Выбрать главу

„Wyjście pojawi się na powrót, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta”.

Nie była to jej własna myśl, lecz bezcielesny głos, który mógł rozbrzmiewać w jej umyśle, albo gdzieś na zewnątrz, głos o niemożliwej do ustalenia przynależności, męski lub żeński, za to wyzuty z emocji i nierozpoznawalny. W jakiś sposób jednak nie wydał się jej obcy.

Chwila zadziwienia minęła, pozostawiając po sobie jedynie zdumienie, iż wszystko, co ją otacza, mogło wydawać się tak osobliwe. Oczywiście, że Rand jest jej mężem przystojnym, ukochanym mężem — a Joiya jej córką najpiękniejszą, najsłodszą dziewczynką w całych Dwu Rzekach. Tam, ojciec Randa wypędził owce na pastwisko, oficjalnie po to, by Rand mógł spokojnie popracować przy remoncie stodoły, w istocie zaś, aby miał więcej czasu na zabawę z Joiyą. Tego popołudnia matka i ojciec Egwene przyjadą z wioski, zapewne Nynaeve również zabierze się z nimi, żeby zobaczyć, czy macierzyństwo nie przeszkadza jej w nauce, koniecznej dla zastąpienia kiedyś tamtej w roli Wiedzącej.

— Jakie wieści? — zapytała.

Znowu zaczęła poruszać kołyską, a Rand podszedł bliżej i uśmiechnął się do maleńkiego dziecka, owiniętego w pieluszki. Egwene cicho roześmiała się w duchu. Tak był zajęty swoją córką, że przez większość czasu nie słyszał w ogóle tego, co ludzie do niego mówią.

— Rand? Jakie to wieści? Rand?

— Co? — Jego uśmiech zniknął. — Dziwne wieści. Wojna. Toczy się jakaś wielka wojna, ogarnęła już ponoć większość świata, tak przynajmniej twierdzi Jaim. — To były doprawdy dziwne wiadomości. Informacje o wojnach najczęściej docierały do Dwu Rzek dawno już po ich zakończeniu. — Powiada, że wszyscy walczą z jakimiś ludźmi nazywanymi, Shawkinami lub Sanchanami, czy coś w tym rodzaju. Nigdy o nich nie słyszałem.

Egwene wiedziała... wydawało jej się, że wie... Cokolwiek to było, minęło.

— Czy dobrze się czujesz? — zapytał. — Tutaj nie powinniśmy się niczym przejmować, moja kochana. Wojny nigdy nie docierają do Dwu Rzek. Zbyt daleko znajdujemy się od wszystkiego, by ktokolwiek się o nas troszczył.

— Nie przejmuję się. Czy Jaim powiedział coś jeszcze?

— Nic takiego, w co można by wierzyć. Mówił takie rzeczy, jakie zwykle wychodzą z ust Coplinów. Powiadał, że od handlarza dowiedział się ponadto, iż ci ludzie używają w bitwach Aes Sedai, jednocześnie jednak zarzekał się, że proponują tysiąc złotych marek każdemu, kto wyda w ich ręce Aes Sedai. I zabijają wszystkich, którzy udzielają im schronienia. To nie ma sensu. Cóż, my i tak nie mamy się czym przejmować. Cała ta sprawa rozgrywa się daleko, daleko stąd.

Aes Sedai. Egwene przyłożyła dłoń do czoła.

„Wyjście pojawia się tylko raz. Pozostań nieugięta”.

Spostrzegła, że Rand również trzyma się za głowę.

— Boli? — zapytała.

Przytaknął, oczy zwęziły mu się w szparki.

— Ten proszek, który dała mi Nynaeve, od kilku dni nie przynosi ulgi.

Zawahała się. Martwiły ją te jego bóle głowy. Stawały się za każdym razem coraz silniejsze. A najgorsze z tego było coś, czego zrazu nie dostrzegła, a teraz niemalże żałowała, że w ogóle o tym wie. Kiedy Randa bolała głowa, wkrótce potem zdarzały się dziwne rzeczy. Błyskawica z jasnego nieba, rozbijająca na drzazgi ten potężny pniak dębu, nad którego wykorzenieniem biedził się przez dwa dni, kiedy wraz z Tamem postanowili oczyścić teren pod nowe pole. Burze, których Nynaeve nie zdołała przepowiedzieć, gdy wsłuchiwała się w to, co mówi wiatr. Szaleńcze pożary w lesie. A im gorszy stawał się jego ból, tym straszniejsze rzeczy następowały potem. Egwene wdzięczna była przynajmniej za to, że nikt poza nią nie łączył tych rzeczy z Randem, nawet Nynaeve nie przyszło to do głowy. Nie chciała nawet myśleć o tym, co to właściwie może oznaczać.

