Nynaeve zadrżała.
— Bez przerwy mówią mi, że mam możliwość zostać najpotężniejszą Aes Sedai od tysiąca lat. Przypuszczam, że to jest właśnie chwila, aby się przekonać, czy mają rację.
Szarpnęła koniec swego warkocza.
Było oczywiste, że niezależnie od tego, jak śmiałe są jej słowa, Nynaeve boi się.
„Ale nie pozwoli Matowi umrzeć, nawet gdyby miało to oznaczać, że sama będzie musiała zaryzykować życie”.
— Mówią nam, że wszystkie trzy jesteśmy potężne. Albo będziemy. Być może więc, gdybyśmy spróbowały razem, mogłybyśmy podzielić przepływ mocy pomiędzy siebie.
— Nigdy nie próbowałyśmy działać razem — powiedziała wolno Nynaeve. — Nie jestem pewna, czy wiedziałabym, jak połączyć nasze zdolności. Taka współpraca mogłaby okazać się równie niebezpieczna jak zaczerpnięcie zbyt dużej ilości Mocy.
— Och, jeżeli mamy zamiar to zrobić — zaproponowała Elayne, schodząc z łóżka — to zróbmy. Im dłużej o tym rozmawiamy, tym bardziej będę przerażona. Mat leży w pokojach gościnnych. Nie wiem, w którym, ale Sheriam przynajmniej tyle mi powiedziała.
Jakby na podsumowanie jej wypowiedzi, drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka weszła Aes Sedai, w taki sposób, jakby był to jej pokój, a one zwykłymi intruzami.
Egwene wykonała przed nią dworski ukłon, by skryć konsternację, jaka pojawiła się na jej twarzy.
17
Czerwona siostra
Elaida była kobietą raczej przystojną, niż piękną, a srogość na jej twarzy dodawała dojrzałości nie zdradzającym wieku rysom Aes Sedai. Nie wyglądała staro, jednak Egwene nie potrafiła sobie wyobrazić młodej Elaidy. Wyjąwszy najbardziej uroczyste okazje, niewiele Aes Sedai nosiło wyszywane w kształty liści winorośli szale z dużą białą łzą Płomienia Tar Valon na plecach, lecz Elaida właściwie nie zdejmowała swojego. Długie, czerwone frędzle oznajmiały przynależność. Czerwień barwiła również jej suknię z kremowego jedwabiu, czerwone pantofle wyłaniały się spod krawędzi sukni, gdy wkraczała do pokoju. Jej ciemne oczy patrzyły na nie, niczym oczy ptaka wpatrującego się w robaki.
— Tak więc, zebrałyście się tu wszystkie razem. Z jakiegoś powodu nie jest to dla mnie zaskoczeniem. — W jej głosie nie było więcej pretensji niż w ubiorze. Była kobietą posiadającą władzę i moc, gotową do wykorzystania ich w każdym momencie, w którym uzna to za konieczne, kobietą, która wiedziała więcej, niźli te, do których się zwracała. Tak samo odnosiło się to do królowej, jak i prostej nowicjuszki.
— Wybacz mi, Elaida Sedai — odezwała się Nynaeve, wykonując kolejny ukłon — ale właśnie miałam wyjść. Muszę wiele nadrobić w swoich studiach. Jeśli pozwolisz...
— Twoje studia mogą poczekać — odrzekła Elaida. — Wszak czekały już wystarczająco długo.
Wzięła z rąk Nynaeve płócienną torbę i rozwiązała owijające ją sznurki, ale raz tylko rzuciwszy okiem do środka, upuściła ją na posadzkę.
— Zioła. Nie jesteś już wiejską Wiedzącą, dziecko. Okazując takie przywiązanie do przeszłości, powstrzymujesz tylko swój rozwój.
— Elaida Sedai — zaczęła Elayne — ja...
— Nie odzywaj się, nowicjuszko. — Głos Elaidy był tak zimny i miękki, jak miękka jest stal owinięta w jedwab, — Z twojego powodu mogła ulec zerwaniu więź między Tar Valon i Caemlyn, więź trwająca nieprzerwanie przez trzy tysiące lat. Będziesz mówić, kiedy zwrócę się do ciebie.
Elayne wbiła wzrok w posadzkę u swych stóp. Plamy czerwieni zabarwiły jej policzki. Wina czy gniew? Egwene nie była pewna.
Ignorując je, Elaida usiadła na jednym z foteli i troskliwie ułożyła fałdy swych sukni. Najmniejszym gestem nie dała im do zrozumienia, że też mogą usiąść. Rysy twarzy Nynaeve ściągnęły się, zaczęła lekko szarpać swój warkocz. Egwene miała nadzieję, że na tyle powstrzyma swą złość, by nie zająć bez pozwolenia drugiego fotela.
Kiedy Elaida wreszcie umościła się wygodnie, przez moment wpatrywała się w nie milcząco, jej twarz pozostała nieodgadniona. Na koniec zapytała:
— Czy wiecie, że między nami są Czarne Ajah? Egwene wymieniła zaskoczone spojrzenia z Elayne i Nynaeve.
