Jeśli pomyślisz, nawet najgorsze rzeczy, które ci się przytrafiają, możesz obrócić na swoją korzyść, mawiał jego ojciec, i oczywiście Abell Cauthon był najlepszym handlarzem koni w Dwu Rzekach. Kiedy wydawało się, że ktoś zdobywa przewagę nad ojcem Mata, zawsze na koniec wychodziło na to, iż jednak dostawały mu się sama skóra i kości. Nie dlatego, że Abell Cauthon postępował nieuczciwie, ale nawet ludzie z Taren Ferry nigdy nie zarobili na nim, a przecież każdy wiedział, że potrafią zedrzeć skórę z każdego. Wszystko dlatego, że potrafił zbadać każą rzecz ze wszystkich możliwych stron.
Tar Valon. To musi być Tar Valon. Pokój pasował do takiego miejsca. Pojedynczy domański dywan kosztował zapewne równowartość gospodarstwa. Ponadto nie wydawało mu się, aby jeszcze był chory, a z tego, co słyszał, Tar Valon stanowiło jedyną jego szansę na wyzdrowienie. Tak naprawdę, to ani przez chwilę nie czuł się chory. przynajmniej z tego, co pamiętał, nawet wtedy gdy Verin — kolejne imię, które wypłynęło na powierzchnię spowijającej wszystko mgły — powiedziała do kogoś, że nie ma dla niego ratunku. Teraz czuł się słaby jak dziecko i wygłodniały jak wilk, w jakiś jednak sposób pewien był, że uzdrowiono go.
„Czuję się cały i zdrowy, to wszystko. Zostałem uzdrowiony”.
Wykrzywił się do widocznej przez okiennice ciemności.
Uzdrowiony. To znaczy, że używały wobec niego Jedynej Mocy. Uświadomienie sobie tego spowodowało szereg fal gęsiej skórki na jego ciele, ale to niczego nie zmieniało. Zrobiły mu to.
— Lepsze to niż umrzeć — przekonywał samego siebie. Z głębi pamięci napłynęły niektóre z opowieści, jakie słyszał o Aes Sedai. — I tak nie miałem innego wyjścia. Nawet Nynaeve sądziła, że umieram. Wszystko jedno, stało się, co się stało i martwienie się w niczym nie pomoże.
Zdał sobie sprawę, że skończył jeść płat mięsa i właśnie oblizuje sok z palców.
Chwiejnie wrócił do stołu. Spostrzegł stojący pod nim stołek. Wyciągnął go i usiadł. Nie przejmując się widelcem ani nożem, zwinął następny płat mięsa. W jaki sposób można obrócić na swoją korzyść pobyt w Tar Valon? „W Białej Wieży. To musi być Biała Wieża”.
Tar Valon oznaczało Aes Sedai. Z pewnością nie było żadnego powodu, by zostawać tutaj choćby godzinę dłużej. Dokładnie odwrotnie. Na tym, co pamiętał z czasu spędzonego w towarzystwie Moiraine, a później Verin, nie za bardzo można było się oprzeć. Nie przypominał sobie, by któraś z nich zrobiła coś rzeczywiście strasznego, ale wszak z trudem w ogóle cokolwiek sobie przypominał. W każdym razie wszystko, co robiły Aes Sedai, robiły z powodów sobie tylko wiadomych.
— I nie są to zawsze takie powody, których można się domyślić — wybełkotał z ustami pełnymi ziemniaków, potem przełknął. — Aes Sedai nigdy nie kłamią, ale prawda, jaką wypowiadają nie zawsze jest taka, jak ci się wydaje. To jest rzecz, którą powinienem zapamiętać. Nie mogę być pewnym, że je rozumiem, nawet jeśli tak mi się wydaje.
Nie była to pocieszająca konkluzja. Wypełnił usta słodkim groszkiem.
Rozmyślając o Aes Sedai, powoli przypominał sobie wszystko, co o nich wiedział. Siedem Ajah: Błękitne, Brązowe, Zielone, Żółte, Białe i Szare. Czerwone były najgorsze.
„Wyjąwszy oczywiście Czarne Ajah, których istnieniu się przeczy”.
Ale Czerwone Ajah nie mogą stanowić dla niego zagrożenia. Interesowały się tylko mężczyznami, którzy potrafili przenosić.
„Rand. Niech sczeznę, jak mogłem o nim zapomnieć? Gdzie on jest? Czy wszystko z nim w porządku? — westchnął z ubolewaniem i rozsmarował masło po ciepłym jeszcze chlebie. — Obawiam się, że mógł już oszaleć”.
Nawet gdyby znał odpowiedzi na powyższe pytania i tak nie mógł nic zrobić, by pomóc Randowi. Nie był pewien, czy pomógłby mu, gdyby nawet mógł. Rand potrafił przenosić, a Mat wyrósł pośród opowieści o takich mężczyznach, opowieści, którymi straszono dzieci. Odkrycie, do czego Rand jest zdolny, było jak przekonanie się, iż najbliższy przyjaciel zwykł dręczyć drobne zwierzątka i zabijać dzieci. Kiedy wreszcie już w to uwierzysz, nie możesz dłużej nazywać go przyjacielem.
