Выбрать главу

— Rychło w czas! — prychnęła Elaida.

Ubrana w szal z czerwonymi frędzlami, zajęła miejsce za stołem, na którym stały trzy wielkie srebrne kielichy. Lampy na wysokich stojakach oświetlały pomieszczenie oraz to, co znajdowało się w samym jego środku, pod sklepieniem. Trzy okrągłe, srebrne łuki, wystarczająco wysokie, by można było pod nimi przejść, wsparte na stykających się ze sobą grubych, srebrnych pierścieniach. W miejscach gdzie łuki stykały się z pierścieniami, wprost na kamiennej podłodze posadzki, siedziały ze skrzyżowanymi nogami Aes Sedai. Wszystkie miały swoje szale. Alanna była siostrą z Zielonych Ajah, ale Egwene nie rozpoznała ani Żółtej siostry, ani Białej.

Otoczone poświatą obejmowanego saidara, trzy Aes Sedai wpatrywały się prosto w przestrzeń pod łukami, w której jakby w odpowiedzi migotała i jaśniała podobna poświata. Ta konstrukcja, to był ter’angreal i niezależnie od celu, jakiemu służył w Wieku Legend, obecnie nowicjuszki przechodziły przezeń, aby zostać Przyjętymi. Wewnątrz niego Egwene stanie twarzą w twarz ze swymi strachami. Trzykrotnie. Białe światło wewnątrz przestrzeni łuków przestało migotać, trwało w nich jak zamrożone, ale wypełniało całkowicie ich przestwór, czyniąc go całkowicie nieprzezroczystym.

— Uspokój się, Elaido — powiedziała chłodno Sheriam. — Wkrótce skończymy. — Odwróciła się do Egwene. — Nowicjuszki otrzymują trzykrotną szansę przejścia go. Dwukrotnie możesz odmówić, ale za trzecim razem zostaniesz wydalona z Wieży na zawsze. Tak to się zazwyczaj robi, a ty z pewnością posiadasz prawo odmowy, nie sądzę jednak, by Zasiadająca na Tronie Amyrlin była z niej zadowolona.

— Nie powinna otrzymywać nawet tej szansy. Głos Elaidy był twardy i zimny jak żelazo, wyraz jej twarzy z trudem można by nazwać choć odrobinę bardziej łagodnym. — Nie dbam o to, jakie są jej możliwości. Powinno się ją relegować z Wieży. A jeśli już nie, to odesłać do szorowania podłóg na najbliższe dziesięć lat.

Sheriam rzuciła ostre spojrzenie Czerwonej siostrze.

— W stosunku do Elayne nie byłaś taka twarda. Zresztą sama się domagałaś, by uczestniczyć w ceremonii, Elaido... być może przez wzgląd na Elayne... i w związku z tym zmuszona jesteś wypełnić należące do ciebie obowiązki albo po prostu wyjdź stąd, a my znajdziemy kogoś innego.

Dwie Aes Sedai wpatrywały się w siebie tak długo, że Egwene nie byłaby zaskoczona, gdyby zobaczyła otaczające je nagle poświaty Jedynej Mocy. Ostatecznie jednak Elaida opuściła głowę i głośno westchnęła.

— Jeżeli ma się tak stać, niech się dzieje. Daj tej pożałowania godnej dziewczynie jej szansę odmowy i skończmy z tym. Jest późno.

— Nie odmówię poddania się próbie. — Głos Egwene drżał, ale opanowała go i uniosła głowę wysoko. — Chcę kontynuować ceremonię.

— Dobrze — powiedziała Sheriam. — Dobrze. Powiem ci teraz o dwu rzeczach, o których kobiety dowiadują się dopiero w tej komnacie. Kiedy już zaczniesz, nie wolno ci przerwać przed końcem. Jeśli odmówisz kontynuowania próby na którymkolwiek etapie, zostaniesz wydalona z Wieży tak samo, jakbyś za trzecim razem odmówiła poddania się jej. Po drugie. Szukać, walczyć, oznacza znać niebe2pieczeństwo. — Jej głos brzmiał tak, jakby mówiła już te słowa wielokrotnie. W jej oczach migotały iskierki współczucia, twarz jednak była równie surowa jak oblicze Elaidy. Zresztą współczucie .przerażało Egwene znacznie bardziej niż surowość. — Niektóre kobiety wchodziły i nigdy nie wychodziły na zewnątrz. Kiedy ter’angreal został zdezaktywowany, nie-było-ich-w-nim. I nigdy więcej ich nie widziano. Jeśli chcesz przeżyć, musisz być nieugięta. Jeżeli zawahasz się, zawiedziesz, to... — Wyraz jej twarzy w jasny sposób przekazywał nie wypowiedziane słowa. Egwene zadrżała. — To jest twoja ostatnia szansa. Odmówisz teraz i będzie się to liczyło tylko jako pierwsza rezygnacja. Wciąż będziesz mogła spróbować jeszcze dwukrotnie. Jeśli zgodzisz się, nie będzie już odwrotu. To żaden wstyd, zrezygnować. Ja sama za pierwszym razem nie byłam w stanie tego zrobić. Wybieraj.

