Выбрать главу

„Światłości — myślała Egwene — mogę to zrobić. — Ale nie wiedziała, co właściwie może zrobić. — Światłości, to jest tak potężne. Tak... cudowne”.

Dłoń Elayne drżała.

Na stole, zalewany poświatą Mat szarpnął się w jedną stronę, potem w drugą, mamrocząc coś niezrozumiale. Ale wciąż nie puszczał rękojeści sztyletu, a jego oczy pozostawały zamknięte. Powoli, niemal niedostrzegalnie, jego plecy zaczęły się wyginać, mięśnie naprężyły się tak, że cały drżał. Wciąż walczył i rzucał się, aż na koniec dotykał stołu tylko ramionami i piętami. Dłoń zaciśnięta na sztylecie otworzyła się i drżąc, odsunęła od rękojeści, jakby przemocą, na siłę odrywało ją coś od sztyletu. Wargi wygięły się, odsłaniając wyszczerzone w grymasie zęby, ból wykrzywił twarz, oddech zmienił w wysilone rzężenie.

— Zabijają go — wyszeptała Egwene. — Amyrlin zabija go! Musimy coś zrobić.

Równie cicho Nynaeve odpowiedziała:

— Jeśli je powstrzymamy, jeśli jesteśmy w stanie to zrobić, on umrze. Nie sądzę, bym była w stanie poradzić sobie z połową choćby tej Mocy. — Przerwała, jakby dopiero teraz usłyszała własne słowa, słowa głoszące spokojnie, że może przenieść połowę tego, co dziesięć Aes Sedai, wspomaganych ,sa’angrealem i wtedy jej głos ścichł jeszcze bardziej. — Światłości, pomóż mi, chcę tego.

Nagle zamilkła. Czy miała na myśli to, że chce pomóc Matowi, czy że chce przenieść taki strumień Mocy? Egwene sama czuła to pragnienie w głębi swej istoty, jak muzykę zniewalającą do tańca.

— Musimy im zaufać — podjęła na koniec Nynaeve intensywnym szeptem. — Nie ma innej szansy.

Nagle Mat krzyknął, głośno i przeraźliwie.

- Muad’drin tia dar allende caba’drin rhadiem! - Wygięty i szarpiący się, z zaciśniętymi oczyma, wyraźnie wywrzaskiwał słowa. - Los valdar Cuebiyari! Carai an Caldazar! Al Caldazar!

Egwene zmarszczyła brwi. Nauczyła się już wystarczająco wiele, by rozpoznać dawną mowę, nawet jeśli nie rozumiała więcej niż kilka słów. Carai an Caldazar! Al Caldazar! „Na honor Czerwonego Orła! Za Czerwonego Orła!” Starożytne zawołanie bitewne Manetheren, ludu, który wyginął podczas wojen z trollokami. Z kraju, który był tam, gdzie teraz znajdowały się :Dwie Rzeki. Tyle przynajmniej wiedziała, ale w tej chwili, jakimś sposobem wydawało jej się, że jest w stanie zrozumieć również resztę, jakby znaczenia słów znajdowały się na końcu języka i wszystko, czego potrzeba to tylko wypowiedzieć je.

Z głębokim trzaskiem rozrywanej skóry sztylet w złotej pochwie wysunął się zza pasa Mata i zawisł nad udręczonym ciałem. Rubin zalśnił, prawie ciskając z siebie szkarłatne iskry, jakby on też sprzeciwiał się uzdrawianiu.

Oczy Mata otworzyły się, wbił spojrzenie w otaczające go kobiety.

- Mia ayende, Aes Sedai! Cabellein misain ye! Inde muaghde Aes Sedai misam ye! Mia ayende!

I zaczął wrzeszczeć, wściekłym wyciem, które trwało i trwało, aż Egwene zaczęła dziwić się, że została mu jeszcze choć odrobina powietrza w płucach.

Anaiya pośpiesznie schyliła się i wyciągnęła ciemną, metalową skrzynkę spod stołu, podniosła ją wolnym ruchem, jakby była bardzo ciężka. Kiedy postawiła ją obok Mata i uniosła wieko, okazało się, że w środku jest niewiele miejsca, między ściankami była szczelina nie szersza niż dwa cale. Anaiya pochyliła się ponownie i wyciągnęła parę zwyczajnych szczypiec, jakich każda kobieta używać może w swej kuchni i pochwyciła nimi zawieszony w powietrzu sztylet tak ostrożnie, jakby był to jadowity wąż.

Wrzaski Mata stały się szaleńcze. Rubin płonął wściekle, rozsiewając wokół czerwień krwi.

Aes Sedai wepchnęła sztylet do skrzynki i zatrzasnęła wieko. Kiedy zamknęło się z cichym szczękiem, wydała westchnienie ulgi.

