— Corianin Nedeal — powiedziała Verin — przez większą część swego życia znajdowała się w posiadaniu tego ter’angreala. Teraz ty możesz go zatrzymać.
Egwene niemalże upuściła pierścień.
„Ter’angreal? Ja mam mieć ter’angreal?”
Verin zdawała się nie zauważać wstrząsu, jaki spowodowała jej propozycja.
— Według niej ułatwiał przejście do Tel’aran’rhiod, Twierdziła, iż działa zarówno na tych, którzy pozbawieni są talentu jak i na Aes Sedai, dopóki tylko dotykasz go, kiedy śpisz. Czyhają na ciebie oczywiście różne niebezpieczeństwa. Tel’aran’rhiod jest czymś innym niż zwykły sen. To, co w nim się dzieje, jest realne, przebywasz w nim naprawdę, zamiast postrzegać tylko jego przebłyski. Odsunęła rękaw sukni, odsłaniając bliznę ciągnącą się przez całe przedramię. — Sama kiedyś próbowałam go użyć, kilka lat temu. Uzdrawianie, jakie zaaplikowała mi Anaiya nie działało tak jak powinno. Pamiętaj o tym.
Aes Sedai zakryła ponownie rękawem bliznę.
— Będę ostrożna, Verin Sedai.
„Rzeczywiste? Moje sny są już dosyć okropne takie, jakie są. Nie chcę żadnych snów, po których zostają blizny! Włożę go do sakwy, wetknę w jej najciemniejszy kąt i zapomnę. Ja...”
Ale przecież chciała się uczyć. Chciała zostać Aes Sedai, a żadna Aes Sedai nie była Śniącą niemalże od pięciuset lat.
— Będę bardzo ostrożna.
Wsunęła pierścień do sakwy i zaciągnęła ściśle jej sznur, potem zabrała dokumenty, które dała jej tamta.
— Pamiętaj, żeby dobrze go schować, dziecko. Żadna nowicjuszka, czy nawet Przyjęta nie powinna posiadać takiej rzeczy. Ale może się okazać użyteczny dla ciebie. Schowaj go.
— Tak, Verin Sedai.
Pamiętając o bliźnie tamtej, niemalże pragnęła, aby jakaś Aes Sedai przyszła i zabrała jej go od razu.
— Dobrze, dziecko. Teraz idź już sobie. Robi się późno, a ty musisz wstać wcześnie rano, by pomóc przy śniadaniu. Spij dobrze.
Verin siedziała, wpatrując się w drzwi, które zamknęły się za Egwene. Z tyłu za nią sowa cichutko zahukała. Przysunęła bliżej czerwone pudełko, otworzyła wieko na całą szerokość i zmarszczyła czoło, spojrzawszy na zawartość, wypełniającą je niemalże całkowicie.
Strona po stronie, pokryte równym pismem, czarny atrament niemalże wcale nie wyblakł po prawie pięciuset latach. Notatki Corianin Nedeal, wszystko, czego nauczyła się podczas pięćdziesięciu lat studiów nad tym szczególnym ter’angrealem. Tajemnicza kobieta, ta Corianin. Swoją wiedzą nie dzieliła się z nikim, wierząc tylko tym stronicom. Jedynie przypadek i nawyk grzebania w starych papierach w bibliotece, pozwoliły Verin je odnaleźć. Na ile wiedziała, żadna Aes Sedai prócz niej nie miała pojęcia o tym ter’angrealu. Corianin udało się skutecznie wymazać wszelki ślad jego istnienia z zapisków.
Ponownie rozważyła spalenie tego rękopisu, tak jak przedtem długo zastanawiała się, czy dać go Egwene. Ale niszczenie wiedzy, jakiejkolwiek wiedzy, było dla niej równoznaczne z klątwą. A dla innych...
„Nie. Dużo lepiej pozostawić rzeczy takimi, jakimi są. Zdarzy się, co ma się zdarzyć. — Zatrzasnęła wieko pudełka. — A teraz, gdzie ja schowałam tę stronę?”
Marszcząc brwi, przetrząsała stosy ksiąg i dokumentów w poszukiwaniu skórzanej teczki. Egwene dawno już przestała zaprzątać jej myśli.
22
Cena pierścienia
Egwene udało się niedaleko odejść od apartamentów Verin, kiedy natknęła się na Sheriam. Na twarzy Mistrzyni Nowicjuszek gościł grymas zatroskania.