„Takie postępowanie to najczystsza głupota’- przekonywała się. — Muszę wiedzieć, jeżeli mam mu pomóc”.

Ponieważ sama również chowała tajemnicę w swym sercu, tajemnicę, która przerażała ją równie mocno, gdy zastanawiała się, próbując dociec, co się z nią dzieje. Nynaeve uczyła ją o ziołach, uczyła ją, jak stać się Wiedzącą, co miało nastąpić pewnego dnia. Kuracje Nynaeve często działały w cudowny niemalże sposób, rany goiły się, pozostawiając ledwie widoczne blizny, śmiertelnie chorzy powracali do zdrowia, niemalże stojąc wcześniej jedną nogą w grobie. Ale trzykrotnie Egwene udało się uleczyć kogoś, komu nawet tamta nie dawała szans przeżycia. Trzy razy siedziała przy łóżku umierającego, trzymając go za rękę w tej ostatniej godzinie, a potem patrzyła, jak człowiek podnosi się z łoża śmierci. Nynaeve wypytywała ją dokładnie, czego właściwie dokonała, jakich ziół użyła, w jakiej mieszance. Jak dotąd nie zdobyła się na odwagę, by przyznać, że nie zrobiła właściwie niczego.

„Muszę coś z tym zrobić. Jeden raz to mógł być przypadek, ale trzykrotnie... Muszę wykryć, o co w tym wszystkim chodzi. Muszę się dowiedzieć. — Ta myśl wywołała jakieś dziwne brzęczenie w jej głowie, jakby słowa odbiły się echem po wnętrzu czaszki. — Jeśli będę w stanie coś dla nich zrobić, będę też mogła pomóc mojemu mężowi”.

— Pozwól mi spróbować, Rand — powiedziała.

A kiedy wstała, przez otwarte drzwi zobaczyła srebrny łuk stojący przed wejściem do domu, łuk wypełniony białym światłem.

„Wyjście pojawi się, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta”.

Przeszła dwa kroki w kierunku drzwi, zanim się opamiętała.

Zatrzymała się, spojrzała do tyłu na Joiyę gaworzącą w kołysce, na Randa wciąż przyciskającego dłonie do czoła i spoglądającego na nią w zdumieniu, jakby pytającego, dokąd się właściwie wybiera.

— Nie — zaprotestowała. — Nie. To jest właśnie to, czego pragnę. To jest to, czego chcę! Dlaczego tego również nie mogłabym mieć?

Nie rozumiała swoich własnych słów. Oczywiście, że tego właśnie pragnęła i miała to.

— Czego ty chcesz, Egwene? — zapytał Rand. — Jeżeli jest coś, co mógłbym zdobyć, wiesz, że to zrobię. A jeśli nie będę w stanie tego zdobyć, wówczas skonstruuj ę to.

„Wyjście pojawi się, lecz tylko raz. Pozostań nieugięta”.

Postąpiła następny krok w kierunku drzwi. Srebrny łuk wzywał ją. Coś czekało po jego drugiej stronie. Coś, czego pragnęła bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Coś, co musiała zrobić.

— Egwene, ja...

Usłyszała za sobą łomot. Spojrzała przez ramię i zobaczyła Banda na kolanach, trzymającego obu rękami pochyloną ku ziemi głowę. Ból nigdy nie torturował go tak strasznie.

„A co będzie później?”

— Och, Światłości! — Łkał urywanym głosem. Światłości! Boli! Światłości, boli bardziej niż kiedykolwiek! Egwene?

„Pozostań nieugięta”.

Łuk czekał. Miała coś do zrobienia. Musiała coś zrobić. Musiała. Zrobiła kolejny krok. To było trudne, trudniejsze niż wszystko, co dotąd robiła w życiu. Na zewnątrz, do łuku. Za nią Joiya roześmiała się.

— Egwene? Egwene? Nie mogę... — Jego głos urwał się w głębokim jęku.

„Nieugięta”.

Z naprężonymi mięśniami karku wciąż szła, ale nie mogła powstrzymać łez, które spływały jej po twarzy. Jęki Banda zamieniły się w wycie, tłumiąc śmiech Joiyi. Kątem oka Egwene dostrzegła Tama, biegnącego co sił w nogach.

„On nie będzie w stanie mu pomóc — pomyślała i łzy spływające po policzkach przeszły w gwałtowny szloch. On nic nie może zrobić dla niego. Ale ja mogę. Potrafiłabym”.

Weszła w światło i została pochłonięta.