że nie potrafię przenosić, jeśli nie jestem wściekła, nie potrafię przenosić tylko dlatego, że tego chcę. Jaką mamy szansę?
Egwene pokiwała głową na znak zgody. Język przylgnął jej do podniebienia.
„Ścigać Czarne Ajah? Wolałabym raczej z rózgą wyprawić się na niedźwiedzia! Ona tylko próbuje nas wystraszyć, by w ten sposób ukarać nas bardziej. Na pewno tak jest!”
Jeśli rzeczywiście Amyrlin chodziło tylko o to, to bez wątpienia odniosła sukces.
Amyrlin również pokiwała głową.
— Wszystko, co mówisz jest prawdą. Ale każda z was swobodnie prześcignie Liandrin, jeśli chodzi o czystą moc, a ona jest z nich wszystkich najsilniejsza. Oczywiście, że one są wyćwiczone, a wy nie, a ty, Nynaeve, rzecz jasna, posiadasz swoje ograniczenia. Kiedy jednak nie masz wiosła, dziecko, każda deska może ci posłużyć dla odbicia od brzegu.
— Ale ze mnie nie będzie żadnego pożytku — wypaliła Egwene. Jej głos brzmiał jak skrzeczenie, bała się jednak za bardzo, by się wstydzić.
„Ona naprawdę tego chce! Och, Światłości, rzeczywiście miała to na myśli! Liandrin wydała mnie Seanchanom, a teraz ona chce, żebym ścigała trzynaście takich jak tamta?”
— Moje studia, moje wykłady, praca w kuchni. Anaiya Sedai z pewnością chciałaby kontynuować testy mające wykazać, czy jestem Sniącą. Z trudem znajduję czas na to, by jeść i spać. Jak mogłabym jeszcze kogokolwiek ścigać?
— Będziesz musiała jakoś znaleźć czas — oznajmiła Amyrlin ponownie, zimno i spokojnie, jakby ściganie Czarnych Ajah nie było niczym więcej, niż zmywanie podłogi. — Jako jedna z Przyjętych sama dobierasz sobie przedmiot studiów, w określonych granicach rzecz jasna, i czas, jaki musisz na nie poświęcić. Reguła jest odrobinę lżejsza dla Przyjętych. Odrobinę. One muszą zostać odnalezione, dziecko.
Egwene spojrzała na Nynaeve, ale tamta zapytała tylko:
— Dlaczego Elayne została z tego wyłączona? Na pewno nie ze względu na to, że podejrzewasz ją o bycie Czarną Ajah. To dlatego, że jest Córką-Dziedziczką Andoru?
— Pełne sieci zaraz po pierwszym zarzuceniu, dziecko. Uczyniłabym ją jedną z was, ale w obecnej chwili i tak mam wystarczająco dużo problemów z Morgase. Kiedy już ją odpowiednio wyłajam, utemperuję i zawrócę na właściwą ścieżkę, wówczas prawdopodobnie Elayne dołączy do was. Być może, jednakowoż dopiero wtedy.
— A więc Egwene nie włączaj w to również — powiedziała Nynaeve. — Ona jest ledwie na tyle dorosła, by być kobietą. Ja będę dla ciebie polować.
Egwene próbowała zaprotestować — „Jestem kobietą!” — ale Amyrlin odezwała się pierwsza.
— Nie wysyłam cię na przynętę, dziecko. Gdybym miała setkę takich jak ty, wciąż nie byłabym zadowolona, ale jesteście tylko wy dwie, i to jest wszystko, co posiadam.
— Nynaeve — zapytała Egwene. — Nie rozumiem cię. Czy ty rzeczywiście chcesz to zrobić?
— Nie chodzi o to, że ja tego chcę — odrzekła zmęczonym głosem Nynaeve — ale wolę raczej je ścigać, niż siedzieć na miejscu i zastanawiać się, czy ucząca mnie Aes Sedai nie jest w rzeczywistości Sprzymierzeńcem Ciemności. A cokolwiek one zamierzają, nie mam ochoty czekać, aż będą gotowe to przed nami odkryć.