— Gdyby ktoś nie przypomniał sobie, że rozmawiałaś z Verin, mogłabym cię nigdy nie znaleźć. — W tonie głosu Aes Sedai pobrzmiewały dosyć wyraźne nutki zdenerwowania. — Chodź ze mną, dziecko. Wszystko się przez ciebie opóźnia. Co to za papiery?
Egwene ujęła je nieco mocniej. Usiłowała swemu głosowi nadać brzmienie jednocześnie pełne potulności i szacunku.
— Verin Sedai uważa, że powinnam je przestudiować, Aes Sedai.
Co ma zrobić, jeśli Sheriam zechce je obejrzeć? Jaką wymówkę znaleźć, żeby jej odmówić, jak wyjaśnić posiadanie stronic, na których zapisano wszystko, co wiadome na temat trzynastu Czarnych Ajah i skradzionych przez nie ter’angreali?
Ale Sheriam, jak się zdawało, straciła wszelkie zainteresowanie dla dokumentów niemalże w tym samym momencie, w którym o nie zapytała.
— Nieważne więc. Szukamy cię, wszyscy czekają.
Wzięła Egwene za ramię i zmusiła do szybszego marszu.
— Szukamy, Sheriam Sedai? Na co czekają?
Sheriam z rozdrażnieniem potrząsnęła głową.
— Czy zapomniałaś, że masz zostać wyniesiona do godności Przyjętej? Kiedy przyjdziesz jutro do mojego gabinetu, będziesz już nosić pierścień, choć wątpię, abyś dzięki temu stała się mniej krnąbrna.
Egwene niemalże stanęła jak wryta. Aes Sedai pociągnęła ją jednak za sobą, wybierając drogę po wąskich schodach, które wiodły poprzez grube ściany biblioteki.
— Dzisiaj? Już? Ale ja ledwie trzymam się na nogach, taka jestem śpiąca, Aes Sedai, i brudna, i... Sądziłam, że odbędzie się to dopiero za kilka dni. Że zdążę się przygotować. Poczynić wszystkie niezbędne kroki.
— Godzina bije, nie czekając na żadną kobietę — odrzekła Sheriam. — Koło splata Wzór jak chce i kiedy chce. Poza tym, w jaki sposób chciałabyś się przygotować? Wiesz już wszystko, co musisz wiedzieć. Na pewno więcej, niż wiedziała twoja przyjaciółka Nynaeve.
Popchnęła Egwene przez maleńkie drzwi u podnóża schodów, spiesznie przeszła przez korytarz ku rampie wiodącej zakosami coraz niżej w dół.
— Słuchałam wykładów — zaprotestowała Egwene — i pamiętam je, ale... czy nie mogłabym się najpierw wyspać?
Ślimacznica rampy zdawała się nie mieć końca.
— Zasiadająca na Tronie Amyrlin zdecydowała, że nie ma sensu dłużej czekać. — Sheriam uśmiechnęła się półgębkiem do Egwene. — Jej słowa brzmiały dokładnie tak: „Kiedy już zdecydujesz się wypatroszyć rybę, bezcelowe jest oczekiwanie na to, aż zgnije”. Elayne zapewne już przeszła przez łuki, a Amyrlin chce, abyś ty zrobiła to również dzisiejszej nocy. Nie, żeby mi się podobał taki pośpiech powiedziała na poły do siebie — ale kiedy Amyrlin rozkazuje, my jesteśmy posłuszne.
Egwene pozwoliła w absolutnym milczeniu ciągnąć się prawie w dół rampy, węzeł w jej brzuchu coraz bardziej się zaciskał. Nynaeve nawet słówkiem nie wspominała, co zdarzyło się, kiedy wynoszono ją do godności Przyjętej. W ogóle nie chciała na ten temat mówić, tylko z grymasem na twarzy oznajmiała: „Nienawidzę Aes Sedai!” Kiedy na koniec rampa skończyła się, wychodząc na szeroki hol, głęboko pod Wieżą w skalnym podłożu wyspy, Egwene niepohamowanie drżała.
Hol był urządzony surowo, całkowicie pozbawiony dekoracji, jasną skałę, w której został wydrążony, wygładzono odrobinę, poza tym jednak pozostawiono nietkniętą. Mogła dostrzec tylko jedne drzwi z ciemnego drewna, wysokie i szerokie jak brama fortecy i równie surowo odrobione, jedynie na samym ich skraju deski zostały delikatnie wygładzone i starannie dopasowane. Te ogromne drzwi były jednak tak zręcznie osadzone, że wystarczyło, iż Sheriam lekko pchnęła jedno z ich skrzydeł i już mogła pociągnąć za sobą Egwene do środka, do wielkiej, mrocznej komnaty.