Egwene pomyślała, że porcja cierpliwości, jaką miała dla nich Mistrzyni Nowicjuszek, jest niemalże na wyczerpaniu, ale zanim zdążyła się opanować, wybuchła: A więc jednak ona ma zamiar go uzdrowić!
— Zajmie się nim sama Zasiadająca na Tronie Amyrlin, nie licząc oczywiście pozostałych. — Twarz Sheriam zdradzała nie więcej emocji niż jej głos. — Czy miałaś jakiś powód, by w to wątpić? — Egwene stać było tylko na to, by przecząco potrząsnąć głową. — Tak więc, stojąc tutaj, marnujecie tylko życie swego przyjaciela. Nie można pozwolić czekać Zasiadającej na Tronie Amyrlin.
Mimo jej własnych słów, Egwene miała wrażenie, że Aes Sedai w najmniejszym stopniu się nie śpieszy.
18
Uzdrawianie
Lampy na żelaznych kinkietach oświetlały korytarze głęboko pod Wieżą, dokąd zabrała je Sheriam. Kilkoro drzwi, przez które przewędrowały, natychmiast szczelnie zamykano na zamek, inne były natomiast tak zręcznie ukryte, że Egwene nigdy by się nie domyśliła ich istnienia, nawet stojąc tuż na wprost nich. Ciemne wyloty znaczyły większość korytarzy, które przecinały, w niektórych można było dostrzec mglistą poświatę rozmieszczonych w dużych odległościach lamp. Żadnych ludzi jednak nie spostrzegła. Były to miejsca, do których nawet Aes Sedai nie zapuszczały się często. Powietrze, ani ciepłe, ani zimne przesycało te korytarze, czuła jednocześnie, że drży z zimna i że po plecach ścieka jej strużka potu.
To właśnie tutaj, w podziemiach Białej Wieży, nowicjuszki przechodziły ostatnie próby, zanim stały się Przyjętymi. Albo przed relegacją z Wieży, jeśli zawiodły. Tutaj, w głębi korytarzy, Przyjęte składały Trzy Przysięgi, po przejściu ostatecznych inicjacji. Nikt, jak zdała sobie sprawę, nie powiedział jej, co dzieje się z Przyjętą, która zawiodła. Tutaj było gdzieś miejsce, gdzie przechowywano nieliczne angreale i sa’angreale oraz magazyny, w których składowano ter’angreale. Czarne Ajah włamały się do tych magazynów. A jeśli w jednym z tych ciemnych korytarzy zaczaiły się Czarne Ajah, jeśli Sheriam nie prowadzi ich do Mata, ale do...
Jęknęła, kiedy Aes Sedai zatrzymała się nagle. Poczerwieniała, gdy kobiety spojrzały na nią z zaciekawieniem.
— Myślałam o Czarnych Ajah — powiedziała słabo.
— Nie myśl o tym — pocieszyła ją Sheriam i po raz pierwszy jej głos zabrzmiał jak dawniej, przyjaźnie choć stanowczo. — Czarne Ajah nie będą stanowić tematu twoich zmartwień przez najbliższe lata. Masz coś, czego nam brakuje: czas, zanim będziesz musiała się z nimi zmierzyć. Wciąż dużo czasu. Kiedy wejdziemy do środka, stańcie pod ścianą i nie odzywajcie się. Zaproszono was tutaj z życzliwości, abyście dotrzymały towarzystwa, a nie przeszkadzały czy wtrącały się.
Otworzyła drzwi pokryte szarym metalem i rzeźbione tak, by przypominały kamień.
Kwadratowy pokój był przestronny, blade kamienne ściany pozbawione ozdób. Jedyne umeblowanie stanowił długi kamienny stół pokryty białym płótnem, stojący pośrodku komnaty. Mat leżał na tym stole, całkowicie ubrany, oprócz kaftana i butów, z zamkniętymi oczyma i twarzą tak wymizerowaną, że Egwene zachciało się płakać. Ciężki oddech dobywał się z jego gardła z ochrypłym świstem. Sztylet z Shadar Logoth wisiał w pochwie u jego pasa, rubin wieńczący jego rękojeść zdawał się zbierać światło, tak że błyszczał jak wściekłe czerwone oko, mimo iluminacji jakiegoś tuzina lamp, wzmocnionej dodatkowo przez odbicia od jasnych ścian i wyłożonej białymi płytkami podłogi.
Zasiadająca na Tronie Amyrlin stała u wezgłowia Mata, a Leane u jego stóp. Cztery Aes Sedai zajęły pozycje wzdłuż jednego z brzegów stołu, przy przeciwległym stały następne trzy. Sheriam stanęła przy nich właśnie. Jedną z obecnych była Verin, wśród pozostałych Egwene rozpoznała Serafelle, kolejną Brązową Siostrę, Alannę Mosvani z Zielonych Ajah i Anaiyę z Niebieskich, do których należała Moiraine.
