Выбрать главу

Egwene przełknęła ślinę.

— O tym nie pomyślałam. Światłości, chciałabym być niewidzialna. Nynaeve, jeżeli one wciąż nas ścigają, to raczej zaryzykuję ujarzmienie, niż dam się zabić Sprzymierzeńcowi Ciemności, albo pozwolę zrobić sobie coś jeszcze gorszego. Myślę, że ty również nie poddasz się bez walki, niezależnie od tego, co obiecałaś Amyrlin.

— Zrobię to, co powiedziałam. — Przez chwilę Nynaeve wyglądała, jak wyrwana z głębokiego zamyślenia. Przyspieszyła kroku. Obok nich przeszła szybko jasnowłosa nowicjuszka niosąca tacę. — Mam zamiar dotrzymać każdego słowa, jakie wypowiedziałam, Egwene. — Kiedy nowicjuszka odeszła poza zasięg głosu, Nynaeve ciągnęła dalej. — Istnieją inne sposoby obrony. Gdyby ich nie było, zabijano by Aes Sedai za każdym razem, kiedy opuszczają Wieżę. Musimy tylko wymyślić, jak to zrobić i potem zastosować nasze pomysły w praktyce.

— Już znam kilka takich sposobów, podobnie zresztą jak ty.

— Są niebezpieczne. — Egwene już otworzyła usta, by powiedzieć, że niebezpieczne są dla napastnika, lecz Nynaeve nie pozwoliła jej dojść do głosu. — Może się zdarzyć, że nazbyt je polubisz. Kiedy dzisiejszego ranka wyzwoliłam cały mój gniew przeciwko Białym Płaszczom... To było zbyt przyjemne uczucie.

Zadrżała i ponownie przyspieszyła kroku, tak że Egwene musiała również ruszyć żwawiej, aby za nią nadążyć.

— Jakbym słyszała Sheriam. Nigdy dotąd nie mówiłaś w taki sposób. Buntowałaś się przeciwko wszelkim ograniczeniom, jakie na ciebie nakładały. Dlaczego więc teraz je akceptujesz, skoro być może będziemy musiały je zlekceważyć, aby pozostać przy życiu?

— Jaki z tego pożytek, skoro wszystko może się skończyć wydaleniem nas z Wieży? Ujarzmione czy nie, wszystko jedno, co z tego będziemy miały? — Głos Nynaeve ścichł, jakby mówiła sama do siebie. — Mogę to zrobić. Muszę, jeżeli mam tutaj zostać wystarczająco długo, by się uczyć, a muszę się uczyć, jeżeli mam... — Nagle jakby zdała sobie sprawę, że mówi na głos. Zmierzyła Egwene ostrym spojrzeniem, a jej głos stwardniał. — Pozwól mi pomyśleć. Proszę, bądź przez chwilę cicho i pozwól mi pomyśleć.

Egwene nabrała wody w usta, ale wewnątrz aż gotowała się od nie zadanych pytań. Jakie to szczególne powody przepełniają Nynaeve chęcią nauczenia się więcej od tego wszystkiego, co oferuje Biała Wieża? Czym jest to, czego pragnie? Dlaczego trzyma to przed nią w tajemnicy?

„Tajemnice. Nauczyłyśmy się tak wiele rzeczy trzymać w tajemnicy, od czasu przybycia do Wieży. Amyrlin również ma przed nami tajemnice. Światłości, co ona zamierza zrobić z Matem?”

Nynaeve towarzyszyła jej przez całą drogę powrotną do kwater nowicjuszek, ani razu nie okazywała zamiaru skręcenia w stronę pomieszczeń zajmowanych przez Przyjęte. Krużganki były wciąż puste, nie spotkały nikogo podczas swej drogi w górę, po spiralnych rampach.

Kiedy doszły do pokoju zajmowanego przez Elayne, Nynaeve zatrzymała się, zapukała raz i natychmiast otworzyła drzwi, wsuwając głowę do środka. Potem wycofała się, skrzydło białych drzwi swobodnie wróciło na poprzednie miejsce, a ona powędrowała do następnego pokoju, należącego do Egwene.

— Jeszcze jej nie ma — powiedziała. — Muszę porozmawiać z wami oboma.

Egwene chwyciła ją za ramiona i zmusiła do przystanięcia.

— Co...?

Coś szarpnęło jej włosy, ukłuło w ucho. Ciemna smuga przemknęła przed jej twarzą i brzęknęła o ścianę, w mgnieniu oka Nynaeve już przyciskała ją do posadzki galerii pod balustradą.

Płasko rozciągnięta na podłodze, Egwene patrzyła szeroko rozwartymi oczami na przedmiot, który leżał na kamieniu przed jej drzwiami, gdzie przed momentem upadł. Bełt z kuszy. Kilka ciemnych pasm jej włosów zaplątało się w cztery mocne zęby przeznaczone do przebijania zbroi. Podniosła drżącą dłoń do ucha, dotykając drobnego nacięcia, na palcu został paciorek krwi.