— Powiedziano nam — odrzekła ostrożnie Nynaeve. — Elaida Sedai. — Dodała po krótkiej chwili.
Elaida uniosła brew.
— Tak. Przypuszczałam, że będziecie o tym wiedziały.
Egwene drgnęła, zaskoczona tonem jej głosu, dającym do zrozumienia dużo więcej, niż zostało wyraźnie powiedziane, a Nynaeve gniewnie otworzyła usta, ale puste spojrzenie Aes Sedai spowodowało, iż słowa zamarły im na ustach.
— Wy dwie — Elaida kontynuowała zdawkowym głosem — znikacie, zabierając ze sobą Córkę-Dziedziczkę Andoru... dziewczynę, która pewnego dnia może zostać Królową Andoru, jeśli wcześniej nie zedrę z niej skóry i nie sprzedam rękawicznikowi... znikacie bez pozwolenia, bez słowa, bez śladu.
— Nie zostałam zabrana — powiedziała Elayne z opuszczoną głową. — Poszłam z nimi z własnej woli.
— Będziesz mi posłuszna, dziecko? — Elaidę otoczyła poświata. Spojrzenie Aes Sedai skupiło się na Elayne. Czy z miejsca muszę udzielić ci nauczki?
Elayne uniosła głowę, nie pozostawiając wątpliwości, co rysuje się na jej twarzy. Gniew. Przez długą chwilę wytrzymywała spojrzenie Elaidy.
Egwene wbiła paznokcie w skórę dłoni. To było szaleństwo. Ona, albo Elayne czy Nynaeve mogły z miejsca zniszczyć Elaidę. Przynajmniej gdyby udało się ją zaskoczyć, jednak tamta była w pełni wyćwiczona.
„A jeśli zrobimy coś innego, zamiast wysłuchać od niej wszystkiego, co nam zechce wmusić, wówczas odrzucimy wszystko. Nie rób tego, Elayne. Nie odrzucaj wszystkiego”.
Głowa Elayne opadła.
— Wybacz mi, Elaida Sedai — wymamrotała. — Zapomniałam się.
Poświata zniknęła, zaś Elaida głośno prychnęła.
— Nabyłaś kiepskich obyczajów, odkąd zabrały cię te dwie. Nie powinnaś sobie na coś takiego pozwalać, dziecko. Będziesz pierwszą Królową Andoru, która jednocześnie jest Aes Sedai. Pierwszą królową jakiegokolwiek kraju od tysiąca lat, która będzie Aes Sedai. Będziesz jedną z najpotężniejszych pośród nas, od czasu Pęknięcia Świata, być może wystarczająco potężną, aby stać się pierwszą władczynią od Pęknięcia, która otwarcie oznajmi, że jest Aes Sedai. Nie ryzykuj tego wszystkiego, dziecko, bowiem wciąż możesz wszystko stracić. Zainwestowałam w to zbyt wiele czasu. Rozumiesz, co mam na myśli?
— Tak sądzę, Elaida Sedai — powiedziała Elayne.
Brzmiało to tak, jakby niczego nie rozumiała. Podobnie zresztą jak Egwene.
Elaida zmieniła temat rozmowy.
— Możecie znaleźć się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Wszystkie trzy. Giniecie i wracacie, a w tym czasie Liandrin i jej... towarzyszki opuszczają nas. Nie da się uniknąć porównań. Pewne jesteśmy, że Liandrin i te, które odeszły wraz z nią, były Sprzymierzeńcami Ciemności. Czarnymi Ajah. Nie chciałabym, aby podobny zarzut spoczął na Elayne, a aby ją chronić, muszę chronić was wszystkie. Powiedzcie mi, dlaczego uciekłyście i co robiłyście przez te wszystkie miesiące, a zrobię dla was, ile tylko będę mogła.
Jej oczy wbiły się w Egwene jak dwa haki.
Egwene desperacko starała się wymyślić odpowiedź, którą tamta zaakceptuje. Powiadano, że Elaida czasami potrafi wyczuć kłamstwo.
— To... chodziło o Mata. Jest bardzo chory. — Usiłowała rozważnie dobierać słowa, aby nie powiedzieć niczego, co nie jest prawdziwe, a jednocześnie nie zdradzić tamtej, jak wszystko naprawdę się odbyło. — Udałyśmy się do... Przywiozłyśmy go z powrotem, aby mógł zostać uzdrowiony. Gdybyśmy tego nie zrobiły, umarłby. Amyrlin będzie go uzdrawiać.
„Mam nadzieję”.
Zmuszała się, aby nieprzerwanie patrzeć w oczy Czerwonej Aes Sedai, pragnąc jednocześnie powstrzymać nerwowe szuranie stopą. Z twarzy Elaidy nie dawało się wyczytać, czy wierzy choć w jedno słowo.