Alanna i Anaiya udzieliły jej po kilka lekcji otwierania się na Prawdziwe Źródło, uczyły ją, jak poddawać się saidarowi, aby móc go kontrolować. A między jej pierwszym przybyciem do Białej Wieży, a nagłym opuszczeniem, Anaiya poddała ją jakimś pięćdziesięciu próbom, by przekonać się czy jest Śniącą. Próby te nie przyniosły żadnej ostatecznej odpowiedzi na to pytanie, ale miła Anaiya, o prostej twarzy, z ciepłym uśmiechem, który stanowił jedyną piękną cechę jej postaci, nieprzerwanie wzywała ją na kolejne testy, z nieprzejednaniem godnym kamienia staczającego się po zboczu.
Pozostałe Aes Sedai zgromadzone w pokoju były jej obce, z wyjątkiem jednej kobiety o chłodnych oczach, co do której przypuszczała, że należy do Białych. Amyrlin i strażniczka oczywiście wdziały swe stuły, z pozostałych jednak żadna nie miała oznak przynależności, prócz pierścieni z Wielkim Wężem i pozbawionych wieku twarzy. Żadna z nich nie zareagowała na wejście Egwene i jej przyjaciółek niczym więcej niż przelotnym spojrzeniem.
Pomimo spokoju demonstrowanego przez zgromadzone wokół stołu kobiety, Egwene sądziła, iż dostrzega oznaki niepewności. Zaciśnięte usta Anaiyi. Nieznaczna zmarszczka na pięknej, ciemnej twarzy Alarmy. Kobieta o chłodnych oczach nieustannie wygładzała na biodrach swą bladoniebieską suknię, najwyraźniej nie do końca zdając sobie sprawę z tego co robi.
Nie znana Egwene Aes Sedai postawiła na stole prostą skrzynkę z polerowanego drewna i otworzyła ją. Z jej wnętrza wyłożonego czerwonym jedwabiem Amyrlin wyjęła biały pręt długości jej przedramienia. Mogła być to kość, kieł morsa, ale w istocie nie była niczym takim. Nikt z żyjących nie wiedział, z czego został zrobiony.
Egwene nigdy dotąd nie widziała tego pręta, ale rozpoznała go na podstawie wykładu, jaki Anaiya dała kiedyś nowicjuszkom. Jeden z kilku sa’angreali, być może najpotężniejszy, jaki znajdował się w posiadaniu Wieży. Sa’angreale nie posiadały, rzecz jasna, własnej mocy — stanowiły tylko narzędzia skupiające i wzmacniające to, co Aes
Sedai zdolne były przenieść — ale z tą różdżką potężna Aes Sedai zdolna byłaby skruszyć mury Tar Valon.
Egwene ujęła lewą ręką dłoń Nynaeve, a prawą Elayne.
„Światłości! Nie są pewne, czy uda im się uzdrowić go, nawet z pomocą sa’angreala... nawet z tym sa’angrealem! Jaką szansę my byśmy miały? Najpewniej zabiłybyśmy i jego, i siebie. Światłości!”
— Zmieszam strumienie — powiedziała Amyrlin. Bądźcie ostrożne. Moc potrzebna do przerwania więzi ze sztyletem i uzdrowienia go niedaleka jest tej, która może go zabić. Będę skupiała ją. Dołączcie się.
Wyprostowała różdżkę, trzymając ją uniesioną w obu dłoniach przed twarzą Mata. Wciąż nieprzytomny rzucił głową i zacisnął dłoń na rękojeści sztyletu, mamrocząc coś, co brzmiało jak sprzeciw.
Poświata pojawiła się dookoła każdej Aes Sedai, to miękkie, białe światło, które dostrzec mogła jedynie kobieta zdolna do przenoszenia. Powoli sfera światła rozszerzała się, aż do chwili gdy emanacja zdająca się promieniować z jednej kobiety nie dotknęła emanacji osoby stojącej przy niej, nie zmieszała się z nią, do chwili gdy była już tylko jedna światłość, światłość, która w oczach Egwene przyćmiła całkowicie lampy świecące w komnacie. A w tej jasności wciąż świeciło silniejsze światło. Laska białego jak kość ognia. Sa’angreal.
Egwene walczyła z pragnieniem otworzenia się na saidara i przyłączenia swego strumienia do ogólnego przepływu. Było to pragnienie tak silne, że niemalże zbijające z nóg. Elayne wzmocniła uścisk na jej dłoni. Nynaeve podeszła o krok do stołu, potem zatrzymała się, gniewnie potrząsając głową.