„Nigdy nie wyszły na zewnątrz? — Egwene z trudem przełknęła ślinę. — Chcę być Aes Sedai. A najpierw muszę zostać Przyjętą”.

— Zgadzam się.

Sheriam pokiwała głową.

— A więc przygotuj się.

Egwene zamrugała, potem przypomniała sobie. Do środka musiała wejść bez ubrania. Pochyliła się, położyła na posadzce zwinięty pakiet papierów... i zawahała się. Jeśli je tutaj zostawi, Sheriam albo Elaida, każda z nich będzie mogła je przejrzeć, podczas gdy ona znajdować się będzie wewnątrz ter’angreala. Mogą ponadto znaleźć w jej sakwie mniejszy ter’angreal. Gdyby odmówiła poddania się próbie, mogłaby ukryć je gdzieś, najlepiej zostawić u Nynaeve. Wstrzymała dech.

„Nie mogę teraz zrezygnować. Już się zdecydowałam”.

— Czy jednak zdecydowałaś się zrezygnować, dziecko? — zapytała Sheriam, marszcząc brwi. — Kiedy wreszcie zrozumiałaś, co to wszystko oznacza?

— Nie, Aes Sedai — szybko odpowiedziała Egwene.

Pośpiesznie rozebrała się i złożyła swoje rzeczy, kładąc je na sakwie i papierach. To musi wystarczyć.

Siedząca przy ter’angrealu Alanna powiedziała nagle:

— Pojawił się jakiś rodzaj... rezonansu. — Nawet na moment nie oderwała oczu od łuków. — Niemalże echo. Nie wiem, skąd się bierze.

— Jakiś problem? — zapytała ostro Sheriam. Ona również wydawała się zaskoczona. — Nie wyślę kobiety do środka, jeżeli będą jakieś problemy.

Egwene spojrzała tęsknie na ułożone w stos rzeczy.

„Proszę, tak. Światłości, jakiś problem. Coś, co pozwoli mi schować te dokumenty, bez jednoczesnej konieczności odmowy wejścia do środka”.

— Nie — powiedziała Alanna. — To tak, jakby bitem bzycząc, latał ci dookoła głowy, kiedy próbujesz pomyśleć, ale nie ma interferencji. Nie wspominałabym o tym, gdyby nie to, że nigdy dotąd nie słyszałam o czymś takim. — Pokręciła głową. — Już zniknęło.

— Być może — powiedziała sucho Elaida — inni sądzą, że tak niewielka rzecz jest niewarta wzmianki.

— Kontynuujmy. — Ton głosu Sheriam oznajmiał, że nie będzie znosiła dłużej żadnych przerw. — Chodź.

Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na swoje ubranie i skryte pod nim dokumenty, Egwene poszła za nią w kierunku łuków. Kamień pod bosymi stopami był zimny jak lód.

— Kogo przyprowadziłaś do nas, Siostro? — zaintonowała Elaida.

Nie przerywając odmierzonych kroków, Sheriam odpowiedziała:

— Tę, która przybyła jako kandydatka na Przyjętą, Siostro.

Trzy Aes Sedai zgromadzone wokół ter’angreala nie drgnęły nawet.

— Czy jest gotowa?

— Gotowa jest zostawić za sobą to, czym była i przechodząc przez własne strachy, stać się godną Przyjęcia.

— Czy zna swe strachy?

— Nigdy nie stawała z nimi twarzą w twarz, lecz pragnie to uczynić.

— Tedy więc pozwólmy jej napotkać to, czego się boi. Nawet pomimo uroczystego tonu, w głosie Elaidy łatwo można było dosłyszeć nutę satysfakcji.

— Pierwsza próba — powiedziała Sheriam — poświęcona jest temu, co było. Wyjście pojawi się na powrót, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta.

Egwene wzięła głęboki oddech i postąpiła naprzód, przechodząc przez łuk i zanurzając się w poświatę. Światło pochłonęło ją całą.

— Jaim Dawtry był u nas ostatnio. Dziwne wieści przywożą handlarze z Baerlon.

Egwene podniosła głowę znad kołyski, w której huśtała dziecko. Rand stał w wejściu. Na chwilę skłoniła znowu głowę. W zadziwieniu spoglądała na przemian to na Randa „mój mąż” — to na dziecko w kołysce — „moja córka”.