Выбрать главу

— Dwie srebrne marki i garść miedziaków — wymruczał. — Z tym nie zajadę szczególnie daleko.

Kiedyś wydawałyby mu się małą fortuną, ale to było dawno, zanim opuścił Pole Emonda.

Pochylił się, by zajrzeć na tył półki.

„Gdzie one są? — Zaczął bać się, że Aes Sedai mogły je wyrzucić, tak jakby postąpiła jego matka, gdyby je znalazła. — Gdzie...?”

Nagle poczuł przypływ ulgi. W głębi półki, za hubką i krzesiwem, sznurkiem do robienia wnyków i innymi tego typu przedmiotami, zobaczył dwa skórzane kubki do kości.

Zagrzechotały, kiedy je wyciągał, jednakże wciąż nie dowierzając, odsunął ściśle dopasowane wieka. Wszystko było w należytym porządku. Pięć kości oznaczonych symbolami do gry w korony i pięć oznaczonych kropkami. Kości z kropkami nadawały się do wielu gier, jednak większość ludzi najwyraźniej ponad inne preferowała grę w korony. Dzięki takiej pomocy, jego dwie marki wystarczą, aby mógł daleko odjechać od Tar Valon.

„Równie daleko od Aes Sedai, jak i od Selene”.

Rozległo się stanowcze pukanie i niemalże natychmiast po nim drzwi otworzyły się. Mat gwałtownie spojrzał przez ramię. Do środka weszła Zasiadająca na Tronie Amyrlin w towarzystwie strażniczki Kronik. Rozpoznałby je nawet wówczas, gdyby Amyrlin nie była ubrana w szeroką stułę naszywaną pasmami, zaś strażniczka w węższą, błękitną. Widział je raz i tylko raz, daleko od Tar Valon, nie mógłby jednak zapomnieć dwóch najpotężniejszych kobiet pośród Aes Sedai.

Brwi Amyrlin uniosły się nieco do góry, kiedy zobaczyła go, jak stoi z kocem zwisającym mu z ramion i kubkami do kości w dłoniach.

— Nie sądzę, abyś przez pewien czas potrzebował ich, mój synu — powiedziała sucho. — Schowaj je więc i wracaj do łóżka, zanim zemdlejesz.

Zawahał się, zesztywniały mu mięśnie pleców, jednakże kolana wybrały sobie właśnie ten moment, żeby zacząć się trząść, ponadto dwie Aes Sedai patrzyły uważnie na niego, ciemne i niebieskie oczy z równą przenikliwością śledziły najmniejszy ślad jakichś buntowniczych myśli. Zrobił więc, jak mu kazano, owijając obu rękoma koc dookoła tułowia. Legł płasko jak deska, niepewny, co jeszcze winien zrobić.

— Jak się czujesz? — zapytała wesoło Amyrlin, kładąc mu rękę na czole.

Po skórze przebiegły mu fale gęsiej skórki. Czy to ona użyła Jedynej Mocy, czy też samo dotknięcie Aes Sedai wywoływało w nim dreszcze?

— Dobrze — odrzekł jej. — Cóż, jestem gotów by ruszać w drogę. Pozwólcie mi tylko pożegnać się z Egwene i Nynaeve, a już przestanę się wam naprzykrzać. To znaczy, pojadę sobie.., hm, Matko.

Moiraine i Verin nie dbały zanadto, jak się do nich zwracał, ale to przecież była wszak sama Zasiadająca na Tronie Amyrlin.

— Nonsens — ucięła Amyrlin. Odwróciła fotel o wysokim oparciu, przysunęła go bliżej łóżka i siadając, zwróciła się do Leane: — Mężczyźni zawsze odmawiają przyznania się do tego, iż są chorzy, dopóki nie zachorują tak ciężko, że kobiety muszą się wówczas podwójnie napracować. Potem zbyt wcześnie usiłują przekonać nas, że już wyzdrowieli, a ostateczny rezultat jest identyczny.

Strażniczka spojrzała na Mata i pokiwała głową.

— Tak, Matko, jednakże ten niewielkie ma szanse przekonania nas, iż już wyzdrowiał, skoro ledwie trzyma się na nogach. Przynajmniej zjadł wszystko, co było na tacy.

— Byłabym zaskoczona, gdyby zostawił choćby tyle okruchów, żeby starczyło ich choćby dla zięby. I o ile się nie mylę, wciąż jest jeszcze głodny.

— Każę komuś przynieść mu ciasta, Matko. Albo jakieś ciasteczka.

— Nie, sądzę, że zjadł tyle, ile mógł za jednym razem pochłonąć. Jeśli miałby wszystko zwrócić, nie byłoby to dla niego dobre.