— Muszę zadbać o samego siebie — warknął gniewnie. Przechylił dzban z winem nad swoim pucharkiem i ze zdumieniem przekonał się, że jest już pusty. Zamiast tego więc, napełnił kubek mlekiem. — Egwene i Nynaeve chcą zostać Aes Sedai. — Nie pamiętał o tym, dopóki nie wypowiedział słów. — Rand włóczy się gdzieś z Moiraine i nazywa się Smokiem Odrodzonym. Światłość jedna wie, co dzieje się z Perrinem. Od czasu, gdy jego oczy zmieniły wyraz, zachowuje się jak szaleniec. Muszę zadbać o siebie.
„Niech sczeznę, muszę’ Jestem ostatnim z nas, który jeszcze został przy zdrowych zmysłach. Tylko ja”.
Tar Valon. Cóż, uważano je za jedno z najbogatszych miast świata, a ponadto stanowiło ośrodek handlu między Ziemiami Granicznymi i południem, oraz za centrum władzy i siły Aes Sedai. Nie sądził, by mógł namówić Aes Sedai do gry. Albo zaufać rzutowi kości, czy też szczęśliwej karcie, gdyby mu się nawet udało. Ale muszą być tu jacyś kupcy, czy inni ludzie posiadający srebro i złoto. Samemu miastu warto poświęcić kilka dni. Wiedział, że od opuszczenia Dwu Rzek podróżował daleko, ale prócz niejasnych wspomnień z Caemlyn i Cairhien nie miał żadnych wrażeń z wielkich miast. A zawsze chciał zobaczyć jakieś naprawdę wielkie miasto.
— Ale nie takie, w którym jest pełno Aes Sedai wymruczał kwaśno, wyskrobując resztki słodkiego groszku. Zjadł wszystko i ponownie wziął się do wołowiny.
Leniwie zastanawiał się, czy Aes Sedai pozwolą mu zatrzymać rubin sztyletu z Shadar Logoth. Sztylet pamiętał tylko w najbardziej niejasny sposób, ale nawet to było jak przypominanie sobie straszliwej rany. Mięśnie naprężyły się, ostry ból uderzył w skronie. Mimo to oczami swej wyobraźni wyraźnie widział rubin, wielki jak paznokieć kciuka, ciemny jak kropla krwi, lśniący niczym szkarłatne oko. Z pewnością miał do niego większe prawo niż one, a w domu wart musiał być tyle, ile pół tuzina farm.
„Prawdopodobnie powiedzą, iż jest również skażony”.
I zapewne był. Wciąż jednak zabawiał się wyobrażaniem sobie, jak handluje rubinem z Coplinami, żądając ich najlepszych ziem. Większość tej rodziny — od kołyski nieustające źródła kłopotów, o ile nie byli również kłamcami i złodziejami — zasłużyła sobie na to, co im się przytrafiało, a nawet na coś jeszcze gorszego. Ale tak naprawdę, to nie wierzył, że Aes Sedai zwrócą mu kamień, nadto nie uśmiechała mu się perspektywa wiezienia go z powrotem do Pola Emonda, w przypadku gdyby jednak postąpiły inaczej. A i myśl o posiadaniu największej farmy w Dwu Rzekach nie była już tak podniecająca jak kiedyś. Dawniej stanowiło to główny przedmiot jego ambicji, to i bycie równie znanym handlarzem koni jak jego ojciec. Teraz, jako przedmiot pragnień, wydawało się czymś nieznacznym. Takie ograniczone marzenie, podczas gdy czekał na niego cały szeroki świat.
Postanowił, że najpierw odnajdzie Egwene i Nynaeve.
„Być może opamiętały się. Może zrezygnowały ze swoich głupich projektów stania się Aes Sedai”.
Nie sądził, żeby tak mogło być, ale nie mógł odjechać, nie zobaczywszy się pierwej z nimi. Wizyta u nich, dzień na zobaczenie miasta, może partyjka kości dla zapełnienia sakiewki i już będzie gdzieś, gdzie nie ma Aes Sedai. Przed powrotem do domu — „Pewnego dnia wrócę do domu. Pewnego dnia...” — zamierzał zobaczyć kawałek świata i to bez żadnych Aes Sedai, zmuszających, by tańczył, jak mu zagrają.
Szperał pośród naczyń w poszukiwaniu czegoś jeszcze do zjedzenia i przeżył wstrząs, gdy znalazł tylko parę plam oraz kilka kawałków sera i chleba. Oba dzbany były puste. W zadziwieniu zerknął na swój brzuch. Biorąc pod uwagę, ile pochłonął, powinien być napchany po same uszy, jednak czuł się, jakby ledwie co zjadł. Zebrał ostatnie skrawki sera w palce. W połowie drogi do ust, dłoń zawisła w powietrzu.