„Gdybym się nie zatrzymała dokładnie w tej chwili... Gdybym się...”

Grot zapewne przeszedłby na wylot przez jej głowę, zabijając również Nynaeve.

— Krew i popioły! — sapnęła. — Krew i krwawe popioły!

— Uważaj na to, co mówisz — napomniała ją Nynaeve, ale w jej głosie nie było przekonania.

Leżała, patrząc przez wykonane z białego kamienia słupki balustrad ku odległym galeriom. Egwene zobaczyła, jak Nynaeve otacza się poświatą. Objęła saidara.

Egwene również spróbowała raptownie sięgnąć do Jedynej Mocy, ale pośpiech zniweczył jej usiłowania. Pośpiech i obrazy, które wdzierały się w pustkę, obrazy jej głowy roztrzaskanej jak zgniły melon przez ciężki grot, wędrujący dalej, by zagłębić się w ciele Nynaeve. Wzięła głęboki oddech, spróbowała ponownie i ostatecznie róża rozpłynęła się w pustce, otworzyła na Prawdziwe Źródło, wypełniła ją Moc.

Przewróciła się na brzuch, aby zza pleców Nynaeve spojrzeć przez balustradę.

— Widzisz coś? Widzisz go? Przeszyję go na wylot błyskawicą! — Czuła, jak błyskawica rośnie w niej, domaga się uwolnienia. — To mężczyzna, czyż nie?

Nie umiała wyobrazić sobie mężczyzny wchodzącego do kwater nowicjuszek, ale obraz kobiety spacerującej z kuszą po Wieży był równie nieprawdopodobny.

— Nie wiem. — Stłumiony gniew przepełniał głos Nynaeve, zawsze kiedy udało jej się stłumić gniew, można było domniemywać, że przybrał on postać skrajną. — Myślę, że widziałam... Tak! Tam!

Egwene poczuła, jak w tamtej pulsuje Moc i wtedy Nynaeve nieśpiesznie wstała, poprawiając suknię, jakby niczym więcej nie należało się martwić.

Egwene spojrzała na nią.

— Co? Co ty robisz? Nynaeve?

— Z Pięciu Mocy — powiedziała Nynaeve takim tonem, jakby udzielała wykładu, choć w jej głosie brzmiały tony delikatnie prześmiewcze — Powietrze, czasami nazywane Wiatrem, uważa się za najmniej użyteczne. Jest to jednak dalekie od prawdy. — Zakończyła krótkim wybuchem ostrego śmiechu. — Powiedziałam ci, że istnieją inne sposoby obrony. Zastosowałam Powietrze do pochwycenia go. Jeżeli to jest on, nie widziałam go wyraźnie. Tę sztuczkę Amyrlin pokazała mi kiedyś, chociaż wątpię, by spodziewała się, że zapamiętam jej mechanizm. Cóż, zamierzasz leżeć tutaj przez resztę dnia?

Egwene gramoląc się, wstała i pośpieszyła za nią wokół galerii. Nie zabrało im dużo czasu, zanim za zakrętem zobaczyły mężczyznę w prostych brązowych bryczesach i kaftanie. Stał, patrząc w przeciwnym kierunku, balansując na poduszkach palców jednej stopy, podczas gdy druga trwała zawieszona w powietrzu, jakby pochwycony został w biegu. Zapewne czuł się niczym zagrzebany w gęstej galarecie, a przecież to tylko powietrze zesztywniało wokół niego. Egwene również pamiętała sztuczkę Amyrlin, jednak nie spodziewała się, by była w stanie ją powtórzyć. Nynaeve wystarczyło raz zobaczyć, jak rzecz jest robiona, by od razu działać samodzielnie. Oczywiście, kiedy w ogóle była w stanie przenosić.

Podeszły bliżej, a kontakt Egwene z Mocą został przerwany na skutek wstrząsu, jaki przeżyła. Z piersi mężczyzny sterczała rękojeść sztyletu. Rysy jego twarzy wydłużyły się, a śmierć zakryła mgłą półprzymkięte oczy. Runął na posadzkę krużganka, gdy Nynaeve zwolniła trzymającą go pułapkę.

Mężczyzna wyglądał zupełnie przeciętnie, przeciętnego wzrostu i przeciętnej budowy, jego rysy były tak zwyczajne, iż Egwene nie sądziła, że mogłaby zwrócić na niego uwagę w grupie liczącej choćby trzy osoby. Przyglądała mu się tylko przez moment, zanim zrozumiała, że czegoś brakuje. Kuszy.

Wzdrygnęła się i dzikim wzrokiem rozejrzała dookoła.

— Musi gdzieś tu być jeszcze jeden, Nynaeve. Ktoś zabrał kuszę. I ktoś musiał go zabić. Może gdzieś tu się czaić, gotowy do oddania drugiego strzału.