Mat popatrzył na nie spode łba. Wychodziło na to, że kiedy jesteś chory, stajesz się dla kobiet niewidzialny, chyba że właśnie mówią do ciebie. A ponadto zachowują się wówczas, jakby nagle ubyło człowiekowi co najmniej dziesięć lat. Nynaeve, jego matka, siostry, Zasiadająca na Tronie Amyrlin, wszystkie postępowały w ten sam sposób.

— W ogóle nie jestem już głodny — oznajmił. — Czuję się świetnie. Jeżeli pozwolicie, to chciałbym się teraz ubrać. — Obie spojrzały na niego. Odkaszlnął. — Hm... Matko.

Amyrlin parsknęła.

— Zjadłeś posiłek wystarczający dla pięciu ludzi i przez wiele dni będziesz zjadał trzy lub cztery takie porcje dziennie, w przeciwnym razie umrzesz z głodu. Zostałeś uzdrowiony z więzi łączącej cię ze złem, które zabiło każdego mężczyznę, każdą kobietę i wszystkie dzieci w Aridhol i silne jak dawniej czekało dwa tysiące lat, abyś je zbudził. Zabiłoby cię równie pewnie, jak zabiło ich. To nie miało nic wspólnego ze zwykłym wbiciem sobie haczyka na ryby w kciuk, chłopcze. Niemalże same zabiłyśmy cię, usiłując uratować.

— Nie jestem głodny — upierał się.

Jakby na zaprzeczenie tych słów, zaburczało mu głośno w żołądku.

— Dobrze się tobie przyjrzałam, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy — powiedziała Amyrlin. — I od tego czasu doskonale wiem, że czmychniesz jak przestraszona czapla, jeśli osądzisz, iż ktoś próbuje cię zatrzymać. Dlatego powzięłam środki ostrożności.

Objął je czujnym wzrokiem.

— Środki ostrożności?

Odpowiedziały mu spojrzeniem przepełnionym wręcz łagodnością. Miał wrażenie, że ich oczy przykuwają go do łóżka.

— Twoje imię i rysopis właśnie docierają do straży na moście — wyjaśniła Amyrlin — a także do dokmistrzów. Nie mam zamiaru przetrzymywać cię w Wieży, ale nie opuścisz Tar Valon, zanim nie wydobrzejesz. Jeśli zechcesz ukrywać się gdzieś w mieście, ostatecznie i tak głód przygna cię tu z powrotem, a jeśli nie, odnajdziemy cię, nim zagłodzisz się na śmierć.

— Dlaczego tak strasznie chcecie mnie tutaj zatrzymać? — dopytywał się. Pamiętał jeszcze słowa Selene. „Chcą cię wykorzystać”. — Dlaczego troszczycie się o to, czy będę głodował czy nie? Sam potrafię się wyżywić.

Amyrlin zaśmiała się krótko, w jej głosie nie było zbyt wiele wesołości.

— Przy pomocy dwóch srebrnych marek i garści miedziaków, mój synu? Twoje kości musiałyby być doprawdy bardzo szczęśliwe, aby dzięki wygranej zapłacić za całe pożywienie, jakiego będziesz potrzebował przez kilka najbliższych dni. Nie uzdrawiamy ludzi po to, by pozwolić im zmarnować nasze wysiłki i umrzeć, gdy wciąż jeszcze wymagają opieki. A ponadto muszę dodać, że wciąż jeszcze możesz potrzebować uzdrawiania.

— Jeszcze? Powiedziałaś, że mnie uzdrowiłyście. Dlaczego miałbym potrzebować tego jeszcze więcej?

— Mój synu, miałeś ten sztylet od miesięcy. Wierzę, że wymazałyśmy każdy jego ślad w tobie, ale jeżeli przeoczyłyśmy choćby najdrobniejszą skazę, wciąż może okazać się śmiertelnie groźna. A któż może wiedzieć, jakie skutki mógł spowodować tak długi kontakt z nim. Minie pół roku, rok, a wtedy być może pożałujesz, że nie masz u boku Aes Sedai, która mogłaby cię uzdrowić.

— Chciałybyście, bym został tutaj przez następny rok? — wykrzyknął niemalże z niedowierzaniem. Leane zaszurała nogami i spojrzała na niego ostro, jednak wyraz twarzy Amyrlin pozostał nieporuszony.

— Być może nie tak długo, mój synu. Wystarczająco długo jednak, abyśmy osiągnęły pewność. Oczywiście ty również tego chcesz. Postawiłbyś żagiel na łodzi, o której nie wiedziałbyś, czy jej kataflaż wytrzyma, albo czy kadłub nie przegnił?

— Nigdy nie interesowałem się specjalnie żeglarstwem — wymruczał Mat. To mogła być prawda. Aes Sedai nigdy nie kłamały, ale w tym, co mówiły, było zbyt wiele zdań warunkowych i niedopowiedzeń. — Dawno temu opuściłem swój dom, Matko. Ojciec i matka zapewne sądzą, że nie żyję.