— Obrzydlistwo — powiedziała.

Kiedy tylko sztylet zniknął mu z oczu, wrzaski Mata ucichły, on sam zaś opadł na stół, jakby mięśnie i kości zmieniły się w zwykłą wodę. chwilę później poświata otaczająca zebrane wokół stołu Aes Sedai zniknęła.

— Koniec — powiedziała Amyrlin ochrypłym głosem, jakby to ona krzyczała. — Dokonało się.

Niektóre z Aes Sedai wyraźnie odetchnęły z ulgą, pot lśnił na niejednym czole. Anaiya wyciągnęła z rękawa prostą, płócienną chusteczkę i otwarcie wycierała twarz. Biała siostra o chłodnych oczach dotykała niemalże ukradkiem swych policzków skrawkiem lugardzkiej koronki.

— Fascynujące — to był głos Verin — że dawna krew w dzisiejszych czasach może odzywać się w kimś z taką siłą.

Ona i Serafelle zbliżyły głowy, mówiąc coś cicho do siebie, słowom towarzyszyła zapalczywa gestykulacja.

— Czy został uzdrowiony? — zapytała Nynaeve. Czy będzie... żył?

Mat leżał spokojnie, niczym śpiący, ale jego twarz wciąż była wymizerowana, a policzki zapadnięte. Egwene nigdy nie słyszała o uzdrawianiu, które nie wyleczyłoby wszystkiego.

„Chyba, że zwykłe odłączenie go od sztyletu pochłonęło całą Moc, jakiej użyły. Światłości!”

— Brendas — odezwała się Amyrlin — dopatrzysz, by zabrano go do jego pokoju?

— Jak rozkażesz, Matko — powiedziała kobieta o zimnych oczach, jej grzeczność była równie pozbawiona emocji jak jej wygląd.

Kiedy poszła wezwać ludzi, którzy mieli go przenieść, kilka pozostałych Aes Sedai również opuściło pomieszczenie, włączając w to Anaiyę. Verin i Serafelle poszły za nimi, nieustannie rozmawiając, zbyt cicho jednak, aby Egwene zdołała cokolwiek usłyszeć.

— Czy z Matem wszystko dobrze? — dopytywała się Nynaeve.

Sheriam uniosła brwi.

Zasiadająca na Tronie Amyrlin odwróciła się w ich kierunku.

— Czuje się tak dobrze, jak tylko może się czuć — oznajmiła chłodno. — Czas pokaże. Mieć przy sobie tak długo coś ze skazą Shadar Logoth... Kto wie, jaki to może mieć na niego wpływ? Być może żaden, być może ogromny. Przekonamy się. Ale więź ze sztyletem została przerwana. Teraz potrzebuje odpoczynku i tak dużo jedzenie, ile tylko w siebie wepchnie. Będzie żył.

— Co to było, co Mat krzyczał, Matko? — zapytała Elayne i szybko dodała: — Jeśli mogę spytać.

— Wydawał rozkazy żołnierzom.

Amyrlin obrzuciła leżącego na stole młodzieńca badawczym spojrzeniem. Od czasu kiedy legł nieruchomo, nie poruszał się więcej, ale Egwene zdało się, że jego oddech był lżejszy, a pierś unosiła się i opadała w bardziej równym rytmie.

— W bitwie, która toczyła się dwa tysiące lat temu, jak sądzę. Dawna krew powraca ponownie.

— Nie wszystko dotyczyło boju — zauważyła Nynaeve. — Słyszałam, jak mówił o Aes Sedai. To nie miało nic wspólnego z bitwą, Matko — dodała poniewczasie.

Przez chwilę Amyrlin zdawała się zastanawiać, być może, co odpowiedzieć, albo czy odpowiedzieć w ogóle.

— Sądzę, że przez chwilę — powiedziała ostatecznie — przeszłość i teraźniejszość były jednym. Był tam i był tutaj, i wiedział kim jesteśmy. Rozkazywał nam, byśmy go puściły. — Znowu przerwała. — „Jestem wolnym człowiekiem, Aes Sedai. Nie jestem mięsem Aes Sedai”. To właśnie mówił.

Leane prychnęła głośno, pozostałe Aes Sedai mamrotały coś gniewnie pod nosem.

— Ale, Matko — zaoponowała Egwene — nie mógł mieć na myśli tego, co mówił. Manetheren było sprzymierzeńcem Tar Valon.

— Manetheren było sprzymierzeńcem, dziecko — odrzekła jej Amyrlin — ale któż może znać serce człowieka? Podejrzewam, że nawet on sam nie wie, co dzieje się w jego głębi. Ze wszystkich zwierząt, człowieka najłatwiej wziąć na smycz i najtrudniej na niej utrzymać. Nawet jeśli sam tego chce.